fbpx

Łukasz Sagan po zwycięstwie w Authentic Phidippides Run: “Nie jestem osobą, która się zastanawia, czy da radę”

Łukasz Sagan (w środku) fot: archiwum prywatne

Łukasz Sagan (w środku) fot: archiwum prywatne

Gdy tylko dowiedział się o istnieniu imprezy Authentic Phidippides Run, chciał w niej wystartować. Łukasz Sagan nie tylko pojechał do Grecji, ale już w pierwszym starcie wygrał zawody, w których trzeba pokonać 490 kilometrów. Trasę pokonał w 75 godzin, choć jak sam mówi, w lepszych warunkach osiągnąłby lepszy czas.

Na początku muszę pogratulować. Pokonanie 490 kilometrów w 75 godzin 36 minut i 57 sekund robi wrażenie. Szybko dotarło do Ciebie jak wielkie to osiągnięcie?

Zaraz po przekroczeniu mety. Bardzo się cieszyłem, że już się skończyło. Nie chodzi o samo bieganie, ale o warunki, jakie były na trasie. Sam dystans, trasę, którą dobrze znałem (tylko w tym wypadku musiałem ją pokonać jeszcze w drugą stronę), bardzo lubię. Problemem były wyłącznie warunki. Mieliśmy pecha i trafiliśmy na najgorsze z możliwych. Cieszyłem się, że nie będę już musiał biec w tym deszczu, wietrze i śniegu.

Skąd w ogóle pomysł, żeby porywać się na tak szaleńcze wyzwanie? Bieganie 490 kilometrów nie należy do codziennych przyjemności.

O biegu dowiedziałem się przypadkiem po pierwszej edycji, w 2015 roku. Byłem już wtedy po pierwszym Spartathlonie. Od razu pomyślałem, że chciałbym wziąć udział także w tych zawodach. Nie należę do osób, które zastanawiają się czy dadzą radę. Wewnętrznie uznałem, że te zawody są dla mnie, a właściwie, że chcę spróbować. Może to być fajna przygoda i wyzwanie. Dwa lata temu zapisałem się, ale nie opłaciłem zawodów i start się rozleciał. Wtedy Brenda Guajardo-Carawan ustanowiła rekord trasy. Nie wystartowałem w tym roku w Spartathlonie i uznałem, że to jest moment, żeby spróbować. Cieszę się, że udało się to zrealizować, bo ten bieg w głowie miałem już od 4 lat, od początku jego rozgrywania.

Przy pierwszej edycji nie wiedziałem jeszcze o jego istnieniu. Słyszałem o osobach, które po Spartathlonie na własną rękę wracały z powrotem ze Sparty do Aten. Uważam, że to nie jest moment dla mnie, aby biegać w ten sposób. Wolę brać udział w zorganizowanych zawodach. Skoro takie zrobiono, nie mogłem w nich nie pobiec.

Osiągnięty czas jest w ogóle dla Ciebie istotny? Czy chodziło po prostu o to, aby wygrać i dobiec mety?

Jechałem z zamiarem zrobienia zawodów w 60 godzin, a nawet szybciej. Kluczowy wpływ na wynik miały warunki. One popsuły mi robotę. Na początku realizowałem plan. Celem było dobiegnięcie do Sparty w 26-27 godzin. Wydaje mi się, że wszystko szło zgodnie z planem do momentu aż pogoda się nie popsuła. Później zaczęła się walka z naturą. Na te warunki uważam, że czas jest ok. Nie ma co narzekać. Cieszę się, że udało się w ogóle ukończyć, że nie zszedłem z trasy i że obyło się bez kontuzji. Gdybym jednak ten czas osiągnął przy warunkach, jakie były w poprzednich edycjach, byłbym bardzo rozczarowany.

Zamierzasz poprawić ten czas i wystartować jeszcze raz?

Tak, jeśli zdrowie i budżet mi na to pozwolą, będę chciał powalczyć za dwa lata. Zobaczymy jak to się poukłada, ale na pewno chcę wrócić. Mam nadzieję, że nie jest regułą, że te warunki w listopadzie zawsze takie będą. Po zeszłorocznym Spartathlonie oraz tegorocznym Phidippidesie mam takie małe marzenie. Chciałbym w końcu pojechać do Grecji i pobiec zawody w okularach przeciwsłonecznych, gdyż od dwóch lat nie udaję mi się ta sztuka. W tamtym roku na Spartathlonie nie było warunków i cały czas okulary miałem na głowie. Teraz też wziąłem okulary, ale nie mogłem ich również wykorzystać. Mam nadzieję, że w końcu się uda przy kolejnych biegach w Grecji.

W którym momencie na trasie zostałeś sam i walczyłeś już tylko ze sobą, warunkami i czasem?

Praktycznie całe zawody takie były. Wystartowały 23 osoby. Do 40 kilometra mijałem się z zawodnikami. W miarę wydłużenia dystansu, to się bardziej rozciągało. Starałem się biec w czołówce. Później dwóch Brazylijczyków, Flavio i Marco, przyspieszyło i pobiegli do przodu. Nie pamiętam kilometrów, ale następnie wyprzedziłem Marco. Walka toczyła się wtedy z Flavio. Na 192 kilometrze miałem ogromny kryzys i dopiero po ponad 2 godzinach wybiegłem na trasę. Około godziny poświęciłem wtedy na sen. To był największy kryzys, jaki pamiętam z trasy. Musiałem usiąść, położyć się i dać sobie trochę czasu. Brazylijczyk w tym czasie mi odbiegł i z taką przewagą dobiegł na półmetek w Sparcie. Miał czas 30 godzin, ja 32 godziny. Dla mnie to, kto będzie pierwszy w Sparcie nie było istotne, bo wyścig rozpoczynał się dopiero w drugiej połowie. Nie byłoby dobrą strategią, gdybym chciał ścigać się już przed półmetkiem. Trzeba było konsekwentnie robić swoje.

Łatwiej biega się, gdy ma się z kim rywalizować i wie, że ktoś jest przed tobą lub zaraz za czy może wolisz, gdy sytuacja na trasie jest jasna i samotnie zmierza się po wygraną?

Bieganie z kimś bardziej mobilizuje i jest szansa, żeby osiągnąć lepszy wynik. Jak biegniesz sam, robisz swoje, ale też nie ma takiej presji. Jeśli nie przydarzy się nic złego, jak kontuzja i wiedząc, jaki ma się zapas nad kolejnym zawodnikiem, w głowie jest większy luz. Był taki moment, w którym docierała do mnie mylna informacja, chyba ok. 120 km przed metą, że Andrzej Wereszczak, który biegł za mną jako drugi od Sparty, jest za mną 20-25 minut. W rzeczywistości ostatecznie dzielił nas chyba większy zapas, ale gdy dostałem taką informację, siłą rzeczy narzuciłem sobie szybsze tempo.

fot: archiwum prywatne

fot: archiwum prywatne

Na ile ten bieg różnił się w Twoim odczuciu od innych biegów ultra? Na ile był trudniejszy, jeśli w ogóle tak go postrzegasz?

Na pewno różnicę robi dystans. Sama frekwencja o czymś świadczy. W takich zawodach bierze udział niewielu zawodników. Trasa również nie jest łatwa, na podwójnym odcinku dawała jakieś 7000 przewyższenia. Większość trasy prowadzi biegnie po asfalcie, ale przez górzyste tereny, więc jest trochę podbiegów. Największą trudnością jest jednak pokonanie samego dystansu. Trudne warunki tym bardziej tego nie ułatwiają. Zobaczymy jak to się będzie rozwijać. Jestem ciekaw, ilu Polaków wystartuje w kolejnych edycjach. Coś tak czuję, że nie jestem jednym z polskich zwycięzców tych zawodów i my Polacy, jeszcze nie raz pokażemy się tam z najlepszej strony.

Jak w praktyce wygląda taki bieg? Ilu przerw potrzebowałeś na trasie i jak te przerwy wyglądają, bo przecież 490 kilometrów nie pokonuje się ciągiem, bez zatrzymywania się nawet na chwilę?

Wszystko zależy od wytrenowania. Na trasie punkty były średnio co 5 kilometrów. Nie na wszystkich można było usiąść czy się położyć. Często był tylko stolik, wolontariusz, który spisywał czas i numer zawodnika, była woda i coś do jedzenia. Ale było też kilka większych punktów w budynkach, gdzie można było odpocząć, był kominek, który ratował życie, miejsce na rozłożenie maty, gdzie można było się położyć, wypić kawę parzoną po grecku . Przerwy były narzucane przez organizm. Często nie zatrzymywałem się na punktach. Korzystałem z tych, gdzie można było wejść do środka i się zagrzać.

Podczas tak długiego biegu muszą przytrafiać się kryzysy. Ile razy myślałeś o tym, żeby sobie odpuścić i zejść z trasy?

Aż takich myśli nie miałem. Za dużo mnie ten bieg kosztował. Za dużo włożyłem w niego wysiłku, wszystko na niego postawiłem. Cały obecny sezon miałem właściwie rozwalony. Startowałem tylko w Mistrzostwach Europy w biegu 24-godzinnym w Rumunii, gdzie też nie osiągnąłem sensownego wyniku, pojechałem niestety po nieprzepracowanej zimie. Do tego jakieś kontuzje, choroba i tego konsekwencją był słaby wynik na ME. W zasadzie od maja w niczym nie startowałem. Na Sudeckiej Setce w czerwcu musiałem zrezygnować na 55 km, przez to nie wystartowałem w lipcu w Lądku Zdroju w Biegu 7 Szczytów. To były moje drugie i ostatnie zawody, nie mogłem więc pozwolić sobie na zejście z trasy, jedynie kontuzja mogła mieć wpływ na taką decyzję. Mocno również jak na mnie przepracowałem 11 tygodni, bo tyle trwał mój okres przygotowawczy do tych zawodów.

Jadąc do Grecji nie spodziewałem się, że będą aż takie ekstremalne warunki. To zaskoczyło mnie, mój support i organizatorów. Na szczęście nic złego z organizmem w trakcie się nie działo. Warunki były trudne, ale nie aż tak, żeby dać sobie spokój. W tym przypadku była to tylko kwestia głowy. Były momenty, że miałem faktycznie dość tego, że ciągle pada i wieje. Wiesz, wychodzisz, przebrany z punktu, zagrzany, w suchym ubraniu, suchych butach, skarpetkach i dosłownie po chwili jesteś znowu przemarznięty, przemoknięty, przewiany, a trzeba jeszcze biec tyle kilometrów. Dobra, można trochę pobiegać w deszczu lub jeśli wieje, ale nie ponad 3 doby. Myślę że z tego wszystkiego około 400 kilometrów biegłem w złych warunkach, a przez jakieś 70-80 km były w miarę dobre warunki, nie padało i było cieplej. Tak poza tym cały czas lało i końca deszczu nie było widać. Nie jest to łatwe i budujące, na pewno nie pomagało, ale co zrobić, trzeba było brać co dawali. Nie było wyjścia, trzeba było te zawody skończyć. Może człowiek wtedy nawet chciałby, żeby przydarzyła się jakaś kontuzja, bo byłby przynajmniej usprawiedliwiony i mógłby zejść z trasy. Ale na szczęście nic złego się nie przyplątało i szczęśliwe udało się ukończyć bieg.

Co Twoim zdaniem jest najtrudniejsze? Na trasie bardziej ogranicza ciało czy głowa?

Myślę, że głowa, szczególnie przy takich dystansach. Ciało do pewnego stopnia wytrenujesz, choć na treningu też nie przebiegniesz 200, 300 czy więcej kilometrów. Nie wiesz więc co się będzie działo w trakcie trwania zawodów na kolejnych kilometrach. W pewnym momencie to głowa przejmuję całą robotę, a jeśli ciało jest do tego przygotowane, to zrobi co będzie trzeba. Jest wiele biegów ultra, na które jadą osoby z ogromnym doświadczeniem, świetnie wytrenowane, a nie zawsze wszyscy kończą zawody. Świetny przykład był na tegorocznym UTMB, gdzie w zasadzie cała elita tych zawodów odpadła po drodze, a przecież nie byli to amatorzy, tylko pierwsza liga biegów górskich na świecie. Myślę, że największą walkę w takich zawodach musimy stoczyć na trasie z głową. Bo jeśli mięśnie są odpowiednio przygotowane, jeśli mamy świadomość, że porządnie wykonaliśmy robotę, to one wykonają co do nich należy.

Na mecie jest czas na radość czy jest się tak zmęczonym, że myśli się tylko o odpoczynku?

W moim przypadku był czas na radość. Może to nie było skakanie i okrzyki. Jestem raczej osobą, która bardziej przeżywa to wewnętrznie. Nie okazuję tego wariując na mecie. Wierz mi, była ogromna radość, ale wewnątrz. Zresztą można zauważyć to na filmie, który opublikowałem u siebie na Facebooku. Naprawdę po tym co przeżyłem na trasie, cieszyłem się, że już koniec i już meta. Czas naprawdę nie miał wtedy dla mnie znaczenia, nawet go w tamtym momencie nie znałem. Pod koniec biegu padła mi bateria w zegarku, a nie miałem ze sobą power banku, gdyż planowałem ukończyć zawody zanim mi się zegarek rozładuje (do 70 godzin), no cóż. W zasadzie w momencie kiedy przekraczałem metę, nie byłem na tyle zmęczony, żeby tam paść i się położyć. Pierwsze co zrobiłem jak dojechałem z mety do domu, to poszedłem do cukierni, kupiłem ciastka i je zjadłem. Cieszę się, że nie byłem aż tak „zajechany”, co wynika, tak mi się wydaje z odpowiedniego przygotowania. Myślę, że dzięki temu mogłem normalnie funkcjonować po zawodach.

Ile czasu po takim wysiłku potrzebuje się na regenerację? Organizm daje się we znaki jeszcze parę dni po starcie?

Zawsze tak mam, że po samych zawodach wystarczy mi parę godzin snu. Później co prawda, mam taki okres, w którym jestem bardziej senny, szybciej chodzę spać. W tym przypadku zawody skończyły się w poniedziałek, a ja w środę w następnym tygodniu zacząłem już powoli szurać. Obecnie biega mi się już dobrze. Organizm chyba był przygotowany i dzięki temu mogłem szybciej wrócić do biegania, gdyż kolejny start mam już w styczniu. Obiecałem sobie, że dopiero po Phidippidesie podejmę decyzję w kwestii udziału w styczniowych zawodach. Nie wiedziałem, jak będę czuł się po, czy wszystko będzie ok. Wydaje się, że wszystko jest ok, więc już powoli zacząłem przygotowania.

Są jakieś specjalne przygotowania do takiego biegu czy ten start to efekt doświadczeń zdobytych podczas innych zawodów?

W moim przypadku sprawdziło się objętościowe przygotowanie. W krótszych zawodach postawiłbym chyba bardziej na trening jakościowy. Ale tu, wydaje mi się, ze liczy się objętość i wytrzymałość na długie kilometry. Może się mylę, gdyż nie znam się na kwestiach treningowych, ale wydaje mi się, że to mi się sprawdziło. Głównie na tym bazowałem. U mnie wynika to też poniekąd z braku czasu. Przy przygotowaniach do tak długich zawodów, mając również inne zobowiązania na co dzień zupełnie nie związane z bieganiem, nie mam bardzo kiedy zrobić dodatkowo innych elementów, a szkoda mi zejść z objętości. Niestety na treningi mogę poświęcić tylko ten czas, który zostaje mi po pracy. A często mam go bardzo niewiele. Niestety, tego czasu brakuje też na regenerację czy inne elementy około treningowe. Jestem totalnym amatorem, biegam sam, nie korzystam z planów treningowych i nie współpracuję z żadnym trenerem. Robię to po swojemu. Na pewno popełniam mnóstwo błędów. Bo być może faktycznie nie wymagałoby to ode mnie tyle czasu, ile obecnie poświęcam na bieganie.

fot: archiwum prywatne

fot: archiwum prywatne

Ile czasu trwają twoje najdłuższe treningi biegowe?

Jednorazowo nie więcej niż 53-54 kilometry, czas takiego wybiegania to w moim przypadku jakieś 4,5 godziny. Musiałbym sprawdzić dokładnie, bo szczerze nie pamiętam.

Wokół tego osiągnięcia zrobiło się trochę szumu medialnego, ale na mecie nie było tłumu fanów. Myślisz, że po tym biegu, może to też przełożyć się na popularność biegów ultra i będzie więcej osób, choćby z Polski, które będą chciały się sprawdzić?

Myślę, że nie, choć mogę się mylić. Ale wydaje mi się, że tak długie zawody nigdy nie będą oblegane, jak choćby przy górskich zawodach 100 milowych lub krótszych, które stają się obecnie coraz bardziej popularne. Tak długie zawody to nadal niszowa dyscyplina i wydaję mi się, że jeszcze bardzo długo tak zostanie. Moim zdaniem takie zawody to ,,himalaizm” w świecie biegów. Niestety, wymaga to większego zaangażowania. Uważam, że nierozsądnie byłoby jechać na takie zawody, tygodniowo biegając po 150 kilometrów lub mniej. Pracując na etacie, trudno tygodniowo robić objętość 200 czy więcej kilometrów. U mnie tak często wyglądał okres przygotowawczy. Bardzo często brakowało mi doby. Nie da się wystartować w takich zawodach, jeśli wychodzisz 3 razy w tygodniu pobiegać, a przynajmniej byłoby to niezbyt mądre. We wrześniu miałem np. tylko jeden dzień wolnego od biegania. Mam świadomość, że nie każdy może sobie na to pozwolić. Zdecydowanie w Polsce mamy wielu mocnych zawodników, którzy mogliby pojechać na te zawody i zrobić dużo lepszy wynik niż ja w tym momencie. Pytanie czy się na to zdecydują? Tak więc nie sądzę, aby to się do tego stopnia spopularyzowało, że będzie trudno się zgłosić. Ale ja bardzo lubię takie imprezy, gdzie wstęp maja tylko nieliczni i nieliczni startują.

Na mecie było tylko kilka osób. Nie było spektakularnego finiszu. I jeszcze długo będzie spokojnie .

Masz już kolejne plany? Są jeszcze większe biegowe wyzwania, którym można sprostać?

Jest w głowie kilka biegów, które chciałbym zrealizować. W dużej mierze to zależy jednak od budżetu. To już są drogie imprezy. Grecja jest o tyle fajna, że jest blisko i stosunkowo jeszcze nie jest tak droga. Jeśli chcesz startować w Ameryce Północnej, w Azji czy na innych kontynentach, to budżet robi się też odpowiednio większy. Więc jeśli nie jesteś w stanie pokryć sobie sam kosztów, albo nie masz sponsora, dodatkowego wsparcia, to wtedy jest trudno. Są ambicje i chęci, ale nie zawsze to wystarcza. Oczywiście jest kilka imprez, które mam w głowie, ale nie chcę mówić o czymś, gdzie nie mam pewności, że uda mi się to zrealizować. Można mieć plany i dobrze jest mieć plany, ale podstawowa kwestia, trzeba mieć jeszcze sposób na ich zrealizowanie. W przyszłym roku mam w planach jeden jeszcze bardziej ekstremalny bieg, ale zobaczymy czy uda się go zrealizować. Od planu do realizacji jest jeszcze długa droga.

Dla wielu ludzi biegi ultra wydają się dość monotonne i mało atrakcyjne, dodatkowo bardzo męczące. Co dla Ciebie jest największym atutem, który sprawia, że chcesz podejmować kolejne wyzwania?

Nie wiem co jest takiego w tych biegach, co mnie do nich ciągnie. Jest tu jakaś magia ale nie umiem tego nazwać. Jest coś takiego, że chce się biegać w tych konkretnych zawodach. Nie mam przyjemności z biegania krótszych biegów, może za szybko się kończą? Może chodzi o przekraczanie własnych granic, pokonywanie siebie, swoich wewnętrznych barier. Jeśli jesteś dobę na trasie, bez snu, bez możliwości regeneracji, potem kolejną dobę i kolejną, kiedy doświadczasz kolejnych wschodów i zachodów słońca, wówczas to bieganie nabiera innego wymiaru. Nie chodzi o same kilometry – kilometry to tylko liczby. Chodzi chyba o to przełamywanie siebie. Te biegi mają w sobie magię. Uświadamiasz sobie, jaki potencjał jest w tobie. Kiedy dociera do ciebie i uświadamiasz sobie, do czego jesteś zdolny. Może chodzi o element przygody, którego ciężko chyba szukać w maratonie? Lubię też biegać samemu, nie lubię tłumów. A tu masz możliwość pokonywania zawodów w samotności. Jesteś sam ze sobą, masz czas na przemyślenia. Musisz polegać tylko na sobie. Nie ma tu stadionów wypełnionych kibicami, ale ja zdecydowanie tak wolę. Wolę ciszę na szlaku, na drodze. Wolę skoncentrować się na sobie i na tym co robię. Zresztą podobnie jest i na treningach, które zazwyczaj biegam sam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger