fbpx

Kto nie lubi Joanny Jóźwik?

Autor: Marcin Nagórek • 24.11.2019

Joanna Jóźwik. Fot. Tomasz Więcławski

Joanna Jóźwik podzieliła się z kibicami informacją, że Polski Związek Lekkiej Atletyki skreślił ją ze szkolenia przygotowującego do Igrzysk Olimpijskich w Tokio. Najszybsza polska biegaczka ostatnich lat na dystansie 800 metrów przywołuje swoje racje, ale istota problemu tkwi gdzie indziej. Wyjaśniamy, skąd biorą się problemy zawodników z PZLA.

Joanna Jóźwik jest w sporze z PZLA, bo związek nie chce opłacić kosztów szkolenia jej trenerowi. PZLA chce narzucić własnego szkoleniowca i pod jego opieką Joanna teoretycznie mogłaby jeździć na zgrupowania, przygotowując się do igrzysk. W podobnej sytuacji jest Adam Kszczot, którego potencjalny trener narzeka na zbyt niską pensję związkową. Zarówno zawodnicy, jak i związek mają swoje racje, ale nie one stanowią istotę problemu.

Argumenty Polskiego Związku Lekkiej Atletyki, niekoniecznie artykułowane publicznie, dają się do pewnego stopnia bronić. Joanna Jóźwik jest najszybszą z polskich biegaczek na 800 metrów, która nadal kontynuuje karierę, ale na wysokim poziomie nie biegała od blisko trzech lat. Ostatni wynik światowej klasy w jej wykonaniu widzieliśmy w lutym 2017, kiedy w Toruniu osiągnęła czas 1:59,27. Od tego momentu, w efekcie kolejnych kontuzji i chorób, nigdy już nie złamała bariery 2 minut, a w ciągu ostatnich lat jej najlepszym czasem było 2:02,60 z tego roku. To wynik bardzo daleki nawet od samego minimum olimpijskiego, nie wspominając o walce o finał czy medale. Trzy lata to w sporcie szmat czasu i widać wyraźnie, że PZLA nie wierzy, że Joanna będzie jeszcze kiedykolwiek biegała na tym poziomie. I nie ma co ukrywać, mają w tym trochę racji, powrót do biegania na najwyższym poziomie będzie tu bardzo trudny.

Jednocześnie PZLA najwyraźniej nie ma zaufania do trenera zawodniczki, który jest młodym szkoleniowcem i nie ma jeszcze na koncie osiągnięć międzynarodowych w biegach średnich. Do pewnego stopnia to także jest zrozumiałe. Zawodnicy prezentują tu nieco nierealistyczne podejście, że państwo ma im opłacać nie tylko własne przygotowania, ale także pensję oraz wyjazdy trenera, i to w sytuacji, gdy do tej pory współpraca nie doprowadziła do wyników światowej klasy. Trudno się dziwić, że Związek podchodzi do tego nieufnie. Na świecie normą jest, że sportowiec sam opłaca sobie trenera, często z prowizji od zdobytych nagród. Jest to niejednoznaczna sytuacja, bo zawodnicy oczekują, że koszty szkolenia poniesie państwo, a profity, czyli w przypadku sukcesu – sowite nagrody finansowe za starty w międzynarodowych mityngach – zostaną tylko w ich kieszeni.

Argumenty zawodników nabierają jednak sensu, gdy zna się wewnętrzną sytuację w PZLA. Otóż Polski Związek Lekkiej Atletyki tak czy inaczej zatrudnia trenerów. Sęk w tym, że często są to osoby, które znajdują się w sztabie szkoleniowym nie wiadomo skąd, dlaczego i po co. Zakres ich obowiązków jest co najmniej niejasny, odpowiedzialność za wyniki żadna. Tajemnicę wyjaśnia jednak struktura Związku. Przeciętny kibic nie zdaje sobie sprawy, skąd w ogóle bierze się prezes PZLA oraz większość władz. Otóż są to osoby wybierane przez walne zgromadzenie delegatów. Delegaci to nikt inny jak głównie trenerzy z całej Polski. Na poziomie krajowym jest ich ponad stu, a chociaż w teorii każdy ma jeden głos, w praktyce istnieje kilku super-delegatów. To trenerzy, którzy zarządzają pieniędzmi w swoim regionie.

Poza szkoleniem centralnym największe pieniądze w sporcie rozdziela się na poziomie regionalnym. Istnieje coś takiego jak kadry makroregionu; szkolenia, wyjazdy, badania, dotacje dla klubów. Ten, kto ma wpływ na rozdział tych funduszy, w nieoficjalny sposób wpływa również na to, jak głosują inni lokalni delegaci. Ci wpływający to właśnie super-delegaci, w praktyce mający do dyspozycji więcej niż tylko własny głos. Każdy, kto realnie marzy o byciu prezesem PZLA, musi zdobyć ich poparcie. A jak je zdobyć najłatwiej? Oczywiście, rozdzielając posady i wpływy. Odbywa się to po wyborach, w ramach spłacania wyborczych długów. Ot, wyjaśnienie sytuacji, skąd się biorą w sztabie PZLA trenerzy bez zawodników, o niskiej kulturze osobistej, znikomej wiedzy, a często i bez większych osiągnięć szkoleniowych.

Taki sposób wyboru władz rodzi kolejną polską patologię – podbieranie zawodników. Umówmy się, słabo to wygląda, gdy trener zarządzający całym szkoleniem nie ma żadnych własnych podopiecznych i nie może się pochwalić sukcesami szkoleniowymi. Jest to dla niego także cios finansowy, bo nie może liczyć na prowizje od zdobywanych przez zawodników nagród. Dlatego zdarza się, że taka osoba w nieformalny sposób naciska na tych, którzy podlegają szkoleniu centralnemu, aby odeszli od trenera lokalnego i oddali się pod opiekę trenera kadry. Mają wtedy gwarancję zachowania ciągłości szkolenia; wywiady, autografy, wizyty w zakładach pracy. Lokalny trener, który jest najczęściej społecznikiem pracującym za psie pieniądze i trenował tego zawodnika latami, często wspierając finansowo, zostaje w tym momencie z niczym. Przyszłe prowizje od nagród, splendory i sława spływają na trenera kadry. To oczywisty konflikt interesów, bo trener kadry z jednej strony korzysta finansowo na sukcesach podopiecznych, a z drugiej – decyduje, kto będzie szkolony za państwowe pieniądze, a kto nie. W tej sytuacji trenerzy kadrowi mają zapewniony ciągły dopływ utalentowanych podopiecznych z całego kraju.

Niektóre dyscypliny, choćby piłka nożna, załatwiają to w bardziej cywilizowany sposób. Istnieje “ekwiwalent za wyszkolenie”. Po zmianie klubu poprzedni klub czy też poprzednie kluby piłkarza otrzymują, zależnie od konkretnych rozstrzygnięć, albo określoną sumę, albo procent od przyszłych kontraktów. Biegi są pod tym względem okrutne dla wszystkich – pieniądze i chwała spływają tylko na aktualnego trenera, podobnie też wyniki z przeszłości w dość niewielkim stopniu wpływają na aktualną wartość biegacza czy biegaczki. Jesteś tak dobry, jak twój ostatni wynik – tak to działa. Dlatego wynik Joanny Jóźwik sprzed trzech lat nie robi na nikim w PZLA wrażenia. A walory marketingowe (Joanna jest najpopularniejszą polską biegaczką, z największą grupą fanów) to dla PZLA kompletna wiedza tajemna i sprawa najzupełniej nieistotna. Gdyby jednak Joanna miała za sobą trenera, który zapewnia głosy delegatów podczas wyborów władz… wtedy sytuacja prawdopodobnie wyglądałaby inaczej.

Chociaż obie strony konfliktu mają swoje racje, głównym problemem jest sam system szkolenia i rozdziału pieniędzy, który jest w dużym stopniu uznaniowy i niejasny. Oczywiście im większa uznaniowość i niejasność, tym bardziej korzystają na tym osoby zarabiające na powyższym systemie. Wyobraźmy sobie sytuację, gdy zawodnik po spełnieniu celu wynikowego otrzymywałby określoną sumę na przygotowania. Od niego zależałoby, na co przeznaczy te pieniądze – na obozy, trenera, kochanka czy może na jedną wielką imprezę. Byłaby to kompletna decentralizacja – pieniądze szłyby za zawodnikiem, a nie odwrotnie, jak jest obecnie. Rozliczany byłby i tak tylko z efektów. Jeśli ktoś chciałby przygotowywać się w basenie na Bali, mając za trenera prywatnego masażystę, co nam do tego? Liczyłaby się skuteczność. W takim systemie nie byłoby miejsca na tak niejasną figurę jak trener kadry czy szef szkolenia, decydujący o tym, na kogo wydaje się państwowe pieniądze. Mógłby je rozdzielać nawet odpowiednio skonfigurowany odkurzacz.

Co więcej, od lat piszę o tym, że zarządzaniem sportem nie mogą zajmować się trenerzy. To jest kompletny absurd. Trenerzy, czyli de facto – wuefiści po AWF. Po pierwsze, zupełnie się na tym nie znają. Po drugie – rodzi to sytuację konfliktu interesów, gdy jedni trenerzy decydują o szkoleniu podopiecznych innego, a wszyscy mają w tym finansowy interes. Na czele PZLA powinien stanąć kompletnie niezależny manager. Im mniej znałby się na sporcie, tym lepiej – mógłby opracować bardziej obiektywny sposób rozdziału pieniędzy. Sam dobrałby współpracowników, a osoby znające się na sporcie mogłyby być doradcami, bez wpływu na konkretne decyzje.

To jest istota sytuacji, która stoi za obecnymi problemami Joanny Jóźwik, Adama Kszczota, a wcześniej tysięcy innych polskich lekkoatletów i lekkoatletek. Niejasny, kompletnie zagmatwany system, w którym spora grupa działaczy i trenerów od dziesięcioleci wygodnie żyje na koszt państwa. Niezależnie od tego, czy w danej sytuacji Joanna Jóźwik dogada się z PZLA, czy trener Adama Kszczota otrzyma podwyżkę – wszystko wskazuje na to, że system przetrwa. I że za tygodnie, miesiące, lata kolejne tego typu sprawy znowu pojawią się na łamach prasy.

3 przemyślenia nt. „Kto nie lubi Joanny Jóźwik?

  1. Bardzo słuszna sugestia, że pieniądze powinny iść za zawodnikiem bo to on jest rozliczamy z wyniwyników . Jednak dopóki związki sportowe/ nie dotyczy to bowiem tylko PZLA / będą w większości przechowalnią miernej klasy niekompetentnych działaczy niewiele się zmieni. Niewielka ilość kompetentnych działaczy nie jest w stanie przebić się przez morze przeciętości.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger