fbpx

Długie dystanse biega się głową

Autor: Andrzej Brandt • 16.01.2015

Józef Pawlica 01 Fot. Piotr Dymus

Józef Pawlica po zajęciu 3. miejsca w Biegu Ultra Granią Tatr. Fot. Piotr Dymus

Czym się biega ultramaratony? Głową. Wszak głowa umiera ostatnia – zwykli mawiać doświadczeni długodystansowcy. Banalny zwrot i niebanalne historie o halucynacjach, białych plamach, medytacji i kryzysach.

O czym myślisz, kiedy biegasz? To z jednej strony frustrujące pytanie przewija się przez rozmowy biegaczy po wielokroć. Wszak regularnie biegający spędzają w odosobnieniu akcentów treningów nawet kilkanaście godzin tygodniowo. Statystyki te, głównie poprzez starty, windują ultramaratończycy, dla których standardem jest spędzanie na trasie typowego biegu na sto kilometrów ponad kilkanaście godzin. A są przecież biegi trwające dobę, dwie i więcej. O czymś trzeba wtedy myśleć.

Organizm jest zajęty cierpieniem, mózg – rejestrowaniem tego cierpienia. Może dlatego tak trudno mówić o tym w klarowny sposób. „Zwykłem wycofywać się rakiem z takich pytań, bo myśli – w przeciwieństwie do wrażeń zmysłowych – nie są zakotwiczone w konkretnej chwili czy miejscu. Ulatują w trakcie biegu, razem z litrami potu” – tłumaczył Dakota Jones, młody wilk amerykańskiej sceny ultra. Rodak Dakoty, doświadczony Geoff Roes, zwykł odpowiadać na to pytanie… pytaniem: „A o czym myślisz, kiedy pracujesz, jedziesz do pracy czy wykonujesz każdą inną czynność przez dłuższy czas?” – retorycznie pytał, sugerując, że bieganie – w odniesieniu do regularnie trenujących i zawodowców – nie jest czymś na tyle niezwykłym. Jak sam później przyznał – zbywał w ten sposób rozmówców, bo po prostu nie mógł przywołać żadnych konkretów.

Zawodnikiem pokroju Dakoty – młodym, utalentowanym i pretendującym do międzynarodowej czołówki – jest w Polsce Józef Pawlica. Niepozorny, wiecznie uśmiechnięty Pawlica zajął w 2013 roku trzecie miejsce na Biegu Siedmiu Dolin i Biegu Ultra Granią Tatr. Pytany o przemyślenia z biegów ultra milczy, szukając odpowiednich słów, wreszcie rzuca, że „doświadczenia euforii, kryzysów, rywalizacji pewnie można ubrać w zdania, ale to i tak w pełni nie odzwierciedli tego wszystkiego, co się dzieje wtedy w głowie”. To charakterystyczne dla niemal każdego ultrasa – z dokładnością do kilometra wskażemy, po którym zbiegu zbiliśmy sobie uda, gdzie z jęzorem przy ziemi i drewnianymi nogami podchodziliśmy pod kolejną wielką górę, o który kamień urwaliśmy paznokieć, wreszcie gdzie odżyliśmy – mózg rejestruje silne impulsy bólu i dyskomfortu jak wałek sejsmiczny drgania skorupy ziemi. Bardzo precyzyjnie. Jest na tyle zaangażowany w „ogarnięcie” sypiącego się organizmu, że – metaforycznie – na utrwalanie przelatujących myśli nie ma już miejsca.

Nie myślę, po prostu biegnę

Dakota Jones powziął przed startem w Ultra Race of Champions próbę świadomej rejestracji własnych myśli meandrujących w głowie w trakcie biegu. O to samo poprosiłem wiele polskich ultrasek i ultrasów, żywiąc nadzieję, że w ten sposób wyłuskam jedną z kolejnych tajemnic do szybszego biegania na długim dystansie. Początkowo z dużym zdziwieniem obserwowałem, że przychodzące relacje opowiadają o tym, jak… nie myśleć.

„Po kilkunastu kilometrach włącza się ten stały rytm, jak program w pralce automatycznej, rutynowo. Sto kilometrów, bez wirowania” – opowiada o Biegu Siedmiu Dolin Jan Goleń, legitymujący się przeszło dwudziestoma zawodami ultra na koncie. „Podczas biegu moje myśli są czyste, nieskazitelne, bez nerwów. Praktycznie nie myślę o niczym konkretnym. Żadnych planów, taktyki, kilometrażu, rywalizacji. Nie odliczam kroków, nie planuję. Jestem tu i teraz” – przywołuje swoje wspomnienia z 220-kilometrowej trasy Beskidy Ultra Trail Ewa Majer – kobieta, która na 60 kilometrów przed metą była na czele stawki zawodników.

Z tej perspektywy bieganie to praktyka medytacji, której celem jest oczyszczenie umysłu z jakichkolwiek myśli i wyobrażeń. „Rywalizacja czy ból schodzą na drugi plan, gdy koncentruję się dokładnie na momencie, w którym jestem. Neutralizacja stresów związanych z formą i miejscem pozwala wpaść mi w pozytywny „flow”” – twierdzi Csaba Nemeth, postawny i niezwykle doświadczony Węgier, który drugi raz z rzędu wygrał 2013 roku Bieg Siedmiu Dolin. Dodaje, że „stan wyciszenia, zjednoczenia ciała i psychiki to najbardziej pożądany stan w długim bieganiu”.

Zdaniem Geoffa Roesa, medytacja możliwa jest do osiągnięcia tylko dla biegaczy o stosunkowo wysokim poziomie wytrenowania, którzy są w stanie przez dłuższy czas „ignorować coraz silniejsze impulsy bólu i doskonale znają swój organizm”. Ale i w trudniejszych momentach elementy praktyk medytacyjnych przychodzą w sukurs: „Przewijam przez głowę słowa klucze: dasz radę, jesteś silny, skończysz to – prosta, ale skuteczna mantra towarzyszyła mi w wielu kryzysowych chwilach” – opowiada Konrad Ciuraszkiewicz, regularnie meldujący się w czubie ultras o rajdowej proweniencji. Dla Ewy Majer wyświechtany zwrot „dam radę” to sposób na parcie do przodu, nawet gdy w krzakach buszuje niedźwiedź: „Środek drugiej nocy, jestem sama w środku lasu, nie ma oznaczeń, jakaś zwierzyna wielgachna szumi po krzakach. Widziałam tylko dwa gigantyczne, świecące ślepia. Stoję wryta w ziemię, bo zwierzyna potężna i idzie ospale, powoli. Powtarzam do siebie: dam radę, dam radę. Mija moment wieczności i ruszam”.

Myślę, kalkuluję, liczę

„Sakramencko daję dupy z takim tempem, ślimaczę się jak rozlazła świnia. Wzdycham i rzężę. Co ja tu w ogóle robię?” – mój inicjacyjny bieg ultra miał właśnie taki mentalny obraz. Już w kilka godzin po starcie kląłem pod nosem w stronę pnących się na horyzoncie pagórów, kamulców na ścieżce i własnej kondycji. Pierwszy kryzys przyszedł niezwykle szybko i polegał na zasypywaniu głowy idiotycznymi kalkulacjami: „za trzy kilometry przepak, jak tam dotrę za godzinę to nie idę dalej, jak wcześniej, to jeszcze się zastanowię”. Moja głowa mówi mi, że nie chce tu być i żebym lepiej jej posłuchał, bo organizm już dawno ma dość.

Podejście taktyczno-matematyczne to inherentna część ultramaratońskich prymycji: „Czy moje tempo jest dobre? Kto jest przede mną? Jak daleko? Kiedy następny punkt? Głowa cały czas podpowiadała, że biegnę za wolno” – wspomina swój pierwszy ultramaraton Marek Woźniczka, doświadczony rajdowiec. Podobny taśmociąg numerków, nazw, odległości przewija się w wielu relacjach: „Już po kilku godzinach włącza mi się w głowie kalkulator. Zaczynam liczyć tempa, jak szybko ukończę etap, na jaki wynik mam szansę, a na jaki nie. Nie lubię się na tym skupiać, stresuje mnie to. Odczuwam przez to zawód, gdy np. okaże się, że nie mam szans na określony wynik” – potwierdza Rafał Niedźwiedziński, zawodnik teamu inov-8.

Podobną taktykę przyjmuje Sabina Giełzak, jedna z najbardziej utytułowanych ultrasek na orientację, koleżanka Rafała z zespołu: „Na długich biegach czas zajmuję sobie liczeniem. Przeliczam swoje dotychczasowe tempo, tempo docelowe na mecie, czas potrzebny na dotarcie na metę w aktualnym tempie. Staram się skupiać na tym, co dzieje się w aktualnym momencie, stale zastanawiać się, co tu i teraz mogę zrobić, żeby wynik był jak najlepszy”. O ile moje podejście, pełne desperacji i braku doświadczenia, szukało w liczbach punktu zaczepienia, o tyle Sabina kalkuluje, by w trakcie biegu wprowadzać korekty tempa i… gonić jeszcze mocniej. Podobnie do biegów ultra podchodzi czołowy polski ultramaratończyk, Marcin Świerc: „Skupiam się na osiągnięciu zaplanowanego na dany bieg celu – mam precyzyjnie zaplanowane poszczególne etapy i staram się tego trzymać, kontrolując zarówno czasy poszczególnych odcinków, analizując własne samopoczucie i obserwując konkurencję. To wypełnia głowę od startu do mety. Inne, zaprzątające psychikę myśli, wyłączam”.

Bieg Ultra Granią Tatr - Sabina Giełzak Fot. Piotr Dymus

Sabina Giełzak (obecnie Ławniczak) kończy Bieg Ultra Granią Tatr 2013. Fot. Piotr Dymus

Kryzys, kryzys, kryzys

„Nie mogłem wykrzesać z siebie słowa. Głowa puchła od bólowych bodźców zmasakrowanych stóp, zerwanej łydki, skurczonego żołądka, a przecież do mety tak daleko” – dla Timothy’ego Olsona, dwukrotnego zwycięzcy amerykańskich igrzysk ultra Western States 100, start w Ultra Trail du Mont Blanc 2013 był doświadczeniem skrajnej ekspozycji na cierpienie przez wiele godzin. „Pierwszy raz w życiu doświadczyłem długich kilometrów wyciętych kompletnie z pamięci. Głowa zasnuta była mgłą bólu” – dodaje Olson, opisując doświadczenie dla wielu ultrasów uniwersalne. Zwłaszcza dla tych startujących w imprezach trwających ponad dobę. „To już 100 kilometrów przebiegłam? Kurcze, ale zleciało. Noc, dzień, znowu noc. Nic nie pamiętam,chyba spałam podczas biegu albo znów myślami byłam w innym miejscu. Dopiero w okolicach 200. kilometra, w środku nocy jestem głową znowu na trasie” – wspomina Ewa Majer.

Gdy Ewa ścigała się jak równy z równym z Maćkiem Więckiem, od kilku godzin na mecie 150-kilometrowej trasy był Artur Kurek, wielokrotny uczestnik Mistrzostw Świata w Rajdach Przygodowych, obecnie triatlonista i mocny ultras. Wspomina, że niezwykle często łapał się na „białych plamach w mózgu, jakbym o niczym nie myślał, automatycznie idąc do przodu”. Odcięcie przepływu myśli przez głowę to jeden z wielu objawów clue biegów ultra – walki z kryzysami. Nie sposób wszak przebiec tak długiego dystansu w formie zbliżonej do ulicznej dyszki czy nawet maratonu. Kryzysy fizyczne i psychiczne są dla ultramaratończyków chlebem powszednim, ba – ich pokonywanie stanowi unikalny sens tego, wydawałoby się masochistycznego, sportu.

Jak mentalnie ultrasi walczą z kryzysami? „Zaciskając zęby – to proste. Choć mnie w trudnych momentach włącza się element analizy. Czemu kryzys akurat teraz? Za szybko poszedłem początek? Co zrobiłem źle?” – wspomina swój ciężki kryzys na 65. kilometrze trasy Chudego Wawrzyńca Marek Woźniczka, kiedy w krótkim odstępie czasu wyprzedziło go kilkoro zawodników. Timothy Olson, wygrywając Western States, pokonywał trudne momenty, rozmawiając ze sobą i odnosząc się do przeszłych doświadczeń:„Po to tu przyjechałem, doskonale wiedząc, że przyjdzie moment załamania, bólu i braku nadziei. Ale wiem też, że za godzinę, dwie, może trzy będzie lepiej”. Podobnie do przełamywania kryzysów podchodzi Konrad Ciuraszkiewicz: „Pokonując kolejne kilometry Tor des Geants, kolejne kryzysy, niedospanie, ból nóg, stóp, całego ciała starałem się szukać pozytywów w pamięci przeszłych zawodów. Wtedy dawałem radę, wtedy bolało, ale przemogłem to”.

Czasami kryzysy to nic innego jak mocowanie się w klinczu z bolącym organizmem: „Niestety na kryzysy reaguję dosyć histerycznie i albo chcę zejść z trasy, albo obiecuję sobie, że to już na pewno moje ostatnie zawody. Potem sobie uzmysławiam, że nie mam żadnego powodu do zejścia z trasy. Wiem, że gdybym zrezygnowała z zawodów, to byłoby mi głupio przed samą sobą, że nie potrafiłam wziąć się w garść, że jechałam na te zawody taki kawał drogi, że tyle trenowałam zupełnie bez sensu” – wspomina Sabina Giełzak. Kryzysów, jak się okazuję, można też uniknąć: „Gdy ranga zawodów zobowiązuje, gdy się chce prześcignąć świat, gdy biegnie przed tobą Kilian Jornet, Timothy Olsen, Sage Canaday czy Cameron Clayton, to niesie samoistnie, bo czujesz, że jesteś w stanie wejść z nimi w otwartą i równą rywalizację. Transvulcanię 2013 przebiegłem bez kryzysów” – opowiada Marcin Świerc, który startem na Isla de La Palma potwierdził aspiracje do czołówki światowego ultra.

Marcin Świerc Fot. Piotr Dymus

Marcin Świerc podczas Biegu Ultra Granią Tatr 2013. Fot. Piotr Dymus

Meta ci wszystko wybaczy

O czym myślą zawodnicy, gdy osiągają metę? „O tym, że to ostanie moje zawody i nigdy więcej!” – uniwersalnie odpowiadają Giełzak, Niedźwiedziński, Woźniczka. Euforia ukończenia wielogodzinnej katorgi na krótki moment neutralizuje skołatane ciało, ale prędzej czy później organizm odbiera zaciągnięty na trasie dług. Długie dni z bolesnością nóg to standardowy skutek zabawy w ultra. Niemniej jednak czas zaciera bolesne momenty, na gruncie których ujawniają się te piękniejsze wspomnienia: „Jest 70. kilometr, a ja mogę biec tak szybko. Myślę, że fajne to miejsce, piękny szlak wije się leśną granią, odsłaniając co rusz fantastyczne widoki. Niesie mnie myśl, że mogę tak dużo” – to przez pryzmat takich momentów Marek Woźniczka wspominać będzie start w Chudym Wawrzyńcu. Dla Konrada Ciuraszkiewicza te krótkie chwile uniesień stanowią o istocie ultra: „Rześki świt na kolejnej alpejskiej przełęczy, gdy chmury kotłują się w dole, czy bajecznie rozgwieżdżone niebo nad Babią Górą, to chwile, których w ultra poszukuję i dla których jestem gotów cierpieć”.

Na dłuższą metę ultrasi wychodzą z zawodów wzmocnieni – psychicznie i fizycznie. „Świadomość własnego ciała, jako metody poruszania się w długim okresie, przez trudny, górski, ale piękny teren pozwala mi z większym spokojem i pewnością siebie radzić sobie z życiem codziennym” – twierdzi Geoff Roes. Skala doświadczeń ultarmaratońskich stanowi o wyjątkowości tej dyscypliny – część ultrasów medytuje, inni gorączkowo łatają fizyczny rozpad algorytmiką, jeszcze inni wędrują myślami po odległych miejscach, obiecując zbolałemu ciału kojące przyjemności, wreszcie są i tacy, którzy w ogniu wielogodzinnej rywalizacji resetują umysł z codziennej rutyny. A przecież powyższe ultramaratońskie przypadki ledwie dotykają skorupy tej wielkiej umysłowej przygody o wielkich liczbach. Wszak każdy z zawodników niesie indywidualną opowieść.

Łączy ich jedno – już kilka dni po Biegu Siedmiu Dolin, zawodów Beskidy Ultra Trail, Transvulcanii czy innej imprezie, jeszcze z obolałymi nogami, zasiedli do komputera, wyszukując kolejnej okazji do fizycznego i psychicznego sponiewierania się na biegu ultra.

Andrzej Brandt, “Agonia ciała i triumf psychiki”. Bieganie listopad 2013

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger