fbpx

Festiwalowo, festynowo, biegowo. V Festiwal Biegowy w Krynicy

Bieg 7 Dolin w Krynicy. Fot. Archiwum organizatora

Bieg 7 Dolin w Krynicy. Fot. Archiwum organizatora

Biegowa stolica Polski – tak mówią organizatorzy i wszyscy ci, którzy im podbijają bębenek i chcą się podlizać. Chociaż właściwie nie wiadomo po co, bo wszyscy biegacze akurat są tutaj traktowani całkiem przyzwoicie.

Największa impreza biegowa w Polsce – to też określenie, które padało gęsto w zaprzyjaźnionych mediach. Chociaż wielkość jest zawsze kwestią względną. W tym przypadku dookreśla ją wzgląd na czas trwania i liczbę konkurencji biegowych oraz pokrewnych. A także prawdopodobnie wielość i wysokość nagród. V Festiwal Biegowy przeszedł do historii.

Trudno się dziwić, że na pierwszy weekend września do Krynicy zjechała prawie cała biegowa Polska. Pomijając tych, których sentyment i medale Mistrzostw Polski w Półmaratonie pchnęły do Piły i tych, którzy z masochistyczną przyjemnością smażyli się w Sochaczewie. Reszta wybrała festiwal w Krynicy.

Festiwal. Szereg imprez, przeważnie jednego typu, będących przeglądem osiągnięć w danej dziedzinie, zorganizowanych w jednym czasie i pod wspólną nazwą, często ujętych w ramy konkursu. Definicyjnie wszystko się zgadza, chociaż mnie zawsze festiwal kojarzył się z kulturą wysoką. Festiwal chopinowski, festiwal filmowy w Wenecji, a nawet festiwal piosenki radzieckiej czy teatrów ulicznych. W opozycji do festynu, który kojarzy mi się z rozrywką prostą, ludyczną i dla każdego. I jarmarku czy innego kiermaszu, którego komercyjny duch zaspokaja potrzeby niższego rzędu.

W Krynicy-Zdroju, której liczba ludności na te trzy dni niemal się podwoiła, dominowała kultura wysoka. Na Bieg 7 Dolin, którego nazwa jest co najmniej myląca, bo bieg nie jest bynajmniej doliniarski, ale pełnoprawnie, a nawet wyzywająco górski, bo przecież z tych wszystkich dolin trzeba się jakoś wyłuskać, zgłosiło się ponad 1000 osób. Na starcie stanęło ok. 800, a do mety w limicie dotarło 501. Bieg 7 Dolin jest perłą w koronie krynickiego Festiwalu Biegowego. Jeżeli gdzie indziej królewskim dystansem nazywa się maraton – tu mówi się tak o stu kilometrach. To ci, którzy ukończą zmagania z „setką” są prawdziwymi bohaterami tej imprezy, witanymi po królewsku przez kibiców już na 200 metrów przed metą. A przecież są jeszcze bohaterowie 66 km czy 36 – ci, których na mecie w tym roku witała głównie obsługa punktów, ale jest szansa, że to się zmieni, że być może wszyscy będą dobiegać do mety w Krynicy… O ile uda się to pogodzić, bo…

…co wtedy zrobić z tym, którzy z Krynicy startują? Taka na przykład Życiowa Dziesiątka. W tym roku opóźniona o blisko kwadrans, bo gdyby ruszyła o czasie, tłum mógłby stratować prawdziwego bohatera imprezy. Ktoś chyba się nie doliczył, że na mecie stukilometrowego biegu można się znaleźć po dziewięciu godzinach i niespełna 10 minutach. A Marcin Świerc właśnie wtedy dobiegł. I tłum, który jeszcze chwilę wcześniej mruczał na opóźnienie startu, zgotował mu królewską owację. Bo wiadomo, gdzie naszej asfaltowej dysze do jego górskiej setki.

Zresztą w ogóle mam wrażenie, że w Krynicy przyznawanie się do tego, że się nie biega po górach, należy do złego tonu. Po asfalcie? I najwyżej półmaraton? To powoduje pewne niedowierzanie w oczach rozmówcy. – No nie, naprawdę przejechałaś pół Polski, żeby przebiec tylko 10 kilometrów?

To tłumaczenie uchodzi tylko drugiemu z bohaterów krynickiego deptaka. W czekającym na start Życiowej Dziesiątki znalazł się entuzjastycznie witany na każdym kroku facet, którym każdy chciał sobie zrobić zdjęcie, wicemistrz Europy w maratonie – Yared Shegumo. Już w piątek zapowiedział, że ścigać się raczej nie będzie. Więc się nie ścigał, na metę w Muszynie przybiegł na szóstym miejscu.

O jego wyniku i tak za chwilę mało kto pamiętał, bo już ruszał kolejny bieg, następny i następny – i jeszcze jeden. W tej masie biegów robiło się trochę festyniarsko, bo faktycznie za chwilę przestało się liczyć, kto wygrał, zresztą konia z rzędem temu, kto potrafi podać nazwisko potrójnego triumfatora biegu na 15 km, dychy i półmaratonu, kolejne biegi startowały gdzieś w tle finiszujących ultrasów, dla reszty liczył się wyłącznie udział, każdy na mecie dostawał taki sam medal, było demokratycznie i  egalitarnie,  a elitę można było poznać co najwyżej po camelbakach, odzieży kompresyjnej i tym, że im było później, tym dziwniej się poruszali.

– Nie, nic mi nie jest, Irona biegnę – rzucił na usprawiedliwienie Jarek Gniewek, kiedy w niedzielę rano pytająco popatrzyłam na jego co najmniej dziwne kroki. A zaraz potem jeszcze pobiegł maraton, wygrywając rywalizację niemal równie morderczą jak górska setka. Iron Run – rok temu po raz pierwszy organizator wpadł na pomysł, żeby docenić tych, którzy ukończą kilka biegów. Ale w tym roku narzędzie tortur zostało dopracowane. Trzy biegi w piątek – mila, 15 km i nocne 5 km, trzy – w sobotę – 36 km po górach, dycha po asfalcie i jeszcze minimaraton na deptaku, żeby mięśnie nie ostygły, a w niedzielę – bieg na Jaworzynę i maraton przed obiadem. „Ironi” dostali wyjątkowe krynickie medale. 34 zawodników. Sami panowie. Różnica między pierwszym a ostatnim – jakieś 6 godzin. Hm, a gdyby tak za rok… W końcu to jak być w konkursie głównym w Cannes…

A propos Cannes. Tak mi się skojarzył czerwony dywan oblegany przez fotoreporterów i tłumy fanów w oczekiwaniu na gwiazdy. Tak właśnie wyglądał krynicki deptak w sobotę po południu, kiedy kibice (i fotoreporterzy, operatorzy kamer, spikerzy i cały tłum) czekali na tych, którzy dobiegali do mety stu kilometrów. To oni byli gwiazdami – i zachowywali się jak gwiazdy. Na te ostatnie 200 metrów dostawali skrzydeł, wydłużali krok, uśmiechali się, pozdrawiali fanów… Tak, zwłaszcza ci kończący między 13. a 15. godziną biegu, spokojni, bo nie było mowy, że się nie zmieszczą w limicie. Dopiero po 16. godzinach przybiegali ci, na których twarzach malowało się cierpienie. Którzy do ostatniego kroku walczyli z czasem i własną słabością.

Byli też tacy, którzy przegrali. Których nikt nie oklaskiwał, a twarze mieli tak smutne, że nawet dziarskie zapewnienia, że „następnym razem” – jakoś nie przekonywały. I nie byli to nowicjusze, o nie! Nie ci, którzy się porwali z motyką na księżyc. Ale tym razem przegrali, bo góry pokazały im pazur. Ich twarze nakładają mi się w głowie na twarze tych, którzy kończyli z uśmiechem, i na zmęczoną, ale szczęśliwą twarz zwycięzcy. I to jest prawdziwe oblicze Krynicy. Gdzie melodramat miesza się z komedią, dramat – z filmem drogi. A gdzieś obok tego przechadza się publiczność.

Festiwale filmowe czy muzyczne mają to do siebie, że po werdykcie jury padają różne głosy. A to, że kogoś zabrakło, że ktoś nie dostał nagrody, a powinien, że komuś się należało za całokształt, innemu za odwagę, a jury poszło pod prąd. Po Festiwalu Biegowym pewnie też można mówić, że w tej liczbie konkurencji, że w liczbie uczestników, w skomplikowanej logistyce – że czegoś zabrakło, że czegoś nie było, że komuś coś się nie podobało albo podobało mniej. Ale tak jak mam kolegów, którzy co roku jeżdżą na taki festiwal filmowy w Gdyni, i takich, którzy co roku bywają w Cannes czy w Wenecji – bo tak wypada, tak ja co roku jadę do Krynicy. Bo Festiwal Biegowy jest tylko jeden, a atmosfera na deptaku i stężenie biegaczy na metr kwadratowy deptaka gwarantują udany weekend. Nawet jeżeli pobiegnę znowu tylko na dychę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger