fbpx

Fred Lebow – ojciec maratonu nowojorskiego

Allison Roe top woman in 1982 New York City Marathon, and Fr

Fred Lebow i jego znak rozpoznawczy – czapka cyklistówka. Fot. Getty Images

Fred biegał bardzo wolno, ale nie bał się startować z najlepszymi. Z oporami, ale powoli z chłopakami z New York Road Runners zaczęli oswajać dla joggingu Central Park. Fred rzucił, że czas najwyższy zorganizować tam maraton. Pierwszy maraton nowojorski.

Fred Lebow – bez tego ekscentrycznego żydowskiego imigranta z Transylwanii nowojorski maraton nigdy by nie istniał.

W ten sposób dwa lata temu organizatorzy Sports Film Festival 360Stopni promowali film „Biegnij całe życie”. Ten porządnie zrobiony dokument Amerykanina Juda Ehrlicha ciepło i dość tolerancyjnie przedstawia Freda Lebowa – ojca maratonu nowojorskiego. Fred urodził się jako Fischl Lebowitz w 1932 roku w Rumunii, a zmarł na raka w ukochanym Nowym Jorku jesienią 1994 r., tuż przed 25. edycją imprezy, którą stworzył i rozwinął. Ale Fred Lebow był kimś więcej niż tylko dyrektorem maratonu. Był ikoną Nowego Jorku i niezmordowanym fanem biegania. Miłość do biegania pokazywał światu całym sobą – nawet na spotkania z burmistrzem czy ze sponsorami przychodził w butach biegowych.

plakat Biegnij cale zycie

Plakat filmu “Biegnij całe życie” opowiadającego historię Freda Lebowa. Fot. filmweb.pl

Koniec

Najbardziej wzruszającym fragmentem filmu jest końcówka – listopad 1992 roku. Fred ze zdiagnozowanym chłoniakiem mózgu, przeczuwając, że niedługo może już być za późno na bieganie, decyduje się na start w „swoim” maratonie. Ostatni raz biegł w nim w 1976 roku, od tej pory pochłaniała go organizacja i koordynacja imprezy. Lekarze i przyjaciele przekonują go, że nie musi cały czas biec.

Fred ruszył na trasę u boku Norweżki Grete Waitz, przyjaciółki, dziewięciokrotnej zwyciężczyni maratonu nowojorskiego. „To był najbardziej emocjonalny i najwolniejszy bieg mojego życia” – powiedziała potem Waitz. „Ostatnie cztery kilometry zrobiliśmy płacząc oboje”. Truchtali, szli – ich czas to 5 godzin, 32 minuty i 34 sekundy – a na mecie w Central Parku wpadli sobie w ramiona, szlochając. Fred pocałował linię mety i skomentował atmosferę, o którą sam przez lata zabiegał: „Nie wierzyłem, że tak dużo ludzi będzie chciało kibicować maruderom ciągnącym się dwie godziny za resztą”.

Spłakałam się jak bóbr.

Początek

Rodzina Lebowitzów przeżyła nazistowską okupację w rumuńskim Aradzie w miarę spokojnie. Ale w obliczu inwazji sowieckiej rodzice zdecydowali, że lepiej uciekać z kraju. Siódemka rodzeństwa Lebowitzów dotarła do USA i do Izraela. 14-letni Fischl przejechał przez Czechosłowację, Holandię, Irlandię i wylądował w Nowym Jorku. Tam zamerykanizował nazwisko – stał się Fredem Lebowem. Skończył the Fashion Institute of Technology na Manhattanie, pracował w branży odzieżowej projektując imitacje fasonów znanych domów mody. Ocierał się o show biznes, bywał tu i tam, nie żenił się, nie planował rodziny, dzieci. O własnym dzieciństwie, przeszłości w Europie nie opowiadał praktycznie wcale. Jego sportowym hobby był tenis. Ale element rywalizacji go zniechęcał – całą przyjemność z gry niweczyła często przegrana całego meczu. Szukał innych sposobów na utrzymanie kondycji. Znalazł bieganie. I zakochał się w nim.

Koledzy z Bronksu

„Pewnego wiosennego dnia siedziałem w biurze, było wczesne popołudnie i nagle poczułem impuls. Musiałem wyjść. Doszedłem do 90. ulicy i zacząłem biec. To było tak cudowne, że powiedziałem sobie, że byłoby niemoralne, żeby nie dać tego samego innym” – wspomina Lebow. Dołączył do biegaczy w Bronksie, którzy już wtedy, pod koniec lat 60., wspólnie trenowali i organizowali nieformalne wyścigi. Przechodnie patrzyli z dezaprobatą: „Po co ci kolesie w szortach latają po naszych ulicach?”, a dzieci obrzucały ich śnieżkami. Ale kumple z Bronksu byli twardzi. Założyli klub biegaczy długodystansowych New York Road Runners (NYRR). Fred biegał bardzo wolno, ale nie bał się startować z najlepszymi. Widać było, że kocha bieganie i szuka wyzwań, nie tylko czysto sportowych – od razu zaczął rewolucjonizować NYRR. Wyciągnął kolegów z ulic Bronksu na Manhattan. Z oporami, ale powoli zaczęli oswajać dla joggingu Central Park. Fred rzucił, że czas najwyższy zorganizować tam maraton. Pierwszy maraton nowojorski.

Numer jeden

Central Park nie był zaprojektowany z myślą o biegaczach, a co dopiero o zawodach biegowych. Gdy w 1970 r. Fred Lebow z kolegami z NYRR zorganizował tam maraton, uczestnicy przeciskali się między wózkami z dziećmi, rowerami, psami na smyczy. Frekwencja nie powaliła. Wystartowało 127 osób, na macie zameldowało się tylko 55. Jedyna kobieta – Nina Kuscik – przeszarżowała i musiała zejść z trasy. Kibiców jak na lekarstwo – nawet rodziny i przyjaciele biegaczy nie wiedzieli, że wokół stawu w Central Parku trwa maratońska rywalizacja.

Nie było żadnej promocji imprezy, napojów, zabezpieczenia trasy, pozwoleń. Freda Lebowa nie obchodziło, że mógłby komuś podpaść. Z rozczuleniem przyznawał, że nie miał pojęcia o organizacji maratonów. Opłata startowa wynosiła zaledwie dolara, a budżet całej imprezy – około tysiąca, które Lebow wyłożył z własnej kieszeni. W ramach nagród kupił tanie zegarki oraz statuetki „z odzysku” z innych imprez sportowych. Sam Lebow przybiegł na metę na 45. miejscu z czasem 4:12:09.

Cały rok biegania

Pierwszy maraton nie odbił się szerokim echem, Fred Lebow czuł się zawiedziony. Postawił sobie wyraźny cel – chciał „rozbiegać” Amerykanów, a z maratonu nowojorskiego zrobić największe święto biegania. Rzucił dotychczasową pracę, w 1973 r. został prezesem NYRR i zamienił swoje mieszkanie w klubowe centrum dowodzenia. Wszystko co zarobił w przemyśle odzieżowym, ładował w organizację imprez biegowych. Żył skromnie, a jego zapał działał jak magnes – wkrótce otaczała go sieć wolontariuszy i współpracowników.

Gorąca głowa: „Może następnym razem zgłosi się 300 osób?”, „A może będzie jakiś sponsor?”, wybuchowy, dyktatorski, czasem niełatwy we współżyciu, ale przy nim wszyscy czuli, że robią coś wielkiego. Na początku lat 70. nie było jeszcze specjalistów od promocji imprez, a sponsoring był w powijakach. Ale Fred Lebow miał nosa. Kierował się marketingową intuicją, wykorzystywał dawne kontakty z show-biznesem, dla każdego chętnego do współpracy miał inny pomysł. Gdy firma Johnson&Johnson wyraziła zainteresowanie maratonem wyłącznie dla kobiet, by w ten sposób reklamować damskie kosmetyki do golenia, Fred czuł, że ciężko będzie uzbierać dużo chętnych. Znalazł lepszą alternatywę: minimaraton, czyli 10 km tylko dla kobiet. A że słowo „mini” robiło wtedy furorę, to był strzał w dziesiątkę. Lebow nie bał się namówić nawet dziewczyn Playboya, by wzięły udział w imprezie.

Z czasem NYRR stworzył cały kalendarz zawodów w Nowym Jorku: był bieg na Halloween, na Sylwestra, po 1576 schodach na górę Empire State Building, bieg po bajgla, bieg śniadaniowy w przedmaratońską sobotę, Mila po Piątej Alei. To Fred Lebow wymyślił „instytucję” pasta party w przededniu maratonu.

Numer siedem

Ale najważniejszym dzieckiem Lebowa był listopadowy maraton. Jeździł po świecie, na inne maratony, przedstawiał się, chwalił zawody w Nowym Jorku i sprowadzał na swoją imprezę sławy lekkiej atletyki. Ale chciał, by było to nie tylko święto sportu, ale też i miasta. Dlatego uparł się, by trasa wybiegała poza Central Park, gdzie zresztą z roku na rok robiło się coraz ciaśniej. W 1976 roku wymyślił maraton przez wszystkie pięć dzielnic NYC: Staten Island, Brooklyn, Queens, Manhattan i Bronx.

Dziś trudno nam uwierzyć, że w połowie lat 70. Nowy Jork był miastem niebezpiecznym i nieuporządkowanym. W niektóre okolice lepiej było się nie zapuszczać. Słysząc pomysły Freda Lebowa, wielu nowojorczyków pukało się w głowę – to było czyste szaleństwo, by tysiące ludzi w szortach wpuszczać w „szemrane” rejony. Ale jak Lebow się uparł, nie było odwrotu. Na starcie stanęło 2090 biegaczy. Nikomu nic się nie stało – nowojorczycy przyjęli biegaczy z entuzjazmem.

Pańskie oko konia tuczy

„Gdy pracowałem, pracowałem zawsze na maksimum” – powiedział Lebow w 1980 roku. Lubił sam wszystkiego dopilnować, sprawdzał nawet drobiazgi. Dla niego maraton zaczynał się już w sobotę wieczorem. Po pasta party ruszał na trasę, by przekonać się, czy każda dziura w asfalcie została zalepiona, każde nieprzepisowo parkujące auto odholowane. W niedzielę charakterystyczna szczupła sylwetka z bródką i w cyklistówce kręciła się w strefie startu już od 4 rano. Fred przez megafon komenderował obsługą, wyrównywał barierki, testował mocowania reklam, sprawdzał prognozy pogody, odpowiadał na pytania dziennikarzy. Bezpardonowo objeżdżał tych, którzy coś zaniedbali. Podczas maratonu jechał w samochodzie przed czołówką, obserwował, czy wszystko na trasie jest w porządku. Lubił odpowiadać na wiwaty kibiców, lubił być doceniany. Czuł się wtedy jak car. A po południu, po konferencjach prasowych ze zwycięzcami, chadzał w rejon mety, by – już w ciemnościach – przybić piątki z najwolniejszymi maratończykami.

Numer dziewięć

Istotnym momentem była dziewiąta edycja maratonu w 1978 roku. Po raz pierwszy wystartowała w NYC olimpijka Grete Waitz, która nigdy wcześniej nie pokonała więcej niż 20 kilometrów. Od razu pobiła rekord świata z czasem 2:32:30. To było coś! A Amerykanin Bill Rodgers po raz trzeci był na najwyższym stopniu podium. Stało się to, do czego uparcie dążył Fred Lebow – oczy Amerykanów i świata zwróciły się na Nowy Jork. Maraton Nowojorski bił wszystkie rekordy frekwencji (uczestników, osób sklasyfikowanych na mecie, procent kończących). Lebow nieustannie dodawał coś nowego, a to medal dla każdego na mecie, a to róża dla każdej zawodniczki. I coraz więcej ludzi chciało brać udział w tym wielkim święcie biegania.

Grete Waitz - etatowa zwyciężczyni New York City Marathon. Fot. Getty Images

Grete Waitz (po prawej) – etatowa zwyciężczyni New York City Marathon (wygrała 9 razy). Fot. Getty Images

Ale były też trudne momenty. Wszystkie je bardzo przeżywał, na poważnie, bez dystansu. Tak jak sytuację z 1979 roku, gdy okazało się, że Rosie Ruiz, Amerykanka kubańskiego pochodzenia sklasyfikowana na 11. miejscu, część dystansu… przejechała metrem. Albo gdy wyszło na jaw, że podczas gdy Lebow oszczędzał na pracownikach, pod stołem hojnie wynagradzał profesjonalnych sportowców. Był świetnym organizatorem i promotorem biegania, ale o porządek w papierach nie dbał. A ponieważ maraton nowojorski miał ogromny budżet, zlecono kontrole skarbowe w NYRR.

„Ludzie poświęcający się tylko jednej sprawie są zazwyczaj trochę stuknięci” – mówił o Lebowie Henry Stern, ówczesny komisarz ds. parków i rekreacji w NYC. „Nie można ich oceniać normalnymi kategoriami. Ale jeśli zapytacie mnie, czy Nowy Jork jest lepszy dzięki temu, że Fred Lebow jest tutaj, moja odpowiedź brzmi: tak”.

69 maratonów

Lebow wykorzystywał każdą okazję, by promować maraton i bieganie, nawet wielki strajk komunikacji miejskiej w 1980 roku. „Po co nam metro? Przecież można biegać do pracy!” – mówił. Pytaniami w stylu: „A kiedy TY przebiegniesz maraton?” zasypywał i dziennikarzy, i zwykłych przechodniów. Pomagał przy organizacji maratonów w Chicago, Los Angeles, Londynie i Pekinie. Sam przebiegł 69 maratonów w 30 krajach. Do końca życia biegał dla przyjemności. Po filmie „Biegnij całe życie” Judd Ehrlich czułam ogromny podziw dla tego, co zrobił Fred Lebow, ale wątpię, czy w prawdziwym życiu bylibyśmy przyjaciółmi. Umiał czarować, uwodzić (kobiety również), robił wielkie rzeczy, tryskał pomysłami i energią, ale jego znajomi oceniają jego zachowanie niejednoznacznie. Zawsze skupiony na własnych planach, na własnych celach, goniący za kolejnymi własnymi wyzwaniami. Egoista z wielkimi planami.

Epilog

Pod koniec życia wrócił do swego prawdziwego nazwiska, zbliżył się z rodzeństwem. W październiku 1994 roku, na wieść o jego śmierci, na linię maratońskiej mety w Central Parku przyszło kilka tysięcy ludzi. Bo nie ma lepszego miejsca, by uczcić pamięć Freda Lebowa.

Co roku w zimie właśnie tam odbywa się półmaraton jego imienia. Na starcie – zamiast mobilizującego rocka – puszcza się ulubioną muzykę klasyczną Lebowa, a w pakietach startowych dla biegaczy – zamiast koszulek – są czapki cyklistówki.

Dlatego też i rzeźba Lebowa stoi właśnie tam, w Central Parku. Co roku w dniu maratonu stawiana jest dokładnie na linii mety. Wszystkim, którzy kończą nowojorskie 42,195 km, Fred Lebow z brązu mierzy czas. I tak będzie do końca świata.

Małgorzata Smolińska, „Ojciec – Fred, matka – Nowy Jork”, Bieganie styczeń-luty 2015

Przeczytaj, co jeszcze można znaleźć w numerze Biegania styczeń-luty 2015.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger