fbpx

Krwawa Pętla 2012. Dookoła Warszawy biegiem i na rowerze

Autor: Jan Kaseja • 08.06.2013

Krwawa Pętla 2012 - dwa zespoły wyruszyły na trasę

„Krwawa Pętla Bike&Run” – 250 kilometrów wokół Warszawy, po lasach, polach i bezdrożach. Cztery osoby i trzy rowery. Przez cały czas ktoś musi biec. Limit – 24 godziny. Żeby podołać temu wyzwaniu trzeba naprawdę mieć moc. Znaleźli się śmiałkowie.

Leżak nad Bugiem

Majówka pod Warszawą, „plażing, leżaking i smażing” – regeneracja pełną gębą. Pod ręką mam magazyn BIEGANIE, a tam na całą stronę reklama – „Krwawa Pętla”, 24 h, 250 km dookoła Warszawy, 4 osoby, bike&run. Podejmij wyzwanie, zmierz się z ekipą magazynu BIEGANIE. Pytam siedzącego na leżaku obok Olka, z którym właśnie szykujemy się do Biegu Rzeźnika. To co…? Jedziemy…?

Do składu dobieramy dwóch znajomych – naprawdę mocnych zawodników Piotrka Kłosowicza (pioniera polskich biegów ultra) oraz kolegę ode mnie z ERGO – Marcina Krysika.

Przygotowania

Na KP krytyczną kwestią jest nawigacja. Skoro jeden zawodnik ciągle biegnie, to on jest najsłabszym ogniwem zespołu – trzeba tak się zorganizować, by za wszelką cenę nie popełniać błędów, które zmuszałyby biegacza do zatrzymywania się czy zawracania. Wymyśliliśmy system zmian sztafetowych uwzględniający „forpocztę”, która jedzie troszkę z przodu i wypatruje szlaku. Sprawdziłem też dwa fragmenty trasy. Jednak jazda na rowerze w tempie biegacza jest czymś innym niż sportowa jazda MTB. Ostrzegłem chłopaków i sam pożyczam rower z pełną amortyzacją (to był strzał w dziesiątkę!).

Trzy dni przed startem mamy nieoczekiwaną zmianę. Marcina zastępuje Arek Recław – znajomy z rajdów przygodowych. Do tego na weekend zapowiadają temperatury ponad 30 stopni. W sklepie zaopatruję się w białą czapkę z daszkiem, wybieram też żele i napój z elektrolitami. Decyduję się też biec w spodenkach z rowerową wkładką, bo przecież ¾ czasu będę jednak siedział… Dobór sprzętu jest ważny, bo na trasie będziemy zdani tylko na to, z czym na starcie ruszymy na trasę.

No to jedziemy!

Na starcie jest inaczej niż zawsze – rodzinna atmosfera. Pojawiły się tylko dwie ekipy – jesteśmy tylko my i Oni… Ruszamy po kameralnej odprawie, na której poznaliśmy kierunek, w którym jedziemy (na północ) i otrzymaliśmy listę punktów kontrolnych, przy których mamy zrobić zdjęcie. Początkowo wszyscy jedziemy razem. Nasi rywale robią szybkie zmiany, co 3 km. My przygotowaliśmy inny system – zmiana co 20 minut. Moja tura wypada akurat w Rembertowie – byłem tu na rekonesansie – wiem, jak prowadzi szlak. Nie wiem za to, co się dzieje za moimi plecami, bo naglę biegnę pierwszy z całej stawki. Po chwili dogonili mnie już tylko chłopaki z naszej ekipy. Ciekawe, kiedy znów spotkamy się z Krzyśkiem i ekipą BIEGANIA…

Krwawa Pętla 2012. Magda z teamu Biegania

Zmieniamy się co 18 minut, potem co 15. Po około 30 kilometrach tankujemy bidony po raz pierwszy. Nie ma się co dziwić – termometr przy rowerze pokazuje 35,5°C. Jak w takiej temperaturze chłodzić ciało?!

Dalej Modlin i coca-cola od Marka w 1/3 trasy, a potem piękny kampinoski rezerwat „Rybitwy”. Tym razem biegnę bez koszulki, nie chodzi o upał – dostarczam swojemu ciału stymulacji sensorycznej – biegnąc delikatnie zahaczają mnie liściaste gałęzie, czuję na skórze pęd powietrza – to przełamuje rutynę i biegnie mi się naprawdę lekko.

Kolejny sklep w Dąbrowie Starej – zjadamy po bananie, my z Olkiem wciągamy też soczystego pomidora. Pycha! Niestety moje jelita nagle się zbuntowały. Humor i forma fizyczna spadają. Ledwo gonię chłopaków, a moja zmiana biegowa jest męczarnią. Nie wiem co mi jest… odwodnienie? przeciążenie? złe jedzenie? Moją uwagę na chwilę odciągają… nasi kibice, który pojawili się w Zaborowie. Na półmetku jesteśmy po ponad 9 godzinach. Nic nie możemy od nich wziąć – ja potajemnie łamię tę zasadę i proszę o chusteczki – na wszelki wypadek.

Teraz Brwinów, w którym liczymy na sklep nocny, a może i jakiś ciepły kebab… Picie nam się skończyło – temperatura na szczęście spadła, ale czujemy, że jesteśmy wysuszeni. Tempo mojego biegu spada do 6:00/km i ledwo żyję – muszę coś ze sobą zrobić. Olek też opadł z sił i swoją zmianę ciągnie tak samo wolno jak ja… Natomiast Piotrek jakby niewzruszony – krok biegowy niezmieniony, cały czas piękne lądowanie na śródstopiu. To jest moc!

W Brwinowie, 100 m od naszego krwawego szlaku, widzimy pizzerię, a jej nazwa: BINGO! Wnioskując po nazwie, dobrze trafiliśmy. Rozsiadamy się w środku, a właściwie rozkładamy, a Olek szczególnie. Kładzie się na długiej ławie i… odlatuje. Może nie dosłownie, ale widać, że mu odcina prąd – jest apatyczny, nie chce ani pić, ani jeść – co znaczy, że nie jest dobrze. Stan Olka alarmuje panią stojącą za barem. Właścicielka lokalu okazuje się być byłą pielęgniarką, w ruch idzie też ciśnieniomierz. Jednak nam wciąż zależy na czasie, a pani zamiast wkładać pizzę do pieca, koncentruje się na Olku i opowiada nam historię swojego życia. Gdy ulicą przejeżdża karetka, Olek podnosi głowę i upewnia się, czy to przypadkiem nasza gospodyni nie wezwała do niego pogotowia. Nie jest źle! Główka pracuje! Przenosimy się do ogródka, w którym zarządzamy krótką drzemkę. Perspektywa ukończenia KP zdaje się oddalać, gramy na czas. Gdy budzę Olka, to… od razu pyta, gdzie jest ta pizza, którą jedliśmy. Jest dobrze! Skoro je, to znaczy, że będzie żył. Zmartwychwstanie w Brwinowie! Po dwóch godzinach przerwy znów wracamy do gry.

Szybko mijamy lasy Sękocina i Magdalenki – w międzyczasie ptaki zaczynają pięknie śpiewać, a na niebie robi się coraz mniej nocy, a więcej dnia. Olek szybko wraca do formy – po godzinie już pyta, kiedy wypada jego zmiana. Trafia nam się też taki fragment szlaku, na którym to biegacz bardziej odpoczywa niż zmiennicy na rowerach – jest piach i nierówności.

Nagle spotykamy naszych rywali – a dokładnie jednego z nich, Kubę, który jedzie… w przeciwną stronę. Mijając nas rzucił tylko, że gdzieś zgubili Krzyśka. Czyli minęli nas, jak spaliśmy w Brwinowie…

Góra Kalwaria, jest około 7 rano i znów robi się gorąco. Na moście nad Wisłą wypada moja zmiana biegowa – przypominam sobie, jak w sobotę późnym popołudniem biegłem przez most w Nowym Dworze… Wtedy też była moja zmiana biegowa. A teraz jest niedzielny poranek, jesteśmy tyle kilometrów dalej na południe. Czuję, jak obejmuję Warszawę wielką klamrą… Olbrzymią satysfakcję daje to, że pomiędzy tymi skrajnymi punktami przemieściłem się na własnych nogach. Jak kończę swoją zmianę, czuję, że moja koszulka znów jest mokra – to zły znak, zaraz znów będziemy się gotować. Zarządzamy zmiany po 10 minut, bo w takich warunkach brakuje siły na dłuższy bieg. Biec ciężko, ale jechać chyba jeszcze gorzej – wszystko nas boli. W sumie im bliżej końca, tym bardziej zaczynam się cieszyć na swoje zmiany biegowe.

W Otwocku Małym trochę się gubimy, biegacz musi stać – bez sensu tracimy 8 minut.

Upał znów wysysa nam całą wodę z bidonów. Załatwiamy z Arkiem wodę od ludzi we wsi – gospodyni cierpliwie napełnia 8 ubłoconych bidonów, jest tak miła, że wodę gazowaną też musimy wziąć – mimo, że nie chcemy. Jedzenia nam teraz nie brakuje, około 5 rano dostaliśmy od Marka Troniny kilka pysznych kanapek. Ponownie spotykamy go nad Świdrem – straszy, że nasza przewaga jest niewielka… Czujemy już zapach mety, a ja robię nudną asfaltową pętlę przez Wiązowną, by dopiero wbiec na ostatni odcinek leśny. Arek daje zmianę, mówimy mu, że to już chyba ostatnia… Biegniemy coraz szybciej, ale Arek będzie musiał pobiec jeszcze raz. Daje chłopak radę, nie marudzi.

W końcu jest! Dobiegamy w to samo miejsce, z którego ruszyliśmy, tyle że dojeżdżamy od południa. To niesamowite, zrobiliśmy taką wielką mega pętlę! Euforia! Na mecie garstka kibiców. Ale super! Naprawdę nie spodziewałem się, że damy radę ukończyć te zawody po takim kryzysie. Jesteśmy ponownie w tym samym miejscu po 23 godzinach i 19 minutach. Rewelacja!

To co udało się nam zrobić, dotarło do mnie dopiero, jak w domu wpisałem najważniejsze miejscowości na trasie Krwawej Pętli w serwis map Google. Żeby przejechać tę trasę samochodem potrzeba ponad 6 godzin! A teraz wyobraźcie sobie, że za oknem jest 35 stopni upału, a w samochodzie nie ma klimy…

Jak to podsumował Arek: „Krwawa Pętla okazała się zdecydowanie bardziej wypieczona niż krwawa”.

Jan Kaseja, „Krew, pot i… pętla”, Bieganie, wrzesień 2012

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger