fbpx

Anioł, centurion i Elvis w biegowych butach

Autor: Marek Tronina • 09.09.2013

Michał Leśniewski jako Elvis

Fot. Fotomaraton.pl

Swoje stroje projektuje sam, dbając o to, by były „prawdziwe historycznie”. Centurion, husarz czy Robin Hood powstawali przez kilka miesięcy. Michał Leśniewski zainspirowany bieganiem charytatywnym zaczął biegać maratony w przebraniach dla swojej córki – Oli.

Z Michałem Leśniewskim, biegaczem startującym w przebraniach, właścicielem Centrum Rehabilitacji „Olinek”, rozmawia Marek Tronina

Jak to jest, kiedy szczęśliwi rodzice dowiadują się, że ich dziecko jest chore na nieuleczalną chorobę i będzie do końca życia niepełnosprawne?

– W jednym momencie świat wali ci się pod nogami. Na początku to do ciebie nie dociera, ale trzeba zaakceptować tę sytuację tak szybko, jak to możliwe. Taka wiadomość jest niewątpliwie przełomowa i pewnie najważniejsza w życiu. Te słowa dźwięczą mi w głowie właściwie każdego dnia, nigdy ich nie zapomnę. Po nich trzeba było o 180º przestawić wszystko, co się do tej pory robiło, zweryfikować plany i starać się normalnie żyć z chorobą dziecka. Chyba dla każdego dzieci są celem życiowym i olbrzymią wartością, więc kiedy dowiadujesz się, że twoje dziecko będzie niepełnosprawne, że nigdy nie będzie miało swoich dzieci, a ty nie będziesz miał wnuków, to bardzo trudno znaleźć motywację do życia.

Kiedy okazało się, że życie nigdy nie będzie już takie samo?

– W naszym przypadku to wyszło na jaw dosyć szybko, gdzieś około trzeciego miesiąca życia Oli. To wtedy lekarz stwierdził, że Ola już do końca życia będzie dzieckiem niepełnosprawnym zarówno umysłowo, jak i ruchowo.

I co po usłyszeniu takiej diagnozy zmieniło się w twoim widzeniu świata? Nie mówię o konieczności poświęcenia czasu na rehabilitację, ale o sferze trochę głębszej, duchowej.

– Właściwie wszystko. Dalekosiężne plany związane mniej lub bardziej z dziećmi musisz odłożyć na półkę, bo rzeczy, które były ważne – przestają mieć wartość. Konkretnie – jakiekolwiek znaczenie przestało mieć dla mnie myślenie o dniu jutrzejszym, a istotne stało się tylko to, co dziś, teraz, zaraz. No i niewątpliwie jakiekolwiek znaczenie straciły natychmiast pieniądze, bo wtedy naprawdę rozumiesz znaczenie słów, że najcenniejsze w życiu jest zdrowie. Choć oczywiście potrzeby finansowe związane z niepełnosprawnym dzieckiem są gigantyczne. Tyle że pieniądze stają się natychmiast środkiem, a nie celem.

A wcześniej były celem?

– W dużej mierze tak. Zanim urodziła się Ola, pracowałem zawodowo w restauracji „Belvedere” w Łazienkach, gdzie przez 15 lat zajmowałem się organizacją przyjęć cateringowych. Żyłem według rytmu kreślonego rytmem życia restauracji i zamówieniami klientów. Praca wypełniała mi w zasadzie całą dobę – z przerwami na sen i dojazdy.

Ale musiały ci się zdarzać w pracy jakieś ciekawe rzeczy. W końcu „Belvedere” to nie byle jaka restauracja.

– Jasne. W sumie to widziałem chyba wszystkich najważniejszych ludzi, którzy bywali w Polsce. Z królową angielską, Mickiem Jaggerem i Michaelem Jacksonem na czele.

Masz jakieś fajne autografy czy pamiątki z tych wizyt?

– Nie no, co ty. Ja byłem pracownikiem dalekiego zaplecza i o moim istnieniu nikt z wielkich nie wiedział.

Fot. Fotomaraton.pl

Fot. Fotomaraton.pl

Gdzie pracowała żona?

– Żona pracowała w księgowości i w zasadzie to żeśmy się mijali. Parę chwil rano, czasami jakiś wspólny wieczór i tyle. Dopiero dziecko wszystko zmieniło. Niektórzy mówią, że w każdym nieszczęściu trzeba znaleźć szczęście. I może dzięki temu, że Ola urodziła się niepełnosprawna, to my znaleźliśmy razem z żoną sens życia w pomaganiu innym.

Na czym polega schorzenie twojej córki?

– Ola cierpi na padaczkę lekooporną, w wyniku czego ma porażenie mózgowe prawostronne, niedowład prawej ręki, kłopoty z chodzeniem, nie mówi i nie chodzi samodzielnie, żyje w swoim świecie i do końca życia będzie wymagać tego, by ją trzymać za rączkę.

Kiedy rodzi się dziecko niepełnosprawne, to musisz nie tylko wszystko przewartościować, ale i przeorganizować.

– W konsekwencji z jednej strony musiałem rezygnować z dodatkowej pracy po godzinach i w weekendy (a więc i z lepszego zarobku), a z drugiej – zaczęliśmy liczyć szybko ubywające pieniądze, które trzeba było wydawać na rehabilitację i leczenie Oli. W zasadzie pierwsze trzy lata pochłonęły wszystkie nasze oszczędności – żona jeździła praktycznie co drugi miesiąc na turnusy rehabilitacyjne. I jak w końcu usiedliśmy z ołówkiem i podliczyliśmy wydatki, to wyszło, że na pewno nie będzie nas na to do końca życia stać, ale też rozumieliśmy, że Ola będzie tego do końca życia potrzebować. I trzeba było coś wymyślić, żeby to równanie z dwoma niewiadomymi rozwiązać. Żona do pracy iść nie mogła, bo Ola wymaga opieki przez całą dobę. No i wymyśliliśmy, ze założymy własne centrum rehabilitacji. Prowadzimy je już od 6 lat. Teraz ludzie przyjeżdżają do nas dosłownie z całego świata ze swoimi dziećmi na rehabilitację. Mamy niezłą renomę, bo to ośrodek stworzony przez rodziców i spełniający oczekiwania rodziców dzieci niepełnosprawnych. Ceny mamy umiarkowane, w praktyce rozliczamy się tylko z terapeutami, a to co zostaje – jest na skromne życie. A przy okazji zapewniamy rehabilitację swojej Oli.

Macie klientów z zagranicy?

– Tak. Sporo osób przyjeżdża z Węgier, są Włosi, ostatnio Rosjanie, ale najbardziej egzotyczni są goście z… indyjskiego Bombaju, a także z Pakistanu. Często to bardzo zamożni ludzie, których stać na to, żeby jeździć na terapię gdziekolwiek na świecie, ale przyjeżdżają regularnie właśnie do nas. To bardzo miłe, bo mówią, że u nas jest najlepsza atmosfera i najbardziej profesjonalna rehabilitacja. To prawdziwe przyjaźnie i razem stanowimy wielką rodzinę, odwiedzamy się prywatnie i spędzamy wspólnie wakacje.

Fot. Małgorzata Mordzińska/www.klubfocus.pl

Fot. Małgorzata Mordzińska/www.klubfocus.pl

Na czym polega innowacyjność waszego ośrodka, czym różnicie się od innych?

– 6 lat temu kupiliśmy taką technologię amerykańską Therasuit, czyli rehabilitację w kosmicznych kombinezonach, która była bardzo droga, i zanim sprowadziliśmy ją do Polski, kosztowała w innych ośrodkach nawet 15 tysięcy złotych za miesiąc terapii. A dzięki nam jest pięć razy tańsza.

To technologia kosmiczna.

– Tak, bo oparta jest na kombinezonach stworzonych jeszcze w latach 60. przez radzieckich naukowców, którzy powracających z lotów kosmonautów ubierali w takie kombinezony, żeby przyspieszyć ich powrót do normalnej sprawności, gdyż w przestrzeni kosmicznej astronauci tracili masę mięśniową i takie stroje przyspieszały powrót do formy. I to właśnie Rosjanie zaczęli stosować je w terapii dzieci z porażeniem mózgowym, w dodatku z sukcesami.

Jesteście jedyni w Polsce, którzy stosują tę terapię?

– Już nie. Pierwsi, ale nie jedyni. Rodzice, którzy zaczynali stosować ją u nas, sami zaczęli zakładać podobne ośrodki.

Ta praca daje ci satysfakcję?

– Zanim urodziła się Ola, to osoba niepełnosprawna to był ewentualnie ktoś z sąsiedztwa, ale na pewno ani nie ja, ani nikt z mojej rodziny, trudno więc mówić, że to jest praca moich marzeń. Tyle że życie pisze swoje scenariusze. Ale też fajnie jest widzieć postępy, satysfakcję rodziców, radość ze zrobienia kolejnego kroku czy z tego, że dziecko przez kilka sekund utrzyma głowę pionowo.

Kiedy zostałeś Elvisem?

– Zanim zostałem Elvisem to byłem aniołem. Ola miała wtedy chyba 3 lata i wtedy zaczęła się moja przygoda z bieganiem. Trochę było to uciekanie od problemów i alienowanie się w biegu. To był akurat czas, że zaistniała potrzeba zrobienia operacji wszczepienia stymulatora nerwu błędnego, co miało zmniejszyć napady epilepsji. Koszt – 60 tysięcy złotych. Duża kasa. Przypomniało mi się, że widziałem w telewizji, jak jakiś człowiek pokonał trasę maratonu londyńskiego w stroju nurka głębinowego – takim ciężkim, stalowym. Zajęło mu to jakieś dwa tygodnie, ale przy okazji zbierał pieniądze na fundację charytatywną. Potem zobaczyłem film z Dickiem Hoytem, który ze swoim niepełnosprawnym synem kończy triathlon. To był czas, że pracowałem jeszcze w restauracji, gdzie akurat było jakieś przyjęcie z dziewczynami przebranymi w stroje aniołów. Główny atrybut – skrzydła. Powiedziałem im, żeby mi te skrzydła pożyczyły, bo przebiegnę z nimi maraton. Postukali się w głowę, ale dali. Pobiegłem ze skrzydłami i w koszulce z napisem „Fundacja Oli” – bo taką założyliśmy, żeby móc zbierać pieniądze. Ktoś mnie zobaczył, opisał na forum, no i z odpisów z jednego procenta zebraliśmy na całą operację. Swoją drogą, rynek rehabilitacji w Polsce to głównie „jeden procent”. Do nikogo ręki nie wyciągamy, bo każdy ma ciężko, ale ten odpis z podatku bardzo nam wtedy pomógł.

Po aniele był Elvis?

– Jeszcze nie. Ale trzeba było wymyślić już coś bardziej efektownego niż anioł, więc pojawił się rzymski centurion. Efektowna zbroja, z epoki, ze szczegółami i wszystkim, co trzeba. Superstrój, jestem z niego dumny do dziś. Pomagała mi specjalistka od historii Rzymu, pracownica Teatru Wielkiego, która dokładnie mówiła, co i gdzie powinno się znajdować i jak wyglądać. Zresztą o prawdę historyczną dbam zawsze.

Stroje robisz sam?

– Tak. To nie są jakieś rzeczy wyciągane ze starej garderoby teatralnej, tylko robione specjalnie na maraton. Trwa to kilka miesięcy bo strój tworzę od podstaw. Centurion miał na głowie kask rowerowy obłożony materiałem, a do niego przykleiłem różne elementy, tarcza była z anteny satelitarnej z Aster City obłożonej tkaniną, i tak dalej. Tyle że to był bardzo ciepły strój, a to czasami jest problem. Był taki półmaraton w Ełku, że ledwie żeśmy się doczłapali. Zapadła więc decyzja o czymś lżejszym.

Fot. Fotomaraton.pl

Fot. Fotomaraton.pl

Elvis?

– Tak, on był następny. Też super. Strój zrobiony na miarę, choć długo szukałem białych lycrów. Ale w końcu znalazłem na Allegro, używane. Krawcowa doszyła mi do tego dzwony od kolan w dół, dołożyła różne cekiny, do tego jest bluza z kolorowymi szkiełkami, włosy zapuszczane przez dwa miesiące i pożelowane, żeby można było postawić – i już. Pekaesy, okulary i w drogę. A, jeszcze czasem w ekstremalnych sytuacjach dokładałem gitarę-zabawkę z bazaru.

Z którego stroju jesteś najbardziej dumny?

– Z husarza. On był zaraz po Elvisie i też imponował swoją historycznością. Skrzydła z piórami półtora metra nad głową, kask, zbroja, sukienka, kolczuga. Ale ciężki, jak nie wiem co. Przebiegłem w nim dwa maratony, a na trzecim – trzy lata temu w Poznaniu – na cztery kilometry przed metą padłem w rowie, zasnąłem, a na metę zawiozła mnie karetka. Były jeszcze stroje greckiego boga, kompletnie niezauważony, ale jakże śliczny, strój Robin Hooda, a ostatnio – Adam Małysz. Z nim nie było łatwo, bo w Red Bullu nie chcieli mi pożyczyć takiego kasku, więc musiałem sobie sam zrobić, a narty – co prawda ahistoryczne, bo za krótkie – ważyły i tak ze trzy kilogramy i zrobiły mi odcisk na ramieniu. Próbowałem co prawda biec z nimi przed sobą, ale nikt ich wtedy nie widział, więc co parę kroków po prostu przekładałem je z ramienia na ramię.

Jak bardzo kosztowne są te stroje?

– To nie są duże pieniądze. Pani, która pomaga mi je szyć, w zasadzie bierze ode mnie pieniądze za koszt materiału. Ale ona wie, po co my to robimy i nie traktuje szycia dla mnie zarobkowo. Najdroższy strój – husarza – kosztował chyba z 600 złotych.

Czy każdy taki występ to jest po prostu bieg mający na celu zebranie środków na leczenie Oli?

– Teraz już nie. Początkowo rzeczywiście potrzebowaliśmy więcej środków, ale obecnie firma – czyli ośrodek rehabilitacyjny – pozwala na normalną rehabilitację i życie. Więc jeśli ktoś pyta, co to za strój i po co to – to zawsze mówię, że skoro zwracają uwagę na inność, to żeby zauważali wokół siebie niepełnosprawnych, żeby zawsze pomyśleli, że można 1% podatku przeznaczyć na pomoc komuś z sąsiedztwa lub po prostu uśmiechnąć się życzliwie na ulicy, tak jak robią to zawsze do mnie. Mam takie marzenie – aby na biegach organizatorzy i wszyscy ci, którzy się przebierają – a to już jest spora grupka – skrzyknęli się wspólnie i razem podziałali na rzecz zbierania środków na jeden, wspólnie wybrany cel. Bo wtedy to ma inną siłę oddziaływania.

Fot. Fotomaraton.pl

Fot. Fotomaraton.pl

Reakcje na takie przebieranki zawsze są pozytywne?

– W większości tak, ale nie zawsze. Nie zapomnę zawodów w Korycinie, gdzie biegnie się przez pola. No więc biegniemy z kolegą – ja – Elvis, on – centurion, obaj po dwa metry wzrostu. I na środku wiejskiej drogi stoi jakaś kobicina. Zobaczyła nas, wybałuszyła oczy i – przeżegnała się! Bezcenne. Ale też kiedyś skrytykował nas Jacek Fedorowicz, który napisał, że takie różne Elvisy i tak dalej powinny biegać w osobnych zawodach, bo ich udział uwłacza wysiłkowi sportowców, którzy dają się z siebie wszystko i walczą o każdą sekundę. Napisałem do niego, wyłożyłem swoje argumenty i chyba odniósł się do nich ze zrozumieniem. Ale dobra strona przebrania jest taka, że jak biegnę, to przez cały czas słyszę brawa. Dla tych chwil warto żyć.

Biegasz czasami bez przebrania?

– Biegam, ale nikt mnie w normalnym stroju nie poznaje! Ludzie, którzy podchodzą do mnie jak jestem przebrany i rozmawiają, przestają mnie poznawać, jak jestem w podkoszulku i spodenkach.

Ale wiesz dlaczego? Bo jak jesteś Elvisem, to nawet z twarzy jesteś podobny do Elvisa! A jak Małyszem – to do niego. Nie dziw się, że Michała Leśniewskiego nikt nie poznaje. Jesteś postacią ahistoryczną.

– Coś w tym jest.

A teraz co planujesz?

– Mam taki ekstremalny plan, choć nie chciałbym, aby ktoś mi go podkradł. Chciałbym się bowiem przebrać za kolumnę Zygmunta, chociaż nie jest łatwo, bo nie mogę na razie zdobyć trójwymiarowej podobizny oryginału. Bez tego ciężko będzie zrobić odpowiednie przebranie. Chciałbym też kiedyś przebiec maraton jako Pałac Kultury.

O, to jest pewna zmiana kierunku, bo zauważyłem, że do tej pory przebierałeś się za różne postacie, a teraz widzę ewolucję myśli. Najpierw król na kolumnie – postać, ale w formie pomnika, a potem – budowla. Imponujące.

– Trzeba się rozwijać. Kiedyś na maratonie w Paryżu widziałem kobietę przebraną za wieżę Eiffla, stąd pomysł z Zygmuntem i pałacem. A jak nie – to jest jeszcze Leonidas i trzystu Spartan oraz sierotka Marysia i siedmiu krasnoludków.

Kończysz czterdziestkę. To nowy rozdział?

– Nie, gdzie tam. Nowy rozdział to ja otworzyłem rok temu – urodziła mi się druga córka – Barbara, zdrowa jak rydz, tak że to było dla mnie takie nowe rozdanie. Muszę zabrać się za bardziej intensywne treningi, żeby niedługo była dumna z wyników taty, a nie tylko z moich przebrań.

 Marek Tronina, “Elvis i inni”, Bieganie, czerwiec 2011

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger