fbpx

Wydarzenia > Relacje z biegów > Wydarzenia

Bieg Ultra Granią Tatr – relacja

bieg grania tatr 01

Rzadko się zdarza, żeby na odprawie tyle czasu poświęcano logistyce osób niemieszczących się w limicie. Fot. Piotr Dymus

Ten sezon już jakiś czas temu spisałem na straty, więc bez większych wyrzutów sumienia skupiałem się w ostatnim miesiącu nad szlifowaniem formy poprzez odmienianie przez przypadki słowa “Regeneracja”. Przed wyjazdem w Tatry jedno było pewne – nie byłem przetrenowany.

4:00 – 4:40

Start w grupach od samego początku budził wiele emocji – no bo jak to, cała czołówka ma startować z ostatniego sektora i przebijać się przez 200 osób gdzieś na grani? Samo przebijanie się nie było jakoś wielce upierdliwe chociaż zdarzyło mi się w kilku miejscach czekać, uzbierałoby się pewnie akurat te 12 sekund, których mi zabrakło do 11 miejsca. Upierdliwe było jednak co innego – o ile ścisła czołówka przegoniła wszystkich startujących we wcześniejszych grupach o tyle ja przez cały bieg miałem przed sobą kilka osób, których nie mogłem dogonić, a które po odliczeniu różnicy czasu były już za mną, może na równi, a może nadal przede mną, ale nikt tego na trasie nie był w stanie powiedzieć. Zazwyczaj więc słyszałem – jesteś 18, jesteś 15. Ok – a kiedy był tu ostatni? A jaki miał numer? 400+ czy może… i zazwyczaj już mnie nie było. Tak więc w pewnym momencie po prostu stwierdziłem, że nie ma sensu pytać, bo i tak niczego się nie dowiem. Ostateczne wyniki sprawdziłem sobie w Internecie… i już.

Tatry Zachodnie

W odróżnieniu od startu w Maratonie Gór Stołowych postanowiłem zacząć spokojnie i powoli robić swoje. W końcu od maratonu w Pasterce moje treningi mógłbym policzyć na palcach jednej ręki, więc nie miałem podstaw do tego, żeby się gdzieś wyrywać. Przez kilka pierwszych kilometrów czołówka była zwartą grupą kilkunastu osób, ale gdy tylko pojawiły się pierwsze minimalne podbiegi grupa zaczęła się rwać – z przodu zostało raptem kilka osób, które trzymały mocniejsze tempo – Calvo Redondo, Marcin Świerc, Józek Pawlica, Przemek Sobczyk i Piotrek Karolczak. Podejście pod Grzesia zacząłem spokojnie, ale dość mocno, dzięki czemu wyprzedziłem Piotrka w jego „siatce na motyle”, ale chwilę później w kosodrzewinie utknąłem w pociągu na szczyt. Kawałek przed wierzchołkiem Rakonia pierwszy raz poważnie pożałowałem, że nie wziąłem kijków trekingowych gdy zobaczyłem w jakim tempie mija mnie Kiełbasa – fakt faktem pracował na tych kijach ze dwa razy mocniej niż ja na udach, ale zrobiło mi się trochę głupio, że różnica tempa jest między nami tak znaczna. Będąc już na grani pięknie było widać strumień biegaczy płynący we wschodzącym słońcu na Wołowiec. Na szczęście wyprzedzanie na tym podejściu nie stanowiło jakiegoś większego problemu. W trakcie podejścia już powoli zaczynałem kontrolować sytuację za sobą – widziałem, że niebezpiecznie szybko zbliża się Herci, który podobnie jak Michał mocno pracował kijkami i że powiększam systematycznie przewagę nad Kulawym Psem. Robiąc ostatnie kroki na podejściu pod Wołowiec zaczęły mnie łapać skurcze w prawej łydce i trochę mnie to podłamało – gdyby to było Krzyżne nie byłoby problemu, ale tutaj? – nie minęły nawet dwie godziny biegu! Musiałem na chwilę mocniej zwolnić, minął mnie Herci, a na zbiegu z Wołowca zaczęły się trochę szachy i kluczenie pomiędzy wolniejszymi biegaczami i luźnymi kamieniami. Wystarczyło jednak spojrzeć trochę w bok i przełączał się stycznik z napisem: „Lepiej dobiec w całości 2 minuty później niż nie dobiec wcale”, tak więc z wyprzedzaniem poczekałem na podejście na Jarząbczy Wierch. Tutaj na szczęście było sporo miejsca – pociąg jechał po kamienistym torze, a ja kluczyłem sobie idąc raz z prawej raz z lewej. Jarząbczy Wierch to jedno z gorszych podejść na całej trasie – ciągnie się jak ser w lasagni  – na końcówce poczułem skurcze w drugiej łydce co dość jasno dało mi do zrozumienia, że o jakimś mocniejszym ściganiu mogę zapomnieć.

bieg grania tatr 02

Poranek na grani był naprawdę rewelacyjny. Fot. Piotr Dymus

Przed szczytem byłem trochę jak w transie, zupełnie nie patrzyłem kogo mijam, skupiałem się tylko na kolejnych krokach aż tu nagle przebił się do mnie głos Agi Korpal – zamieniliśmy dwa zdania i trzeba było cisnąć dalej. Kawałek za Kończystym Wierchem wyprzedził mnie Rafał Gaczyński a na zbiegu ze Starorobociańskiego Flekmus – tu kolejny raz zrobiło mi się głupio, bo miałem wrażenie, że się ze sobą cackam zbiegając slalomem nóżka za nóżką podczas gdy Flekmus leciał prosto w dół lekko tylko zapadając się w piarżystym podłożu. Wydolnościowo mogłem w tym momencie jeszcze śpiewać „Hej, sokoły” na 3 głosy, ale nogi już ledwo wybijały rytm. Na Siwej Przełęczy focił Piotrek Dymus, który rzucił, że muszę się spieszyć, bo nie zdążę na autobus – nawet przez chwilę odbijała mi się w głowie taka piłeczka wystukująca „autobus”, „autobus”, „autobus”, ale na Ornaku i na schodach prowadzących do schroniska poczułem się trochę lepiej i nawet zacząłem szybciej zbiegać. Ostatecznie przy schronisku traciłem do Flekmusa tylko 3 minuty, więc ciągle jeszcze było całkiem dobrze.

bieg grania tatr 03

Siwa Przełęcz – jeszcze jest całkiem żwawo. Fot. Piotr Dymus

Ornak – Murowaniec

Na dobiegu do punktu żywieniowego motywował mnie jeszcze Kamil Leśniak biegnąc z aparatem, więc wyciągnąłem trochę krok. Dodatkowo doping „NGW – najlepszej grupy wsparcia” niósł tak, że miałem wrażenie, że na Ciemniak po prostu wlecę! Przez punkt przeleciałem całkiem sprawnie, zgarnąłem kilka pomarańczy, ciastko i buziaka na dalszą drogę – dobry taki punkt żywieniowy. Najedzony, uniesiony trochę na duchu napierałem dalej od czasu do czasu zerkając za plecy, żeby kontrolować gdzie jest Piotrek Karolczak. Na szczęście nawet gdy pojawiała się na horyzoncie biała motyla sieć kalkulowałem sobie, że mam jakieś 5-10 minut przewagi – tak właśnie było na końcówce podejścia pod Ciemniak, gdzie złapał mnie energetyczny dół – nie spodziewałem się tego zupełnie, że wychodząc z Ornaka raptem po godzinie z haczykiem zacznę się słaniać na nogach. Miałem ochotę usiąść, ale człapałem sobie bezpiecznie w dół wciągając 2 żele na raz i licząc, że szybko postawi mnie to na nogi. Było źle, do tego stopnia, że nawet na chwilę przez przypadek zszedłem ze szlaku i musiałem kawałek podejść jakąś mikrościeżką z powrotem na grań. Na Czerwonych Wierchach zaczęli pojawiać się ludzie – bałem się, że zacznie się robić tłoczno i nieprzyjemnie, ale w gruncie rzeczy okazało się, że połowa osób po prostu uciekała na bok robiąc miejsce, a druga połowa naturalnie przeobraziła się w kibiców – i to dawało niezłego kopa – jeszcze  na żadnym biegu tyle razy nie powiedziałem „dziękuję”. Ktoś ustępuje drogi – dziękuję, „Brawo, brawo” – dziękuję, „Dawaj, dawaj” – dziękuję, „Jeszcze tylko Kasprowy” – eee, nie tylko. W drodze na Kasprowy minąłem Sabinę, która miała podobne wrażenia jak ja – na zbiegach jest ok., ale na podejściach nie mam siły. Nawet zbieg do Murowańca nie był taki straszny w kontekście ilości ludzi – był lekki tłok, ale wszyscy starali się w miarę możliwości robić miejsce na szlaku. Tutaj pierwszy raz zobaczyłem na kamieniach plamę krwi i pomyślałem: „Oho! Ktoś przesadził”. Później okazało się, że to Kiełbasa najprawdopodobniej złamał nos, ale mimo krwotoku biegnie dalej – co mnie jakoś bardzo nie zdziwiło, w końcu Michał do biegania używa nóg, a nie nosa – to niby czemu miałby się wycofać. A tak poważniej, to wiedziałem, że nos nosem, ale pewnie i tak będę musiał się jeszcze wysilić, żeby go dogonić.

Murowaniec – Krzyżne

Końcówka dobiegu do Murowańca i sam punkt żywieniowy można opisać jednym słowem – rewelacja. Tłum, po prostu TŁUM… kibiców. Super! Wprawdzie na punkcie już mocno zastanawiałem się czy to aby dobry pomysł żeby wychodzić na Krzyżne, ale ostatecznie znowu zgarnąłem pomarańcze, ciastka i ruszyłem dalej, ale morale miałem strasznie niskie. Na tym etapie biegu miałem stratę np. do Magdy Łączak ok. 6 minut, a od Doliny Pięciu Stawów do mety miałem raczej mocne tempo, więc na odcinku Murowaniec – Krzyżne – Pięć Stawów musiałem stracić jakieś pół godziny. I właściwie wcale mnie to nie dziwi – przez pierwszą połowę drogi na Krzyżne, która generalnie jest do przebiegnięcia, snułem się jak zombie – słonko grzało, nóżki nie podawały i jeszcze na podejściu ktoś krzyknął: „Dajesz!” A co ja niby robię?

bieg grania tatr 04

Łuuu, łuuuu – z krzaków wychodzi Zombie. Fot. Piotr Dymus

Krzyżne – Wodogrzmoty

Spojrzałem z przełęczy w dół i o dziwo nie zobaczyłem Piotrka Karolczaka i z jednej strony mnie to ucieszyło, ale z drugiej pomyślałem, że coś się musiało stać, bo niemożliwe, żebym krokiem zombiaka zrobił taką przewagę… Na zbiegu zacząłem powoli, właściwie bardzo powoli wracać do żywych, w dolinie dogoniłem Michała z zakrwawionym nosem, który z powodu chlapiącej krwi już nie był w stanie utrzymać wcześniejszego tempa. Odcinek od okolicy schroniska w dolinie Pięciu Stawów do Wodogrzmotów był moim zdaniem najsłabszym jeśli chodzi o turystów – tutaj raczej większość osób była zajęta robieniem „słit foci z widokiem na staw” i momentami trzeba było sporo skakać po kamieniach na około, żeby przebić się przez tłum, podobnie zresztą na samym zbiegu – nawet jeśli ludzie chcieli czasem ustąpić miejsca na szlaku, to po prostu nie zdążyli, a ja nie z tych, którzy 50 metrów wcześniej krzyczą, że biegną, więc był to istny tourist slalom gigant. A przy Wodogrzmotach kolejne spotkanie z NGW, chwila spaceru asfaltem i wymiana informacji o tym jak kto wygląda i czy jeszcze jest żwawy czy może da się kogoś dogonić.

Wodogrzmoty – meta

Odkąd trasa zaczęła prowadzić lasem, wróciły mi siły i właściwie większość tego odcinka przebiegłem, nawet momentami zacząłem biegać pod górę, co od Grzesia raczej mi się nie zdarzało. Bałem się strasznie tego fragmentu, bo wiedziałem, że jest bardzo złudny – niby końcówka, ale jeszcze sporo podejść, sporo terenu, który na zmęczonych nogach robi się trudny, ale okazało się, że szło mi tutaj naprawdę dobrze. Nawet jak wybiegłem na Polanę Waksmundzką, to usłyszałem od sędziego: „Nieźle wyglądasz, tutaj jeszcze nikt nie biegł”. Skoro tak, to jeszcze przyspieszyłem. Od Psiej Trawki zacząłem pytać sędziów ile jeszcze do mety – bardziej żeby zobaczyć czy wiedzą niż żeby się faktycznie czegoś dowiedzieć. Usłyszałem 7 km, przebiegłem jakieś 3, usłyszałem 6, biegłem 20 minut, usłyszałem, że jeszcze 40 minut – ale jak 40? Marszem? Biegiem? „No 40 w zależności od tego ile będziesz biegł a ile szedł” – Aha. To ciekawe. Przebiegłem znowu 20 minut, usłyszałem – „dla turysty 70 minut”. Normalnie niekończąca się opowieść. Ostatni sędzia – tylko 1 km cały czas w dół – wybiegam za zakręt – podbieg! Raczej mnie to wszystko bawiło, bo generalnie znałem trasę, ale współczuję tym, którzy w tych informacjach doszukiwali się jakiejś prawdy.

Finito

Od dłuższego czasu marzyłem już o piwie, więc moim pierwszym pytaniem było: „Gdzie tu takowe można kupić?” Zdarzył się cud – podeszła pani i powiedziała: „Proszę poczekać, ja zaraz panu kupię!”

bieg grania tatr 05

W tym miejscu chciałem bardzo serdecznie tej pani podziękować, bo na mecie siedziałem jeszcze ponad godzinę zanim się pozbierałem. Fot. Piotr Dymus

Podsumowując – przyjechałem w Tatry, jak to ostatnio często mi się zdarza nieprzygotowany, z założeniem, że jakoś to będzie – „jakoś” w takim wypadku zazwyczaj znaczy „ciężko”. I tak też było – trasa jest rewelacyjna, ale jest też bardzo trudna i właściwie jak o tym teraz myślę, to może przez te ponad 11 godzin dwa razy spojrzałem gdzieś w bok, żeby podziwiać widoki, poza tym podziwiałem raczej ścieżkę 3 kroki przede mną i zastanawiałem się „Dlaczego właściwie nie wziąłem tych diabelnych kijków?” Przed startem bałem się tłumów na szlakach i startu w grupach i o ile turyści naprawdę dali radę – doping niósł wielokrotnie, o tyle start w grupach był moim zdaniem słaby, ale nie w kontekście ilości mijanek a raczej „ciągłej niewiadomej” – najlepiej świadczy o tym fakt, że Wojtka Pawula, który wystartował z 3 grupy i wyprzedził mnie o 12 sekund, nie widziałem na trasie nigdy i nie miałem świadomości, że się z nim ścigam. Trasa oznaczona bardzo dobrze, sędziowie właściwie na każdym rozstaju dróg, fajna atmosfera unosząca się w powietrzu – uczucie, że startuje się w trudnych zawodach, których samo ukończenie jest wyczynem. Z drugiej strony nie do końca rozumiem ideę budowania „kultu” biegu poprzez wyżyłowane limity – zdaje sobie sprawę z tego, że TPN ma wiele do powiedzenia, ale z drugiej strony limity powinny być dla ludzi a nie odwrotnie. Myślę, że znalazłoby się wiele osób, które spokojnie ukończyłyby taki bieg, ale w 18, 19 czy 20 godzin albo może chociaż nie wyrabiając się w limicie na Murowańcu mogłyby zbiec czarny szlakiem i zrobić krótszą wersję trasy – zawsze to jakaś satysfakcja dla zawodnika. Skoro jeszcze o satysfakcji mowa – rozczarowała mnie koszulka finishera – generalnie startując w zawodach nastawiam się na to, że jest bieg… i tyle – nie interesują mnie gadżety, pakiety i cała otoczka, bo znam dokładnie realia dopinania budżetów takich imprez – stąd moje najpierw pozytywne zaskoczenie i późniejsze rozczarowanie – po tym jak zgubiłem gdzieś talon na jedzenie już miałem opuścić strefę mety, ale zaczęliśmy się krzątać z Sabiną przy depozytach – okazało się, że przecież mamy do odebrania jeszcze koszulki finishera – wyobraźnia przywołała kamizelkę z UTMB, patrzę Sabina dostaje techniczną koszulkę – myślę spoko, bardzo fajna, w końcu na jakiejś imprezie ktoś robi koszulki, w których da się biegać… Po czym pani przyniosła męski long-sleeve i… mam kolejną pidżamę. Niemniej jednak piszę to w formie żartu, bo przecież nie o koszulki tu chodzi a o te kilkanaście godzin wmawiania sobie, że wstawanie o drugiej w nocy i ciągłe powtarzanie “dziękuję” ma jakiś sens.

Podoba ci się ten artykuł?

0 / 5. 0

Przeczytaj też

W stolicy zakończył się weekend maratoński. Metę 42. PZU ORLEN Maratonu Warszawskiego pokonało 1000 osób. W tym roku, z racji na obostrzenia wynikające z trwającej pandemii, 42. PZU ORLEN Maraton Warszawski został podzielony na 4 […]

42. PZU ORLEN Maraton Warszawski – bieg faworytów [RELACJA LIVE]

Od ponad 40 lat ostatni weekend września przemienia się w stolicy w prawdziwe święto biegania. Nie inaczej jest i w tym roku, choć reżim sanitarny wymusił na organizatorach duże zmiany w formule oraz trasie imprezy. […]

Właśnie wystartował 42. PZU ORLEN Maraton Warszawski!

Japoński producent sprzętu sportowego, ASICS przedstawia nową linię butów do biegania, wykorzystującą materiały pochodzące z recyklingu plastikowych butelek. Kolekcja Edo Era Tribute Pack to wyraz uznania dla miasta Edo (współczesnego Tokio) i jego prężnych działań […]

Ekologia idzie w parze z modą. ASICS sięga do korzeni Tokio i prezentuje nową kolekcję z materiałów wielokrotnego użytku

Zakończyła się tegoroczna, wyjątkowa edycja 1MILI. Przez całe wakacje trwała Wirtualna 1MILA, inicjatywa łącząca bieganie z pomaganiem. A następnie, w kolejne trzy niedziele września, odbyły się symboliczne finały tych wirtualnych zmagań, czyli kameralne imprezy na […]

Wirtualna, realna i dobroczynna. 1MILA 2020 za nami!

W ostatni weekend września Warszawa zamieni się w stolicę biegania. 1000 zawodników zmierzy się na legendarnym dystansie 42km 195m. PZU ORLEN Maraton Warszawski startuje nieprzerwanie od 1979 roku i jest symbolem niezłomności, odbywał się bowiem […]

Weekend pod znakiem 42. PZU ORLEN Maratonu Warszawskiego

Gdy nadchodzi czas jesieni, wiele osób zastanawia się, jak zadbać o odporność organizmu. Tak naprawdę budujemy ją na co dzień – poprzez to, co jemy i jaki styl życia prowadzimy. Natomiast każdy moment jest dobry […]

6 produktów żywnościowych wspomagających odporność

Fizjologii nie da się oszukać – jesteśmy w dużym procencie zbudowani z wody i potrzebujemy jej do przeprowadzania procesów życiowych. Czy jednak na przestrzeni zmieniających się pór roku, a tym samym warunków pogodowych, powinniśmy zmieniać […]

Czym i jak nawadniać się biegając przez cały rok?

Chcesz rozpocząć swoją przygodę z bieganiem? To fantastyczny pomysł. Jednak wiele rzeczy może pójść nie po Twojej myśli. Jeśli będziesz je stosować, zamiast stać się biegaczem, będziesz ciągle stawać. A to różnica. Wielu osobom wydaje […]

Jak nie stawać się biegaczem? [FELIETON]