fbpx
Wanda Panfil zwyciężczyni maratonu w Nowym Jorku w 1990 roku. Fot. PAP

Czytelnia > Ludzie > Elita biegaczy > Ludzie > Trening > Strefa kobiet

Historia: Wanda Panfil, Renata Kokowska i inne polskie maratonki z lat 80. i 90.

Wanda Panfil zwyciężczyni maratonu w Nowym Jorku w 1990 roku. Fot. PAP

Wanda Panfil zwyciężczyni maratonu w Nowym Jorku w 1990 roku. Fot. PAP

Lata 80. i 90. były bardzo dobrym czasem dla polskiego maratonu. I co ciekawe, to panie, mimo że zaczęły później niż panowie, na arenie międzynarodowej zdziałały więcej. Wanda Panfil zdobyła tytuł mistrzyni świata w 1991 w Tokio, z czasem 2:29,53. Renata Kokowska jako pierwsza z Polek wpisała się na listę zwyciężczyń wielkich maratonów, trzykrotnie będąc pierwszą w maratonie berlińskim. Kim są i co dziś robią?

Kobiecy maraton chronologicznie jest zawsze za męskim. Męski istnieje od czasów starożytnej Grecji, jako konkurencja sportowa – od pierwszych nowożytnych igrzysk olimpijskich w Atenach w 1896 roku. Kobiecy, tak naprawdę, dopiero od trochę ponad czterdziestu lat. Protagonistki musiały rozpychać się łokciami. Dosłownie. Wprawdzie w październiku 1926 r. Brytyjce Violet Percy na zawodach z Windsoru do Londynu policzono czas 3:40:22, który IAAF uznaje za pierwszy rekord w maratonie kobiet, ale potem przez kilkadziesiąt lat kobiety na tym dystansie były nieobecne. Aż w 1966 r. Amerykanka Roberta „Bobbi” Gibb zakradła się na start maratonu w Bostonie i bez numeru dotarła do mety. Rok później inna Amerykanka Kathrine Switzer uparła się, że musi być sklasyfikowana – podczas rejestracji zamiast imienia wpisała inicjały, dzięki temu dostała przepisowy numer startowy. Po kilku kilometrach jeden z organizatorów maratonu próbował zepchnąć ją z trasy, ale w obronie kobiety stanęli inni biegacze. Ta szamotanina, udokumentowana wieloma fotografiami, przeszła do historii walki o równouprawnienie w sporcie. Switzer została sklasyfikowana i wtedy się zaczęło! Od 1972 r. kobiety mogły już oficjalnie startować na królewskim dystansie. To, o czym nie pomyślał Pierre de Coubertin, powołując do życia nowożytne igrzyska olimpijskie, stało się ciałem w 1984 r., na igrzyskach w Los Angeles po raz pierwszy rozegrano maraton kobiet.

Lata osiemdziesiąte

Przez drzwi otwarte, a raczej wyważone przez Amerykanki, weszły biegaczki z całego świata. Także z Polski. Końcówka lat 80. i pierwsza połowa 90. należały przede wszystkim do Wandy Panfil i Renaty Kokowskiej. Świetne rezultaty osiągały również: Kamila Gradus, Małgorzata Birbach (obecnie Kowalewicz), Gabriela Górzyńska, Anna Bełtowska-Król i Renata Pentlinowska (obecnie Walendziak). Potem na początku lat 90. niezwykły talent objawiła Małgorzata Sobańska, były też Aniela Nikiel-Głogosz, Dorota Gruca.

Piotr Mańkowski, trener Małgorzaty Sobańskiej i jej były mąż wspomina: – Renata Kokowska i Wanda Panfil weszły w maraton, gdy ten u nas raczkował. Wtedy nawet 5 km kobiet to już była ciekawostka. Obie były zabezpieczeniem PZLA, że jeśli w reprezentacji potrzebne będą kobiety na dłuższe dystanse, to właśnie one. Wyszły z 1500-3000 m, więc miały szybkość, potrafiły wygrywać, miały charakter do rywalizacji. Maraton stwarzał nowe możliwości bo zagraniczne starty, a tym bardziej sukcesy za granicą, oznaczały dużo dewiz. Polki mogły w końcu na sporcie nieźle zarobić. Mańkowski dodaje jeszcze: – Żeby konkurować z kimkolwiek, dziewczyny musiały jeździć po świecie. Trzeba pamiętać, że w Polsce do połowy lat 90. nie było zupełnie, ale to zupełnie amatorskiego biegania kobiet.

W rankingach

Przełom lat 80. i 90. to był doskonały czas dla polskiego maratonu. Ale to kobiety,  mimo że zaczęły później, na arenie międzynarodowej zdziałały więcej niż panowie. „Track & Field”, amerykański magazyn poświęcony lekkoatletyce, prowadzi od 67 lat ranking najlepszych lekkoatletów świata w poszczególnych specjalnościach. Być na szczycie tej listy to nie lada wyczyn. Polscy maratończycy znaleźli się w pierwszej dziesiątce czterokrotnie: Jerzy Gros, Antoni Niemczak i dwa razy Jan Huruk. Ale to Polki-maratonki plasowały się w rankingu „Track & Field” częściej i na wyższych lokatach. Wanda Panfil wygrała w 1991 r. Rok wcześniej była druga, a w 1989 r. – piąta. Wysoko były też Renata Kokowska (7. miejsce w 1990 r. i 10. miejsce w 1991 r.). i Małgorzata Sobańska (czwarta w 1995 roku). Dla kobiet to był jeszcze czas „przed Afryką”, liczyły się Japonki, Europejki, Amerykanki. Sprytni menedżerowie z zachodniej Europy i Stanów szukali na czarnym lądzie najpierw utalentowanych chłopaków, biegającymi dziewczynami zajęli się kilka lat później. Dopiero w 2003 roku mistrzynią świata została Kenijka Catherine Ndereba.

Kobiety przełomu

Na początku lat 90. PRL-owski system klubowy sypał się, PZLA po macoszemu traktowało zawodników. – Jak dziewczyny były w wojskowych czy milicyjnych klubach, to nie musiały się martwić niczym innym, tylko treningiem. A teraz PZLA od biegacza żąda, by kombinował, jak za swoje trenować i dopiero, jak się wykaże, to coś tam od związku dostanie – opowiada z żalem Jan Huruk, top maratończyk z lat 80. – 90. Ale mam wrażenie, że Polki-maratonki odnalazły się w nowej rzeczywistości jakoś szybciej niż mężczyźni. Zrozumiały, że jak sama sobie nie pościelesz, to się nie wyśpisz, więc niektóre podjęły z trenerami decyzję, by zerwać z klubową tożsamością i przejść na swoje.
Co robią teraz największe sławy polskiego maratonu z tamtych lat? Żyją z procentów? Zajmują się sportem? Robią karierę w kategorii masters?

Wanda

Nazwiska Wandy Panfil-González (55 lat) nie zna większość moich biegających znajomych. – Za mało Wandy w naszym biegowym życiu. A to powinna być lokomotywa sportu – mówi z rozżaleniem Jerzy Skarżyński, świetny maratończyk z lat 80., teraz trener i autor książek o bieganiu. – Jakby Małysz po zakończeniu kariery wyjechał z kraju, ukrywał się i nie odbierał telefonów, tak jak ona, to czy Stoch zdobyłby dwa złota w Soczi, a wszyscy oglądaliby skoki narciarskie?

Choć jej kariera była dość krótka, Panfil nazywano królową lekkiej atletyki. Jej najważniejszym trofeum było złoto na mistrzostwach świata w 1991 roku w Tokio (czas: 2:29:53). W historii lekkoatletyki to jedyna Polka ze złotem MŚ w biegach długich. Trzy razy biła rekord Polski, ostatni raz w kwietniu 1990 r. podczas maratonu w Londynie – 2:26:31. Jednak jej życiówka jest dużo lepsza – 2:24:18 w Bostonie w 1991 r., nie uznano jej za rekord Polski ze względu na nieregulaminową trasę bostońskiego biegu. Wanda Panfil ma na koncie zwycięstwa w największych maratonach świata: w Londynie, Nowym Jorku, japońskiej Nagoi (wszystkie w 1990 r.) oraz w Bostonie w 1991 r. Nie wychodziły jej tylko igrzyska olimpijskie. I Seul (1988 r.), i Barcelonę (1992 r.) zakończyła na 22. miejscu. W Korei przeszkodziły jej za małe buty (to był PRL – trzeba było biec w takich butach, jakie dali), w Hiszpanii – rwa kulszowa.

Dwa razy wybierano ją w plebiscycie „Przeglądu Sportowego” najlepszym sportowcem roku, a przecież wiadomo, że długodystansowcom trudniej przebić się do publicznej świadomości niż, na przykład, piłkarzom. Po nieudanej Barcelonie Wanda Panfil praktycznie zakończyła karierę. Startowała jeszcze, ale kłopoty z rwą kulszową zmusiły ją do rezygnacji ze sportu wyczynowego.

Do prawdziwego sportu trzeba mieć zawziętość. Tego Wandzie nie brakowało. Wielu biegaczy wspomina, że była zazdrosna o swoje wyniki, a trening otaczała aurą tajemnicy. Ta tajemniczość została jej do dziś. Wanda Panfil od 1988 r. mieszka w Meksyku. Z niemałym trudem zdobyłam meksykański numer telefonu, potem polski, ale przez kilka tygodni nie miałam szczęścia – nikt nie odbierał. Wiem, że Wanda Panfil bywa w rodzinnej Kraśnicy koło Opoczna, by opiekować się 90-letnią mamą. Maciej Petruczenko, ekspert od lekkoatletyki w „Przeglądzie Sportowym”, mówi, że mistrzyni sprzedała dom w Meksyku i zostaje u nas na dobre, Jerzy Skarżyński – że niedługo tam wraca. Nie wiem, kto ma rację.

Z ziemi polskiej…

Do Meksyku Wanda trafiła przez męża, Mauricio Gonzáleza, 5000-metrowca. I choć Mauricio trenował żonę, gdy jej kariera nabrała rozpędu, koledzy z Polski mieli do niego zastrzeżenia. Jan Huruk opowiada: – Miała talent nieprzeciętny do długich biegów, niesamowitą wytrzymałość, bez względu na pogodę robiła zawsze 100% treningu. Gdyby ktoś ją dobrze poprowadził, miałaby tyle co Paula Radcliffe!

Według wyliczeń kolegów z tamtych lat, za starty w amerykańskich maratonach w 1991 roku jako panująca mistrzyni świata mogła dostać nawet 300 tysięcy dolarów. Niewyobrażalna ilość pieniędzy i na warunki polskie, i na meksykańskie. Panfil inwestowała w nieruchomości, jeden z trzech domów był położony na wysokości powyżej 3 tys. metrów. Niestety, małżeństwo nie przetrwało. Mauricio poznał nową kobietę, przeniósł się do Europy. Rozwód ogołocił Wandę Panfil i z majątku, i z dumy. Nie wyszła powtórnie za mąż, ale została w Ameryce.

Długo jej nie było

W Meksyku, gdzie panuje moda na bieganie, jest ważną personą. Trenuje sportowców, m.in. maratończyka José Antonio Uribe Marino (życiówka: 2:08:55). Na jej zajęcia w klubie Emoción Deportiva w Meksyku przychodzi regularnie masa ambitnych amatorów. Promuje rozsądne bieganie, piętnuje doping i quasi-trenerów. Na hiszpańskojęzycznych serwisach poświęconych rekreacji oglądałam wideo, na których uśmiechnięta Wanda Panfil pokazuje ćwiczenia rozciągające. Sama trenuje i startuje w zawodach, nawet co tydzień. Jest zapracowana, robi to, co lubi. Dla Polski, która przeżywała i nadal przeżywa boom biegowy, zniknęła.

Aż do ubiegłego roku. W drodze na mistrzostwa świata w Moskwie zatrzymała się w Spale, pobiegła w Biegu Powstania Warszawskiego, Biegu św. Dominika. To były jej pierwsze od 25 lat starty na ojczystej ziemi! Panfil jest szczuplejsza niż w zawodniczych czasach, nie pieści się ze sobą, prowadzi ascetyczne życie sportowca i ma „chytrość na sukcesy” jak dawniej. A może już powinna zwolnić? Maciejowi Petruczence przyznała się wtedy, że jest zachwycona wzrostem popularności biegania w Polsce, poziomem naszych zawodów biegowych, i że planuje wrócić tu na stałe.

Pod koniec marca Panfil i Jerzy Skarżyński spotkali się na Półmaratonie Ślężańskim. Wanda przybiegła pierwsza w kategorii 55+. Byli też przy odsłonięciu odcisków ich stóp w Alei Sław Biegania w Sobótce. – Marzy mi się, by napisała książkę. Polscy kibice na to czekają. Ale Wanda mówi, że trzyma wszystko w głowie i na razie nie ma czasu na pisanie – mówi Skarżyński.

Renata

Czas Panfil to również czas Renaty Kokowskiej (55 lat). Każdy, kto był blisko elity polskiego maratonu z przełomu 80/90 wie, że obie panie bardzo ze sobą rywalizowały. – Karmiły się ambicją i zawziętością – mówi Piotr Mańkowski. – Gdybym był ich trenerem, nigdy bym tego nie tępił, bo to taki dodatkowy impuls do walki o wynik – dodaje. Kokowska startowała o wiele rzadziej niż inne koleżanki. Wojciech Kokowski, jej mąż i trener, tłumaczy to tragicznie niskim poziomem hemoglobiny Renaty. – Każda próba zwiększania kilometrażu na treningach kończyła się anemią – wspomina. Ale każdy start był powodem do dumy.

Renata Kokowska stała się specjalistką od maratonu berlińskiego. Zaczęła tam startować w 1986 r. Właśnie tam biła rekord Polski w 1988 r. z czasem 2:29:16 i w 1993 r. z czasem 2:26:20. W 1992 r. przybiegła jako druga w dwóch wielkich maratonach: w Londynie i w Osace.

Do końca nie wiadomo, dlaczego ani razu nie pojechała na olimpiadę. A miała taką możliwość przed Barceloną (1992 r.) i Atlantą (1996 r.). Mąż obarcza winą PZLA, który nie zagwarantował odpowiednich obozów klimatycznych, koledzy-biegacze przypominają, że nie lubiła biegać przy wysokich temperaturach, inni jeszcze, że była tak ambitna, że jeśli nie była pewna dobrego wyniku, nie startowała w ogóle. Już w 1991 r. Kokowska zrezygnowała z przynależności klubowej. Mąż Wojciech chwali się, że wypracował dla żony unikatową metodę treningową i był pewny, że w 1997 roku osiągnęli idealne parametry treningowe, by nabiegała wynik życia, 2:24 w najgorszym razie. Szykowała się na Paryż, ale niestety, dopadła ją wtedy kontuzja.

Ktokolwiek widział

Karierę zakończyła w 2013 r. biegiem w Stambule. Od tego czasu nie startuje, nie angażuje się w życie środowiska biegowego, biega kilka kilometrów dziennie dla zdrowia, albo w domu na bieżni, albo, gdy jest ładna pogoda, po lesie. – W życiu już się wystarczająco nastartowałam – mówi.

Jeszcze w trakcie kariery kupili z mężem stary domek w Krajence koło Złotowa, rodzinnym miasteczku pana Wojciecha, i remontowali go latami. Pieniądze z biegania pozwoliły też Kokowskiej na to, że nigdy nie musiała pracować. Mąż do 1993 roku był nauczycielem WF-u, teraz jest na emeryturze.

Dziś trudno się z Renatą Kokowską skontaktować. Zawsze była skromna, małomówna, na uboczu, ale przynajmniej widywano ją na zawodach. Nikt z moich rozmówców nie widział jej od dłuższego czasu. Nie rusza się z Krajenki. Nie odpowiada na zaproszenia kolegów-biegaczy, którzy chcieliby, by uświetniła biegową imprezę. – Nawet na oficjalne rauty, jakieś rozdania nagród nie przyjeżdża. Szkoda. Renia mogłaby być kolejną ikoną kobiecego biegania w Polsce – mówi Jan Huruk. Nielicznych wywiadów w jej imieniu udziela mąż. Mówi: – Eee, Renia nie będzie chciała rozmawiać. Nigdy nie zabiegała o popularność. Dla nas to już rozdział zamknięty.

Prowadzą spokojne życie. Nie mają dzieci. Planują napisać książkę o tajnikach ich wspólnej pracy treningowej. To ich specjalność, wspólnie piszą i wydają książki popularno-naukowe o historii i tradycji ziemi złotowskiej. Wydali m.in. „Dzieje sportu polonijnego na Ziemi Złotowskiej” o klubach sportowych w międzywojniu na tym terenie. Renata Kokowska doskonale zna niemiecki i potrafi wycisnąć wszystko ze starych dokumentów. – Tylko pozazdrościć, że taka Jarzyńska pół roku w Colorado trenuje. Nas to tylko na 2-3 tygodnie w Szklarskiej było stać. Nie było takiego medycznego zaplecza, jak dziś, tej wiedzy. Czasem, jak o tym pomyślę, to mnie złość bierze. Gdyby Renia startowała dzisiaj, miałaby niesamowite wyniki! – mówi jej mąż.

Wojciech Kokowski dziwi się, że nikt się do niego nie zwraca o poprowadzenie grupy sportowców. Mnie to jednak nie dziwi. Kokowscy zdecydowali się na życie z dala od centrum, mediów, popularności, wszystkich ustępstw, na które trzeba pójść w imię „promocji”. Więc już coraz mniej ludzi pamięta o ich istnieniu.

Kamila

Zupełnie inaczej toczy się życie Kamili Gradus (47 lat), która ma na koncie dwukrotne zwycięstwo w elitarnym maratonie w Nagoi w Japonii (w 1993 r., i 1995 r.). Jest bizneswoman. I zupełnie swobodnie rozmawia i o swojej karierze, i o życiu „posportowym”. Kamila Gradus na tych samych mistrzostwach świata, na których Wanda Panfil zdobyła złoto, zajęła szóste miejsce. Ile dziś dalibyśmy za to, żeby za rok na mistrzostwach mieć w pierwszej dziesiątce dwie maratonki! Gradus świetnie wypadła też na mistrzostwach globu w Stuttgarcie w 1993 r., zajęła tam dziewiąte miejsce. Na olimpiadzie w Atlancie w 1996 r. zeszła z trasy – ból pachwiny ją pokonał. Była wściekła. Najszybciej pobiegła w Bostonie w 1991 r., ale wynik 2:26:55 nie został uznany ze względu na nieregulaminowość trasy. Według IAAF życiówka Kamili Gradus to 2:32:09 z mistrzostw w Tokio w 1991 r.

– Kamila doskonale wstrzeliła się w maraton. Tytan pracy, ale to inny typ niż tamte dwie. Nie była aż tak łapczywa na sukces – mówi Piotr Mańkowski. Ale inni wspominają, że była tak ambitna, że na tempowych treningach czasem płakała, gdy czuła, że nie wychodzi jej tak, jak powinno…

Sercem jestem w bieganiu

Dziś mieszka w Krakowie, biega hobbistycznie, a stratuje tylko w biegach charytatywnych lub takich, które promują miasto. Jej mężem jest Dariusz Kaczmarski, kiedyś zawodnik, potem wieloletni dyrektor sportowy Cracovia Maraton. Za rodzinną Warszawą raczej nie tęskni. Jej wymarzone miejsce na ziemi? – San Diego w Kalifornii! – odpowiada bez namysłu.

Kamila Gradus ma sentyment do Stanów. Na początku lat 90. kilka miesięcy w roku spędzała w Albuquerque, „bo to najlepsze miejsce na ziemi do trenowania”, i „tam można było co weekend gdzieś startować, podczas gdy w kraju praktycznie żadnych biegów nie było”. Nie należała do „królów życia”, była oszczędna. Więc gdy wygrała Nagoję, bijąc rekord trasy, zarobione – niemałe – pieniądze zainwestowała w szeregowiec w Albuquerque. Dla niej, jej trenera Marka Jakubowskiego i jego podopiecznych. Wychodziło taniej niż wynajmowanie.

Kamila miała duży dylemat, czy nie zostać za oceanem na stałe. Ale Darek nie wyobrażał sobie życia poza Polską, więc po pięciu latach sprzedała dom, pożegnała Nowy Meksyk i miała za co kupić zakład w Skawinie. Od 12 lat produkują opakowania z tektury falistej. Są potentatami rynku. – Zarządzam firmą, szkolę ludzi, jestem bardzo zajęta. A do tego trójka dzieci. Byłoby miło porywalizować gdzieś jeszcze, ale zostaje mi tylko udzielanie się w klubie AZS-AWF Masters. Czasem jeździmy z Darkiem na zawody, prowadziliśmy zajęcia w ramach ścieżek biegowych, biegamy dla siebie – to wystarcza – mówi maratonka.

Po zakończeniu kariery, Gradus próbowała też wspólnego interesu z chodziarzem Robertem Korzeniowskim – mieli sklep sportowy, ale współpraca dość szybko się skończyła.

Firma Gradus i Kaczmarskiego sponsoruje biegaczki, m.in. Matyldę Szlęzak i Marię Sławik. – Chcemy z Darkiem jakoś pomóc. Gdy ja zaczynałam w Legii Warszawa, było zupełnie inaczej – miałam skupić się wyłącznie na szlifowaniu formy. Teraz nawet na poziomie uczelnianym kluby mają kłopoty finansowe, organizacyjne. To nie tak powinno być – mówi Gradus.

Jeszcze jako zawodniczka urodziła pierwszą córkę. Dagmara ma dziś 15 lat i nie ciągnie jej do sportu, a raczej do psychologii. Za to 10-letnia Iga szykuje się na drugą Isinbajewą. Mama mówi, że zanim mała weźmie w ręce tyczkę, zajmuje się podbudową: trenuje gimnastykę sportową i pływa. 8-letni syn Darek to oczywiście fan piłki nożnej. Ale cała trójka doskonale wie, co dla polskiego sportu zrobiła ich mama, świetnie odpowiada na pytania dziennikarzy. Całą rodziną co roku wylegają na ulicę, gdy biegnie maraton krakowski i kibicują. Od maratońskiej przeszłości nie da się uciec.

Małgosia

– Pamiętam Wandę Panfil przede wszystkim z dwóch wyjazdów szkoleniowych. Ja wchodziłam na „rynek”, ona właśnie kończyła karierę. Tolerowała mnie, ale poza zgrupowaniami nie utrzymywała z nami kontaktu – wspomina Małgorzata Sobańska (45 lat), po Panfil najbardziej utytułowana polska maratonka. Można powiedzieć, że to ostatnia z „wielkich” pokolenia 80/90. Jej rekord Polski z 2001 r. – 2:26:08 wciąż czeka na pobicie.

Punktem zwrotnym w jej karierze był wygrany Londyn w 1995 r. – to był dopiero piąty maraton Sobańskiej. Na mistrzostwach świata w Göteborgu dotarła do mety jako czwarta. Rok później było 11. miejsce na igrzyskach w Atlancie – to najlepsze miejsce Polek w maratonie olimpijskim. Na IO w Atenach w 2004 r. przybiegła jako 17. Zwyciężyła w maratonie w Kolonii w 2000 r. i w Warszawie w 2008 r., łącznie ukończyła ponad 40. Od czterech lat już nie ściga się na tym dystansie.

Niektórzy z PZLA twierdzą, że jest najbardziej kasową polską biegaczką. Dzięki pieniądzom z zagranicznych maratonów kupiła dom w Strzeszynku na obrzeżach Poznania.

– Jak startowałam, było tyle roboty na bieżąco, że nie myślałam o tym, co będę robić w przyszłości. Ja nawet dzieci w biegu rodziłam – opowiada Sobańska. Z Wiktorią, pierwszą córką, „przebiegła” w 1997 r. maraton w Tokio (była w pierwszym miesiącu ciąży). Kornelię urodziła pięć lat później, również nie rezygnując z treningów i startów.

Szklarska, Portugalia, Alpy

Ale pod koniec kariery trzeba było podjąć decyzję, co dalej. Marzył jej się pensjonat w Szklarskiej Porębie, ale pomysł został w sferze marzeń. Padło na coś innego.

Razem z byłym mężem i trenerem, Piotrem Mańkowskim długo myśleli nad zorganizowaniem obozu biegowego dla amatorów. – Naoglądaliśmy się obozów w Portugalii, tam dobrzy angielscy zawodnicy trenowali zwykłych amatorów. Tego u nas jeszcze nie było – opowiada Małgorzata. – Aż w końcu zgadaliśmy się z Markiem Troniną, szefem Maratonu Warszawskiego. On wcześniej nie widział takiego obozu i nie wiedział, co tam się robi, ale zaufał nam i od 2009 r. robiliśmy je wspólnie w Szklarskiej przez kilka sezonów. Sobańską i Mańkowskiego ciągnęło do Portugalii – są tam super warunki do treningów. Zaczęli organizować obozy na własną rękę. Potem w Alpach i w ośrodku Jana Huruka w Poddębiu.

W czasach dużej konkurencji w branży Sobańska stawia na rodzinną atmosferę i nie oczekuje strasznych kokosów.
Sobańska jest też trenerką długodystansowców i promuje bieganie, szczególnie wśród pań. – To był dla mnie szok, jak w 1995 r. w Central Parku w biegu dla kobiet na 10 km biegło nas 12 tys., bo w tym samym czasie w całej Polsce biegało regularnie może 60 dziewczyn – wspomina w jednym z wywiadów. – Na szczęście te czasy minęły. Sama biegam dla przyjemności. Z taką przeszłością nie da rady nie biegać, organizm się przyzwyczaił.

Czy kiedykolwiek myślała o emigracji? Nie, zwłaszcza po tym, jak jako juniorka podpisała w 1992 roku kontrakt z japońską firmą budowlaną i występowała w barwach Japonii(!). Miała zakaz startów poza wyspą, mieszkała sama w hotelu, to był zupełnie inny świat niż rodzinny Poznań. Z zaplanowanych dwóch lat wytrzymała pół roku. Niektórzy stukali się w głowę, że zrezygnowała z dobrych pieniędzy.

Gdy pytam, czy córki odziedziczyły po niej gen maratoński, śmieje się, że starsza Wiktoria odziedziczyła po niej przede wszystkim gen „nie chce mi się”. – Mi w jej wieku też się nie chciało, nawet mówili na mnie „Nygus”, bo się obijałam. Wyniki miałam, no to trzeba było coś tam trenować, ale nawet w badaniach na AWF w Poznaniu wyszło, że się do sportu nie nadaję: ani fizycznie, ani tym bardziej psychicznie.

Od 13 lat rekord Polski Sobańskiej jest nietknięty. Jego autorka mówi: – Karolina Jarzyńska i Iwona Lewandowska mają szansę, by zbliżyć się do tego wyniku. Mają teraz takie warunki, by trenować, jakich za moich czasów nie było. Oby tylko kontuzja nie popsuła im szyków. Trzymam kciuki.
Ja też na to czekam.

Rekordy Polski w kobiecym maratonie

Małgorzata Sobańska
Czas: 2:26:08
Data: 2001-10-07
Miejsce: Chicago

Renata Kokowska
Czas: 2:26:20
Data: 1993-09-26
Miejsce: Berlin

Wanda Panfil-González
Czas: 2:26:31
Data: 1990-04-22
Miejsce: Londyn

Wanda Panfil-González
Czas: 2:27:05
Data: 1989-04-23
Miejsce: Londyn

Renata Pyrr-Kokowska
Czas: 2:29:16
Data: 1988-10-09
Miejsce: BerlinWanda Panfil-González
Czas: 2:32:01
Data: 1987-10-04
Miejsce: Berlin

Renata Pentlinowska-Walendziak
Czas: 2:32:30
Data: 1986-04-06
Miejsce: Dębno

Gabriela Górzyńska
Czas: 2:38:14
Data: 1985-09-29
Miejsce: Berlin

Grażyna Zblewska-Mierzejewska
Czas: 2:38:56
Data: 1985-03-16
Miejsce: Szeged

Gabriela Górzyńska
Czas: 2:39:21
Data: 1984-05-06
Miejsce: DębnoRenata Pentlinowska-Walendziak
Czas: 2:40:49
Data: 1983-05-01
Miejsce: Dębno

Anna Bełtowska-Król
Czas: 2:44:28
Data: 1982-04-25
Miejsce: Dębno

Anna Bełtowska-Król
Czas: 2:52:35
Data: 1981-05-24
Miejsce: Dębno

Renata Pentlinowska-Walendziak
Czas: 2:57:36
Data: 1980-10-05
Miejsce: Koszyce

Anna Bełtowska-Król
Czas: 3:05:14
Data: 1980-09-14
Miejsce: Warszawa

Małgorzata Smolińska, Polskie maratonki z lat 80. i 90., Bieganie wrzesień 2014

mm
Małgorzata Smolińska

Podoba ci się ten artykuł?

0 / 5. 0

Przeczytaj też

W stolicy zakończył się weekend maratoński. Metę 42. PZU ORLEN Maratonu Warszawskiego pokonało 1000 osób. W tym roku, z racji na obostrzenia wynikające z trwającej pandemii, 42. PZU ORLEN Maraton Warszawski został podzielony na 4 […]

42. PZU ORLEN Maraton Warszawski – bieg faworytów [RELACJA LIVE]

Od ponad 40 lat ostatni weekend września przemienia się w stolicy w prawdziwe święto biegania. Nie inaczej jest i w tym roku, choć reżim sanitarny wymusił na organizatorach duże zmiany w formule oraz trasie imprezy. […]

Właśnie wystartował 42. PZU ORLEN Maraton Warszawski!

Japoński producent sprzętu sportowego, ASICS przedstawia nową linię butów do biegania, wykorzystującą materiały pochodzące z recyklingu plastikowych butelek. Kolekcja Edo Era Tribute Pack to wyraz uznania dla miasta Edo (współczesnego Tokio) i jego prężnych działań […]

Ekologia idzie w parze z modą. ASICS sięga do korzeni Tokio i prezentuje nową kolekcję z materiałów wielokrotnego użytku

Zakończyła się tegoroczna, wyjątkowa edycja 1MILI. Przez całe wakacje trwała Wirtualna 1MILA, inicjatywa łącząca bieganie z pomaganiem. A następnie, w kolejne trzy niedziele września, odbyły się symboliczne finały tych wirtualnych zmagań, czyli kameralne imprezy na […]

Wirtualna, realna i dobroczynna. 1MILA 2020 za nami!

W ostatni weekend września Warszawa zamieni się w stolicę biegania. 1000 zawodników zmierzy się na legendarnym dystansie 42km 195m. PZU ORLEN Maraton Warszawski startuje nieprzerwanie od 1979 roku i jest symbolem niezłomności, odbywał się bowiem […]

Weekend pod znakiem 42. PZU ORLEN Maratonu Warszawskiego

Gdy nadchodzi czas jesieni, wiele osób zastanawia się, jak zadbać o odporność organizmu. Tak naprawdę budujemy ją na co dzień – poprzez to, co jemy i jaki styl życia prowadzimy. Natomiast każdy moment jest dobry […]

6 produktów żywnościowych wspomagających odporność

Fizjologii nie da się oszukać – jesteśmy w dużym procencie zbudowani z wody i potrzebujemy jej do przeprowadzania procesów życiowych. Czy jednak na przestrzeni zmieniających się pór roku, a tym samym warunków pogodowych, powinniśmy zmieniać […]

Czym i jak nawadniać się biegając przez cały rok?

Chcesz rozpocząć swoją przygodę z bieganiem? To fantastyczny pomysł. Jednak wiele rzeczy może pójść nie po Twojej myśli. Jeśli będziesz je stosować, zamiast stać się biegaczem, będziesz ciągle stawać. A to różnica. Wielu osobom wydaje […]

Jak nie stawać się biegaczem? [FELIETON]