fbpx

Heniu Szost chciał być leśnikiem

Henryk Szost

Najszybszy polski maratończyk w dzieciństwie wolał rąbać drzewo niż biegać. Potem został myśliwym. 4 marca 2012 roku pobił dziewięcioletni rekord Polski w maratonie, uzyskując w Tokio czas 2:07:29. Na igrzyskach w Londynie został najszybszym białym maratończykiem – zajął dziewiąte miejsce.

Kiedy ma 20 lat, na egzaminie do szkoły oficerskiej musi przebiec kilometr. Z marszu bez treningu robi 2:51, rewelacja. Potem, kiedy już jest zastępcą dowódcy straży granicznej w Gorlicach, widzi na mieście plakat – Bieg Gorlicki, za godzinę. Zjada obiad i staje na starcie, na trasie zwymiotuje, a i tak zajmie świetne dla amatora dziewiąte miejsce. Dojdzie do życiówki 14:39 na pięć kilometrów, 30:57 na dziesięć i 2:38 w maratonie w Koszycach. Ma plan dojść przez 10 lat do 2:15, ale przez kontuzję kolana kończy z bieganiem.

Dziś jest na wojskowej emeryturze, jego pasja to paralotnia. Wygląda jak amerykański pułkownik z filmu z o terrorystach – lekka siwizna i sylwetka dwudziestolatka. Mieszka w Muszynie, w ostatnich domach przed górami. Ta historia zaczyna się od Jacka – wujka Henryka Szosta. Bo od niego zaczyna się bieganie najlepszego dziś polskiego maratończyka.

Heniek woli rąbać drzewo

W ostatniej klasie podstawówki Henio jedzie do wujka do Gładyszowa pod Gorlicami.

– Ale fajne puchary masz wujek na szafie. Też chciałbym zdobyć chociaż jeden.

– Heniu, musisz trenować chociaż trzy razy w tygodniu – mówi wujek i daje mu pierwsze buty biegowe, startówki z maratonu w Rotterdamie.

W Muszynie Heniek biega trzy razy w tygodniu 3-4 km po asfalcie. Ale nie po płaskim, tylko po pagórkach, bo płaskiego tam nie znajdziesz. Wygrywa międzyszkolny bieg uliczny. Trafia do Beskidu Nowy Sącz.

Pierwszy start na bieżni na 3 km – świetny, łamie 9 minut. Ale w kolejnych jest gorzej, chociaż trenuje rok, półtora roku. I ma dosyć. Nie lubi się męczyć zwłaszcza na treningach, woli drzewo rąbać niż biegać. Rzuca to.

Po pół roku dzwoni trener z Muszyny Andrzej Gacek, namawia na narciarstwo biegowe. Heniek przez całą zimę nie może opanować techniki. Znów rzuca to całe bieganie w cholerę.

Skończył już trzyletnią zawodówkę – w klasie gastronomicznej – i idzie do liceum wieczorowego, żeby w tygodniu pracować. Zatrudnia się przy wrębie lasu: pielęgnacja młodników, ściąganie i układanie drzewa, fizyczna harówka. I porządny trening wzmacniający. Wstaje o szóstej, pracuje do trzynastej, wraca do domu na obiad, na osiemnastą idzie do szkoły, wraca o dwudziestej pierwszej, spać i znów do lasu.

W lesie od zawsze czuje się dobrze.

henryk szost

Pozyskiwanie zwierzyny

Las jest wszędzie, zaczyna się 200 metrów od domu. Przez okno widać polanę, na którą przychodzą sarny.

W podstawówce Heniek myśli, że zostanie leśnikiem. Dziadek zabiera go do lasu, podobnie tata, zbierają grzyby na obiad, drzewo na zimę. Albo sam wychodzi o dziewiątej, wraca o osiemnastej, brnie w śniegu po kolana przez małe górki po 600-900 m w stronę słowackiej granicy. Zawsze bierze kiełbasę, zapałki, nóż i chleb. Smaży sobie tę kiełbasę na łące w górach i jest szczęśliwy.

Na leśnika nie pójdzie, bo nie lubi się uczyć, jest za słaby z matematyki. Ale las go zawsze będzie uspokajał. Ojciec Heńka – Krzysztof Szost opowiada: – Tabliczki mnożenia go w górach nauczyłem, bo w domu był za bardzo rozkojarzony.

Ale zostanie myśliwym. W czasie wędrówek wyszukuje tropy zwierząt, raz pod Jaworzyną trafia nawet na świeże ślady niedźwiedzia. Wilki widuje w leśnych ostępach, kiedy schodzi ze ścieżek.

– Heniek, co będziesz tak chodził po lesie. Chodź do naganki, jak ja chodzę – mówi mu raz sąsiad.

Od 18. roku życia chodzi w nagance. Robi to, co lubi – idzie przez las – i jeszcze za to płacą.

Polowania zaczynają się 3 listopada od święta Huberta i trwają do 10 stycznia przed rozpoczęciem okresu ochronnego na łanie. Polowanie w kole myśliwskim Jaworzyna w Muszynie jest raz w tygodniu, w weekend, zaczyna się o 7 rano, trwa do 13-14.

Naganka idzie tyralierą, zwykle jest ich czterech-pięciu. Bardzo ciężko wypchnąć zwierzynę na linię myśliwych. Gromadę jeleni prowadzi łania zwana licówką. Nie dość, że świetny słuch, węch, to jeszcze jakby miała dodatkowy zmysł. Naganiacze idą, a nagle zwierzyna pojawia się za ich plecami.

Szost nie uważa polowania za zabijanie zwierząt, tylko pozyskiwanie zwierzyny. Plany zatwierdza leśniczy, tak aby zwierzyna, która pozostaje w lesie, nie zniszczyła młodych sadzonek, nie wyrządzała szkód rolnikom. Nie zjadła lasu. Bo za szkody płaci potem koło łowieckie.

O zwierzynę się dba. W zimie nosi się sól w kostkach, żeby uzupełniła mikroelementy.

Myśliwym zostaje w 2010 r. Dostaje pytania z głuszca. Na ścianie pokoju Heńka wisi fotografia głuszca i dwa obrazki z jeleniami. Nad łóżkiem ma namalowane na ścianie wielkie drzewo. W rogu pokoju stoi wysoka na półtora metra, ale wąska szafa na broń – metalowa, z certyfikowanym zamkiem. W niej trzyma kniejówkę, ale nie może mi jej pokazać, bo przepisy zabraniają ujawniać, gdzie chowa klucz.

Pierwsze trofeum Szosta to ustrzelony z 30 metrów lis.

henryk szost

Po górach, kamieniach i korzeniach

Trener Gacek nie ustępuje, znów dzwoni: – Potrenujemy biegi górskie.

W drugim roku treningów Szost zdobywa już medale na Mistrzostwach Polski. Lubi zwłaszcza styl anglosaski, w którym są i podbiegi, i zbiegi. Wbrew fizjologii, bo jest wysoki, a na zbiegach to przeszkadza, zmniejsza stabilność, wymaga większego balansu tułowiem.

To całkiem inny trening. Bardzo dużo siły. Szybkości mniejsze niż na bieżni czy ulicy – 3:05-3:10, bo i tak w górach zawodnik nie ma okazji rozwinąć dużej prędkości. Najważniejszym akcentem jest siła, bo wygrywa ten, kto ma silniejsze nogi.

Robi też piętnastki, dwudziestki po górach. Wolno, tempo zbliżone do 5 minut na kilometr, na mocnym podbiegu nawet 7 minut. Ale nie lubi się tak siłować z górą, woli łagodniejszy podbieg, na którym można rozwinąć większą szybkość. Więc raczej nie na najwyższą w okolicy Jaworzynę, tylko po łagodniejszych górkach w stronę Słowacji.

Trenuje też zbiegi. W starym dresie, ma spodnie z języczkiem, wkłada końcówkę zamka do kieszonki, przy upadku robi sobie sześciocentymetrową ranę na biodrze. W domu sklei to plastrami, nie idzie do lekarza.

Zostaje mu z tego pamiątka – poskręcane stawy skokowe na kamieniach, korzeniach. Śmieje się, że dziś ma w kostce „staw kulowy”, tak wszystko jest ponadrywane.

Żyje z biegów ulicznych, zawsze ma jakieś pieniądze dla siebie. Biega około 30 minut na 10 km, zwykle jest w szóstce, kilkaset złotych zarabia.

Muszyna

– Gdyby w Kenii była tak rozwinięta turystyka, to by nie było takiego parcia na sport – mówi Szost. Muszyna to całkiem przyjemny górski kurort.

Jest stacja narciarska Szczawnik, połączona z sąsiednią doliną w Wierchomli. Domy wczasowe, hotele, pensjonaty. Rozlewnie wód mineralnych – Galicjanka, Muszynianka. Ta ostatnia sponsoruje żeńską drużynę siatkówki europejskiej klasy. Sklepy sportowe w Muszynie niedawno były dwa, ale ten za drogerią w grudniu zamknęli, został tylko drugi w rynku.

Szost opowiada, że ludzie jednak z Muszyny uciekają – do Krakowa, Warszawy, Wrocławia, Poznania albo za granicę. Bo na miejscu nie znajdziesz takiej pracy, żeby zarobić na dom czy choćby mieszkanie. Z paczki z podstawówki dwóch dobrych kolegów zostało w Muszynie – jeden jest kierowcą, drugi kowalem. Trzeci wyjechał do Austrii, otworzył swoją działalność – ma ludzi do roznoszenia ulotek. A czwarty został kierowcą w Anglii.

Heniek na razie też nie ma szansy na wybudowanie domu: – Zrobiłem w zeszłym roku dobry wynik, ale on dziś nie daje już dobrych pieniędzy. Kiedyś zawodnicy mogli dostać za taki rezultat 30 tys. dolarów, ja mogę liczyć na połowę takiej sumy. I kiedyś przy innym kursie dolara można było za te pieniądze postawić dom.

henryk szost

Heniu zostaje żołnierzem

Sąsiad Szostów, biznesmen, zna prawnika z Krakowa, a prawnik mówi, że chciałby sponsorować sportowca. Ale chce, żeby jego zawodnik pościgał się na bieżni, bo lubi oglądać zawody na stadionie. Henryk wraca więc na bieżnię.

Przejmuje go Jurek Włodarczyk, trener z Krakowa. Szost trochę pomieszkuje w krakowskich akademikach, trochę trenuje korespondencyjnie. Plany treningowe dostaje na kartce, napisane odręcznie.

Włodarczyk zmienia trening Szosta. Wcześniej był tupakiem, nie potrafił złamać bariery 30 minut na 10 km. Teraz ma bardzo dużo techniki, ćwiczeń na płotkach, to podnosi go na biodrach. Sporo interwałów na krótkich odcinkach (150-400 m), które go przyspieszą. Robi dwa takie akcenty w tygodniu. Do siły, którą ma z biegów górskich, i wytrzymałości z ulicy dochodzi szybkość. Po trzech miesiącach poprawia się na 3 km z 8:25 na 8:02.

Dostaje się do kadry, jeździ na obozy do Międzyzdrojów, poznaje Bogdana Mamińskiego. Zostaje wyczynowym biegaczem. Na przełajowych Mistrzostwach Polski w Policach jest drugi. Z trenerem Włodarczykiem podchodzą do zawodników wojskowego klubu Oleśnicznka i pytają, czy nie można by wstąpić do wojska i dostać się do ich klubu.

– Zastanowimy się – odpowiada major Włodzimierz Matosz.

Wkrótce Szost zostaje żołnierzem i trafia do Oleśniczanki. Rok przed uzyskaniem licencjatu zawiesza studia – wychowanie fizyczne w Krośnie – bo musi stacjonować w Poznaniu, wyjeżdża na zawody, na obozy. Niektórzy wykładowcy idą zawodnikowi na rękę, ale nie wszyscy. A Szost ma góralski honor, nie będzie się prosił.

Trenuje u Mirosława Plawgi. To pierwsze treningi pod maraton. Dłuższe tempa – dwójki (po cztery powtórzenia), czwórki (dwa-trzy), wszystko z prędkością startową (w okolicy 3:00 na kilometr). Dłuższe wybiegania po 25-26 km. Plawgo przygotowuje go do pierwszego półmaratonu w Pile. Szost robi 1:03:47 i zdobywa tytuł mistrza Polski.

Po półtora roku cała Oleśniczanka przechodzi do klubu Grunwald Poznań. Nowym trenerem żołnierzy zostaje Grzegorz Gajdus, który kończy wtedy karierę biegacza.

henryk szost

Pekin

„Zero – good luck” – to początek kultowej trasy treningowej polskich długodystansowców na Zakręcie Śmierci w Górach Izerskich. Znacznik zrobił podobno Robert Korzeniowski.

Dobiega się 2,5 km ze Szklarskiej Poręby, to rozgrzewka. Na szczycie ostatniego podbiegu przed Zakrętem jest znacznik Korzeniowskiego, a potem różnymi kolorami oznaczone na asfalcie kilometry. Trasa ma równo 7,5 km, jest lekko z góry, a po nawrocie robi się lekko pod górę.

Tam maratończycy biegają wszystkie szybsze akcenty. Rozbiegania zwykle są na ścieżce pod reglami, chociaż Szost tak lubi asfalt, że tam biega też część rozbiegań. Trudno powiedzieć dlaczego, bo pobocza praktycznie nie ma, trzeba biec po szosie, zakrętów jest sporo, czasem samochód wyskakuje w ostatniej chwili, trzeba uważać.

Przez półtora roku współpraca Szosta z Gajdusem jest świetna. Grzegorz jest totalne zaangażowany, pomaga w trakcie treningów, jedzie na rowerze, a nawet potrafi biegiem poprowadzić trening.

Trening u Grzegorza jest mocny. Gajdus wzoruje go na swoich treningach zawodniczych. Szost czuje, że przez rok, dwa to daje efekt. Ale kiedy robi to samo przez cztery lata, tyle że z roku na rok mocniej, organizm jest przemęczony, a on sam znudzony. Tylko treningi z przerwami na jedzenie, spanie i wyjście do ubikacji.

Treningi wciąż te same, ale podnoszą się szybkości. Dwójki i czwórki poniżej trzech minut na kilometr. Grupa się napędza, jeśli ktoś ma słabszy dzień, to i tak stara się nadążyć za mocniejszymi. I potem nie ma jak odzyskać świeżości.

Ale efekty są. Szost robi minimum olimpijskie do Pekinu i jedzie na igrzyska w 2008 r.

Słaby materiał

Czuje się jak żółtodziób, to dopiero jego trzeci maraton. Potworny gorąc, zero cienia i sporo ambicji. Ruszają, asfalt parzy stopy.

Szost biegnie zgodnie z taktyką ustaloną z trenerem: biec na końcu pierwszej dużej grupy. Tylko że Gajdus przypuszczał, że grupa ruszy na 2:10, a ruszyła na rekord świata. Początek prowadzi przez stare miasto, nie ma oznaczeń kilometrowych i dopiero na piątym kilometrze Szost widzi, że biegną poniżej 3:00. Wie, że to dla niego sportowa śmierć.

henryk szost

W Pekinie przeżywa największą agonię w swoim życiu, kończy w tempie 3:30-3:40, ledwo dochodzi do szatni.

– Duża nauka, duże przeżycie, duży zawód – tak to dziś ocenia.

W Gruwaldzie zaczynają się zgrzyty. Zawodnicy mają pretensje do Gajdusa, że ciągle im dogaduje:

– Ja dawałem radę, a wy słabe materiały jesteście.

Chodzi też o pieniądze. Zwykle zawodnik płaci trenerowi 10 procent ze zdobytych na biegach nagród. Z Gajdusem układ jest inny – za trenowanie maratończyków płaci mu wojsko.

– Ale Grzegorz i tak chciał dostawać procenty z naszych startów. Tyle że jemu się wydawało, że zarabiamy tak samo jak on kiedyś, po 30-40 tys. dolarów. Dziś takie wyniki ledwo starczają na życie. A tu ktoś jeszcze wyciąga po to rękę. Dowiedział się o tym nasz dowódca, wkurzył się, Grzegorz się wycofał, ale kwas został – opowiada Szost.

Jesienią 2009 r. Szost łapie głupią kontuzję. Na obozie zaczyna go boleć stopa.

– OK, odpocznij od biegania, pojeździsz na rowerze – mówi Gajdus.

Szost się cieszy, ale okazuje się, że będą jeździć po Pirenejach, na drodze, po której można by rozgrywać etapy Vuelta Espania. Na drugim mocnym podjeździe coś mu strzela w kolanie. Okaże się potem, że to łąkotka.

Jest zły. Na bezmyślny akcent wymyślony przez trenera. Traci do niego zaufanie.

Operuje go Tomek Owczarski w Poznaniu, Szost płaci z własnej kieszeni, PZLA zwraca później połowę kosztów. Razem z rehabilitacją to 10 tys. zł.

Ale Szost straci jeszcze więcej. Na wiosnę 2010 r. w Wiedniu zrobi minimum na mistrzostwa Europy, ale to kolano ciągle będzie się odzywać. Podczas maratonu w Barcelonie zrobi się ciepłe, Szost zejdzie z trasy, a PZLA wykluczy go z kadry. Przez kolejny rok będzie płacić za wszystkie obozy i suplementy z własnej kieszeni.

Ostatnie pół roku współpracy z Gajdusem to nieustanne tarcia między trenerem i zawodnikami. Od Gajdusa odchodzą Arek Sowa, Adam Draczyński, Michał Kaczmarek, zostaje tylko Mariusz Giżyński.

– Nie zrobię już u ciebie postępów – mówi Szost Gajdusowi. – Mam już 27 lat, nie mam czasu, żeby kierować się sentymentami, próbować jeszcze rok, jeszcze rok. Jeżeli zrobię jeszcze jeden taki BPS, to będzie kontuzja – mówi Grzegorzowi.

Tak pada Grunwald.

henryk szost

Lonia

Osiem lat temu w organizmie amerykańskiego maratończyka Eddy’ego Hellebuycka (życiówka 2:11) wykryto erytropoetynę. Kogo to dziś obchodzi? Nas. Bo w zeszłym roku Hellebuyck oskarżył o podawanie dopingu swojego ówczesnego przyjaciela, świetnego rosyjskiego maratończyka Leonida Shvetsova. Hellebuyck w „Runners World” (w Polsce tłumaczenie tekstu zamieścił portal bieganie.pl) opowiada, jak Shvetsov dostarczał mu EPO, jak mu robił zastrzyki, jak instruował, jakich dawek używać. I że sam też stosował doping.

A Leonid Shvetsov to od pół roku trener Henryka Szosta.

– Kiedy idę do trenera, nie interesuje mnie jego przeszłość, tylko wyniki jego zawodników. Kilku Rosjan, Ukraińców potrafił doprowadzić do 2:07 – wyjaśnia Szost. – O oskarżeniach dowiedziałem się później. Zresztą to tylko oskarżenia innego biegacza, Shvetsova nigdy nie złapano na dopingu.

Szost jedzie do Shvetsova do Saratova nad Wołgą. Siadają na kawę, Shvetsov pokazuje artykuł na bieganie.pl, bo mówili mu o tym jego Ukraińcy, ale do końca nie rozumie. Szost mówi, o co chodzi, i Shvetsov zaczyna się tłumaczyć.

– Nie po to tu przyjechałem, żebyś mi się tłumaczył – przerywa Szost – tylko żebyś mnie zobaczył i żebyśmy zaczęli współpracę.

Shvetsov pokazuje Szostowi inne ćwiczenia na siłę biegową. Nie tylko skip i wieloskok, jak w Polsce, ale ćwiczenia stopy, podskoki.

Przywala mu kilka mocnych treningów, tak mocnych, że jednego Szost nie daje rady ukończyć. 15 km drugiego zakresu po 3:10 na kilometr w upale po ciężkiej trasie.

Na dwunastym Szost staje:

– Sorry, Lonia, ja już nie dam rady.

– Ok., idziemy do domu.

Shvetsov bazuje na długich tempach – cztery czwórki, trzy szóstki, dwie ósemki. Przerwy 500-1000 m w truchcie. To przynosi efekt, poprawia wytrzymałość tempową.

– U Grzegorza najmocniejszym akcentem były czwórki, a teraz biegam to w BPS-ie pięć razy – opowiada Szost. – U Grzegorza robiłem 25 razy 400 m, a u Shvetsova najwyżej 10 razy 400 m i to w formie rytmów. Kilometrówki – najwyżej 10-12 razy kilometr, dla odświeżenia nóg. Wszystko w tempach zbliżonych do maratońskiego. Robimy też fartlek – kilometr szybko, kilometr wolno. Najczęściej w przedziałach między 3:00-3:06 szybkie odcinki i 3:20-3:30 wolne odcinki.

Shvetsov wysyła Szostowi trzydniowe plany. Akcent jest we wtorek i w piątek. Nigdy nie wiadomo, co będzie dalej. Szost pisze, jak mu się biega i dostaje kolejną porcję.

Z trenerem obowiązuje prosty układ – 10 procent z nagród na maratonach. Shvetsov w sześć tygodni przygotowuje Szosta do jesiennego startu we Frankfurcie. Startu, który zadziwi Polskę i Europę.

16 sekund do rekordu

– Lonia, czy mam startować z grupą na 2:10, która mnie bezpiecznie dowiezie na minimum? Czy z tą, która biegnie na 2:08-2:09?

– Bez gadania 2:08-2:09 – odpowiada trener. – Jak na połówce będziesz się dobrze czuł, to przyspiesz.

Szost wybucha śmiechem. To byłby bieg na rekord Polski.

W drodze na kolację mija wystawione na pokaz białe BMW z włączonym zegarem na dachu. Patrzy, a tam czas 2:09:15. Rozmarza się, że chciałby tyle uzyskać.

Na kolację zjada makaron (bo w ostatnich dniach ładuje węglowodany na maksa), ale z kurczakiem, bo nie samymi węglowodanami człowiek żyje. W pokoju śpi z Białorusinem, oglądają wieczorem program przyrodniczy na Discovery i o dziesiątej idą spać.

Wstaje o szóstej, gra chwilę w Hero’s na laptopie. Wygrywa jedną planszę i w dobrym nastroju idzie na rozgrzewkę przed śniadaniem. Śniadanie skromne – kilka kanapek z masłem i dżemem. Rozgrzewka – 20-25 min powoli, w granicach 4:30-4:40, z nogi na nogę, małe rozciąganie, dwa rytmy i start.

Start – mocny. Wszyscy Kenijczycy poniżej 3:00. Szost zostaje z tyłu, widzi jakiegoś Niemca, pyta, w jakiej grupie biegnie. Niemiec jest tak skoncentrowany, że tylko patrzy i nic. Szost powtarza pytanie. Niemiec, że na 2:10-2:11. Czyli za wolno. Wtedy z czołówki odpada trzech Kenijczyków, Szost do nich dołącza z jeszcze jednym Rosjaninem i tak dotrwają do połówki.

henryk szost

Połówkę robią w 1:04:15. Szost czuje się świetnie i przyspiesza.

Przed nim jest grupa Kenijczyków, którzy połówkę zrobili w 1:03:50. Henryk liczy, że dojdą ich na 30. kilometrze. Grupę pościgową prowadzi dwóch Kenijczyków, za nimi Szost, Rosjanin i jeszcze jeden Kenijczyk. Ale na 25. kilometrze dwóch z nich schodzi – to zające. A tu wiatr i Szost kalkuluje – biec samemu, czy dogonić tamtych. Żałuje, że od razu nie pobiegł z tamtą grupą. Dochodzi ich na 28.-29. kilometrze. Ale na 32. kilometrze Kenijczycy zrywają się do przodu, Szost postanawia, że utrzyma tempo. I po dwóch-trzech kilometrach dogania tamtych, którzy już rozciągnęli się na kilkudziesięciu metrach. Wyprzedza jednego po drugim.

Jest dobrze, ale trzeba zapłacić za samotną pogoń przed trzydziestką. Na 37. kilometrze kończy mu się energia. Na końcu biegnie już tylko głową, tempo spada mu z 3:02 na 3:08. Ale to nie jest 3:20, czyli jest ok. Nie zostaje, tylko goni, jest ok. Wyprzedza Kenijczyków, jego na całej trasie wyprzedzi tylko jeden biegacz, jest ok.

Na finiszu mija halę sportową, widzi BMW z zegarem i tym samym magicznym czasem: 2:09:15. Wtedy dociera do niego, jak dobrze pobiegł. Na mecie cieszy się jak dziecko. Nie myśli, że zabrakło mu 16 sekund do rekordu Polski. Że uzyskał drugi wynik w historii polskiego maratonu: 2:09:39. Tylko o tym, że prawie o minutę przebił wysokie minimum wyznaczone przez PZLA na olimpiadę w Londynie. Wróci też do kadry, będzie mógł się spokojnie przygotować.

– Ten wynik dużo daje, ale nie znaczy nic – mówi Szost. Nie zauważa, że właśnie dostał tytuł lekkoatlety października, chociaż domyśla się, że ludzie docenili, że biały potrafi przepchnąć się między Kenijczykami.

Henryk lubi Kenijczyków. Wyrobił sobie o nich zdanie w Kenii: są bardzo serdeczni i bardzo biedni, i mają bardzo duże parcie na sukces. To nie ich wina, że chcą biegać i wygrywać. – Gdybym lepiej biegał, to ja bym z nimi wygrywał – mówi.

Kredyt

Ubiegły rok był dla Szosta bolesny. Bolało go, że rezerwowi ze sprinterskich sztafet jeździli na obozy, a Szost, z trzecim wynikiem w Europie w ogóle wypadł z kadry, bo nie poszły mu mistrzostwa Europy w Barcelonie. Dziwi się, bo przecież maratończyk awansując na igrzyska ma zapewniony start w finale, wszyscy go zobaczą. A sprinter odpadnie w eliminacjach i pies z kulawą nogą się nie dowie o jego starcie.

Na przygotowania w zeszłym roku musiał wziąć kredyt w banku. Bo ze sponsorami też krucho.

– Firmy chętnie wspomagają biegaczy ze swojego regionu – tłumaczy mi Szost. – Tu jest Muszynianka, Fakro – skoncentrowani na siatkarkach i nic innego ich nie interesuje. A w innych miastach nie mogę znaleźć sponsora, bo nie jestem z ich regionu. Jest tylko Nike, który mnie ubiera. I Tervel, producent bielizny termalnej, w której biegam w zimie. Teraz ma dołączyć Action.

W tym roku Szost dostanie z PZLA w czasie przygotowań dwa obozy klimatyczne i trzy krajowe. Plus odżywki do suplementacji. Codziennie łyka 5-6 tabletek aminokwasów po treningu, plus 2 tabletki multiwitaminowe i 3 tabletki odkwaszacza, który pozwala lepiej zregenerować się po wysiłku. I wypija mnóstwo izotoników.

Unika techniki. – Maszynka do mierzenia zakwaszenia, maszynka do mierzenia kinazy kreatynowej, to drogi sprzęt – mówi Szost. Nie używa nawet pulsometru, biega na samopoczucie.

– OK, biegaj bez tych urządzeń, skoro ci to służy – powiedział mu Shvetsov.

Noga za nogą

Parkujemy nieopodal baszty zamkowej pod wielkim bilbordem domu wypoczynkowego „Edyta” na klepisku nad Popradem. Stąd jest 4 km w miarę płaskiej, chociaż oczywiście pofalowanej drogi w stronę Piwnicznej. Normalna szosa krajowa, co pół minuty przejeżdża samochód. Czterokilometrowy odcinek to miejsce, w którym Szost najchętniej robi długie wybiegania.

– Potruchtamy sobie tu kilometr, bo na początku jest chodnik i latarnie, dalej trzeba biec poboczem – mówi Szost. Ruszamy w tempie 4:43 na kilometr, zawracamy i Szost się mimowolnie rozkręca, mój Garmin pokazuje już 4:32.

Wracamy do startu i skręcamy w lewo na deptak wzdłuż Szczawnika, małej rzeczki. Droga oświetlona latarniami, tu Szost ćwiczy szybsze odcinki. Tempo wzrasta do 4:08.

Henryk spokojnie (bo chociaż ja wchodzę już w trzeci zakres, dla niego to ciągle OWB1) – opowiada mi o Adzie. To jego dziewczyna z Nowego Sącza. Poznali się na biegu (on wygrał, ona biega amatorsko), skończyła studia informatyczno-artystyczne, pracuje za barem, namalowała mu te jelonki, które wiszą w pokoju.

Po 750 m zawracamy i ostatni odcinek robimy po 3:50. Wracamy pod basztę i trening skończony.

– Fajne jest takie bieganie noga za nogą – podsumowuje Szost.

henryk szost

Coś w życiu robić

Co takiego szczególnego jest w domu Szostów na obrzeżach Muszyny? Przecież nie to, że trzeba tam podejść pod stromą górę, a sąsiad ma designerski płot z połamanych nart.

Raczej pasja. Nie tylko biegowa pasja wujka Jacka, która stała się zawodem Heńka. Bardziej łowieckie zamiłowania małego Heńka. W ogóle chęć, żeby coś w życiu robić.

W lecie rodzina Szostów całymi dniami siedzi przed domem i wpatruje się w niebo. Hodują gołębie, zaczął Krzysztof, jego żona Halina też się wciągnęła, Heniek także.

Gołębie pocztowe mają swoje zawody. Są lotowane nawet na 800 km. Odwozi się je daleko w Polskę, a nawet pod Wiedeń. Gołąb ma chip, który pokazuje, z jaką szybkością leci. Nie zawsze wygrywa.

– Ale każdy wraca – mówi Krzysztof Szost. – Do domu.

Wojciech Staszewski, „Heniu chciał być leśnikiem”, Bieganie, kwiecień 2012

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger