fbpx

Maraton i Wielki Mur

Maraton na Murze Chińskim. Fot. Artur Góralczyk

Maraton na Murze Chińskim. Fot. Artur Góralczyk

„Mur na przygotowanym dla biegaczy odcinku, cały czas wspina się w górę albo opada stromo w dół. Poruszanie się mają ułatwiać schody o przeróżnej wysokości, stopniu nachylenia i zniszczenia”. Zapraszamy w podróż do Chin, na The Great Wall Marathon.

Pod koniec 2008 roku, w którym przeżyłem biegową przygodę życia – TransRockies czyli bieg przez Góry Skaliste, żona prowokująco zapytała: „To może teraz pojedziesz biegać po Wielkim Murze?”

Start w maratonie, półmaratonie, czy nawet na dystansie 10 lub 5 km jest uzależniony od wykupienia wycieczki, w ramach której można poznać najciekawsze miejsca Pekinu i najbliższych okolic.

Siadłem do komputera i wyciągnąłem kilka najistotniejszych informacji. Przedstawiłem żonie z czym wiązałby się taki wyjazd. Po tym wydawało się, że temat poległ całkowicie. I po raz kolejny okazało się, że ja jeszcze tak naprawdę to nie znam swojej żony, bo kilka dni później jakby nigdy nic zapytała czy już wiem z kim zostaną dzieci jak my będziemy w Chinach.

Okazało się, że nie ma możliwości pojechania od tak sobie do Chin i wzięcia udziału w jakimkolwiek biegu rozgrywanym w ramach The Great Wall Marathon. Start w maratonie, półmaratonie, czy nawet na dystansie 10 lub 5 km jest uzależniony od wykupienia wycieczki, w ramach której można poznać najciekawsze miejsca Pekinu i najbliższych okolic. Żadne polskie biuro podróży nie pośredniczyło w organizacji takiego wyjazdu. Na szczęcie na oficjalnej stronie maratonu znajduje się wykaz biur, które oferują taką usługę. Pozostało tylko wybrać, z którego biura jedziemy.

10 maja

Godzina druga nad ranem: jeszcze łyk kawy, później rzut oka na śpiące dzieciaki i w drogę. Najpierw samochodem do Warszawy, później przeskok przez dwie strefy czasowe do Moskwy, skąd lekko opóźnionym samolotem wylatujemy do Pekinu. Po przebyciu następnych czterech stref czasowych lądujemy zgodnie z planem w stolicy Chin – jest już 11 maja godzina jedenasta. Po sprawnej odprawie sanitarno-higienicznej, paszportowej, celnej i imigracyjnej zostajemy przechwyceni przez młodego Chińczyka z emblematem The Great Wall Marathonu, który po odhaczeniu na liście wsadził nas do busa kursującego pomiędzy lotniskiem a hotelami.

Mimo wielkiej ciekawości wizytę w Pekinie zaczynamy od… dwugodzinnej drzemki w hotelowym łóżku. Jeszcze tego samego dnia idziemy na obchód najbliższych okolic naszego hotelu. Trafiamy do dość dużego położonego nad kilkoma stawami parku, w którym ludzie w różnym wieku, bez jakiegokolwiek skrępowania głośno śpiewają lub wykrzykują pojedyncze słowa albo sylaby, ćwiczą, medytują, puszczają latawce albo grają w coś podobnego do naszych warcab.

Od Vika Lianga (naszego przewodnika) dowiadujemy się, że w hotelu jest jeszcze jedna para Polaków. Są to Gosia i Marek z Gdańska. Marek będzie biegł maraton, a Gosia ma zamiar mu kibicować.

12 maja

Wstaję przed szóstą i idę pobiegać do odkrytego wczoraj parku. Pomimo wczesnej pory jest tam całkiem sporo ludzi. Po śniadaniu ruszamy zwiedzać Pekin. Dowożą nas w pobliże Placu Niebiańskiego Spokoju czyli Tian’anmen. Idziemy tam podziemnym przejściem, w którym przechodzimy kontrolę osobistą i bagaży, taką jak na lotniskach. Jak przystało na największy plac na świecie jest… przeogromny, a znajdują się na nim tylko dwie budowle: pomnik Bohaterów Ludu i Mauzoleum Mao Zedonga, do którego ustawiona jest wielokilometrowa kolejka. Z północnego krańca Placu Tian’anmen poprzez Bramę Niebiańskiego Spokoju wchodzimy do Zakazanego Miasta. Jest to potężny kompleks wspaniałych blisko 800 pałaców, dziedzińców i ogrodów będących rezydencją chińskich cesarzy. Cały ten teren otoczony jest murem obronnym z wieżyczkami oraz fosą, po której podobno pływały statki. Wszystkie dachy pokryte są żółtą dachówką – która była zastrzeżona tylko dla budowli rodziny cesarskiej. Wnętrze podzielone jest murem na dwie części: oficjalną z salami tronowymi i wszelkimi budynkami administracyjnymi oraz na część prywatną przeznaczoną dla rodziny cesarskiej. Przechodzimy jedynie przez środek tego zespołu pałacowego nie odbijając na boki, co i tak zajmuje nam kilka godzin. Po wyjściu z Zakazanego Miasta wchodzimy na Węglowe Wzgórze, które powstało z ziemi wydobytej podczas kopania wspomnianej fosy, i z którego rozciąga się wspaniała panorama między innymi na Zakazane Miasto i leżący za nim Plac Tian’anmen.

Wzrok ciągle błądzi wokoło, bo widoki są przepiękne. Sam mur wijąc się po okolicznych szczytach robi niesamowite wrażenie.

Po obiedzie jedziemy obejrzeć zespół świątyń z najpiękniejszą i najważniejszą wśród nich czyli Niebiańską Świątynią. Wszystkie budowle w tym kompleksie mają niebieskie dachówki (zarezerwowane dla budynków sakralnych) i wszystkie otacza bardzo rozległy park. Budynki są bardzo okazałe i pełne niezrozumiałej dla nas symboliki. Znowu, podobnie jak w Zakazanym Mieście przechodzimy jedynie przez środek parku zwiedzając tylko najważniejsze z budowli.

Jedziemy do fabryki jedwabiu. Najpierw zostaje omówiony sposób hodowli jedwabników – możemy je oglądać w różnych stadiach rozwoju możemy w słojach, a później pokazują nam w sposób praktyczny jak przebiegał proces produkcji jedwabiu od pojedynczej nici aż do uzyskania materiału. Po odwinięciu z kokonu samego jedwabnika się prażyło i był on wtedy wielkim przysmakiem chińskiej dzieciarni.

Do naszej grupki Polaków dołącza Andrzej z Warszawy, który dopiero doleciał. On też przyjechał z zamiarem zadeptania im tego muru i wzięcia udziału w maratonie. Zatem polski akcent w tegorocznym The Great Wall Marathon to trzech maratończyków, jedna zawodniczka na dystansie 5 km (moja Gabrysia) i jedna cheerleaderka.

Po kolacji, która jest wspaniałą ucztą dla podniebienia, syci i zadowoleni idziemy do opery. Nasz przewodnik zapytany o stosowny strój odpowiada, że garnitur i krawat nie są wskazane. Miejsca dla widowni są usytuowane wokół stoliczków, na których jest herbata i orzeszki. Występujący artyści mieli na sobie stroje stylizowane na poprzednią epokę i przejaskrawione makijaże nadające twarzom wygląd lalek. Ich piskliwy śpiew w połączeniu z bardzo głośną muzyką sprawiał wrażenie dość przygnębiające i gdyby nie wyjątkowo czytelna mowa ciała, ich gesty i mimika nie dałoby się wysiedzieć do końca przedstawienia na sali.

Maraton na Wielkim Murze Chińskim. Fot. Artur Góralczyk

Maraton na Wielkim Murze Chińskim. Fot. Artur Góralczyk

13 maja

Wstajemy o piątej. Wyruszamy do miejscowości Huangyaguan, w której będzie zaczynał się maraton. Jazda trwa prawie 3 godziny. Zapoznano nas ze specyfiką sobotniego dnia (15 maja). Przedstawiono harmonogram startów, pokazano jak zawodnicy startujący na różnych dystansach mają się zachować w strefie startu/mety (trasa maratonu trzykrotnie przebiega przez tę strefę, trasy pozostałych biegów dwukrotnie). Można było zakupić różnego rodzaju gadżety związane z The Great Wall Marahton – czapeczki, koszulki, bluzy i kurtki. Było też wystawione stoisko pokazowe ECCO – głównego sponsora biegu i na tym koniec, nie było EXPO jak to bywa na innych maratonach. Następnie zawieziono nas pod sam mur w miejsce gdzie przyjdzie nam w sobotę na niego wbiegać tak abyśmy mogli sobie go przejść i zaznajomić się ze specyfiką trasy na tym odcinku.

Mur na przygotowanym dla nas odcinku wspina się w górę albo opada stromo w dół i to tak przez cały czas. Poruszanie się niby ułatwiają schody o przeróżnej wysokości, różnym stopniu nachylenia i zniszczenia. Na niektórych, szczególnie stromych lub zniszczonych odcinkach wzdłuż muru jest zamocowana poręcz owinięta czerwonym materiałem. Wzrok ciągle błądzi wokoło, bo widoki są przepiękne. Sam mur wijąc się po okolicznych szczytach robi niesamowite wrażenie. Przechodzimy spacerkiem 4,5 km odcinek muru, z którym przyjdzie nam się zmierzyć za dwa dni. Nie każdemu się udało – Kanadyjka z sąsiedniej grupy zwichnęła nogę. Każdy zadaje sobie pytanie – jak tutaj po czymś takim biegać?

Wieczorem idziemy na pokaz świetlno-akrobatyczny. Na scenie osoby bardzo młode o ile nie dzieci. To co pokazują wydaje się niemożliwe do wykonania przy normalnym układzie kostnym. Wszystko to jest okraszone gracją, grą świateł i barw, sami artyści wystrojeni są w tradycyjne chińskie stroje, raczej nie ułatwiające wykonywania takich ewolucji. No i jak u Hitchcocka na sam koniec najlepsze. Na scenie znalazła się wielka kula wykonana z prętów. Do tej kuli wjechał motocyklista i zaczął się w niej kręcić jeżdżąc w poprzek, wzdłuż i z góry na dół. Po kilkuminutowym popisie dołączył do niego drugi. Zaczęli jeździć naprzemiennie – w górę, w dół, jeden w lewo, drugi w prawo. Przed kulę zajechał trzeci. Na widowni ucichły rozmowy, a w kuli już trzech motocyklistów popisywało się szaleńczą odwagą. Wreszcie pojawił się czwarty! Wszyscy na widowni zamarli. A motocykliści wewnątrz kuli po kilku przejazdach kolizyjnych parami – dwóch w górę, a dwóch w dół zaczęli jeździć jeden za drugim jakby się gonili, i wtedy przed kulę zajechał piąty motocyklista!!! Wewnątrz czterech ludzi na motorach jeździło nadal jeden za drugim bardzo blisko siebie. Byłem pewny, że ten piąty to już się tam nie zmieści, ale dołączył do całej tej plątaniny. I wtedy… zgasło światło. Przez moment było ciemno, a potem w motorach zapaliły się światła awaryjne i w tych ciemnościach, jeżdżąca jeden na drugim piątka młodych chłopaków zaczęła zmieniać tor jazdy aż z poziomego osiągnęła pionowy i wróciła do poziomego. Byłem pod ogromnym wrażeniem.

Maraton na Wielkim Murze Chińskim. Fot. Artur Góralczyk

 Maraton na Wielkim Murze Chińskim. Fot. Artur Góralczyk

14 maja

Jedziemy do doliny, w której znajdują się grobowce cesarzy z dynastii Ming. Po drodze oglądamy fabrykę porcelany. To bardzo misterna, ręczna robota. Pomieszczenia, w których nadaje się kształty przyszłym wyrobom i przygotowuje się do wypalania są wręcz obskurne. W nich byle jak ubrane kobieciny karnie wykonują swoją pracę. Za to sala, w której były prezentowane już gotowe wyroby, robiła prześwietne wrażenie – pełna luster, szkła i oczywiście porcelany no i pięknie ubranych Chinek. Ta sama fabryka – dwie różne bajki.

Na miejscu jesteśmy tuż przed szóstą, do startu półtorej godziny. Powolutku zaczyna udzielać się przedstartowa gorączka, chociaż na dworze jest wręcz zimno.

Do doliny, w której jest pochowanych 13. cesarzy wchodzi się przez potężną marmurową bramę, za którą znajduje się główna brama z trzema łukami – ten środkowy był używany tylko raz podczas panowania każdego z cesarzy, wtedy jak wnoszono jego zwłoki w drodze do grobowca. Dalej biegnie Święta Droga, przy której stoi 36 kamiennych posągów – są to strażnicy oraz zwierzęta: prawdziwe i mistyczne – wszystkie posągi są podwójne: zwierzęta w pozycji stojącej i siedzącej, a strażnicy z mieczem lub dzidą. Zwiedzamy jeden z grobowców – to potężny obszar otoczony murem z wieloma pałacami pokrytymi oczywiście żółtą dachówką. Do samego grobowca nie można wejść (spośród 13. Chińczycy otworzyli tylko jeden), ale to co widać wokoło daje wyobrażenie jaką wagę chińscy władcy przykładali do pozostawienia po sobie wrażenia dostojności i wielkości.

Po obiedzie wracamy do Pekinu i kierujemy się do Domu Herbaty, w którym zademonstrowano nam jak się parzy kilka gatunków herbaty. Pokaz jest wraz z degustacją, po której żona nie odmówiła sobie skorzystania z możliwości zakupienia kilku opakowań herbat.

15 maja

Pobudka godz. 2.45. Wskakujemy w dresy z orłem na piersi i napisem POLSKA na plecach. 3.15 już siedzimy w autobusie – przed nami przeszło 2,5 godzinna jazda. Widać gwiazdy, a to oznacza, że chmury gdzieś się rozwiały i chyba będzie słońce. Na miejscu jesteśmy tuż przed szóstą, do startu półtorej godziny. Powolutku zaczyna udzielać się przedstartowa gorączka, chociaż na dworze jest wręcz zimno. Pod biało-czerwoną flagą, na tle chińskiego muru robimy sobie pamiątkowe zdjęcia razem z Gosią, Markiem i Andrzejem.

Dochodzi siódma. Gabrysia jedzie na start biegu na 5 km. Kilka słów i pocałunek na szczęście. Teraz trzeba myśleć o sobie. Powolutku robi się cieplej na dworze. Przed godziną było zimno, teraz jest już rześko. Gosia zgodziła się przypilnować wszystkich naszych rzeczy, dzięki temu nie musimy stać w kolejce aby oddać rzeczy do depozytu. Marek mówi, że będzie leciał ile fabryka dała, Andrzej deklaruje mniej więcej moje tempo biegu. Na starcie ustawiamy się wspólnie.

Pierwsze 50 metrów to dwa zwężenia, bo mijamy dwie bramy, ale później wskakujemy na dość szeroką drogę asfaltową. Tutaj odłącza się Marek, my z Andrzejem na razie ramię w ramię. Po pierwszych 400. metrach nadal asfaltową drogą zaczynamy podbieg, przed nami 5 kilometrów i 300 metrów wzniosu. Aż do samego wejścia na mur trzymamy się razem i trzymamy całkiem niezłe tempo. Już na murze ja wyciągam przyczepiony do ramienia aparat fotograficzny i nie chowam go aż do zejścia z muru, od czasu do czasu robiąc zdjęcia temu, co przede mną i za mną. To pozwoliło Andrzejowi troszeczkę odskoczyć. Na murze przede wszystkim trzeba bardzo uważać aby tutaj nie zakończyć swojej przygody, więc tempo spada zauważalnie. Czasami, jak tylko schody nie są zbyt strome i zbyt zniszczone udaje się trochę podbiec. Po prawie godzinie schodzę z muru na placyk, z którego ruszałem i ponownie biegnę asfaltową drogą, ale tym razem nie skręcam pod górę tylko biegnę dalej po płaskim. Po dwóch kilometrach skręcamy z asfaltu na szutrową drogę wzdłuż jakiejś rzeczki. Zaczyna robić się gorąco, słońce wyszło już na dobre. Na punktach odświeżania dają nam półlitrowe butelki wody mineralnej. Za każdym razem biorę dwa łyki, a resztę wylewam na siebie. Przebiegamy po betonowym moście na drugą stronę rzeczki, wzdłuż której biegniemy i wpadamy pomiędzy zabudowania.

Na jakieś 300 metrów przed metą Marek, który jest już tutaj od godziny podaje mi biało-czerwoną flagę i we mnie w tym momencie wstępują nowe siły – finiszuję po ułańsku, z rozwiniętą nad głową flagą Polski.

Takich Chin to nam nikt nie pokazywał… Poza wioską droga prowadzi przez pola aż do następnej wioski. Czasami szuter zastępują płyty betonowe. Na razie biegnie mi się bardzo dobrze, cały czas trzymam swoje tempo. W następnej wiosce zaczynamy zawracać. Zaczynają się podbiegi. Tym razem wznios terenu jest wyraźniej odczuwalny. Mija następna godzina a ja już zbliżam się do 20. kilometra – sam jestem zaskoczony dość dobrym czasem, na dodatek widzę przed sobą koszulkę Andrzeja i sukcesywnie się do niego zbliżam. Nagle Andrzej zaczyna coś krzyczeć, patrzę w lewo a tam Marek kończy pętlę, na którą my dopiero wbiegamy! Cała nasza trójka znalazła się w tym samym czasie w tym samym miejscu. Myśmy z Andrzejem dobiegaliśmy do 20. kilometra, a jak się później okazało Marek miał ich już za sobą aż 26. Pozdrowiliśmy się i rozbiegli w dwie różne strony. Dogoniłem Andrzeja. Rozpoczął się dosyć ostry podbieg – na odcinku 2. kilometrów prawie 150 metrów wzniosu. Najgorsze, że nie ma się gdzie schować przed słońcem. Zbiegamy z asfaltu na polną, górską najeżoną wystającymi kamieniami i rozjeżdżoną przez traktory ścieżynę, nadającą się raczej na cross, niż na bieg maratoński. (Na tym odcinku Andrzej potknął się o jakiś kamol i przeorał chińską ziemię lewym bokiem). W końcu ścieżka przechodzi w polną drogę, a ta w szutrową i łączy się z asfaltową. Kończę pętlę i jestem w miejscu, gdzie jakieś 30 minut temu widziałem Marka. Po następnych dwóch kilometrach łączymy się z trasą półmaratonu i szutrowymi drogami pomiędzy wioskami nieznacznie pod górę docieramy do drogi asfaltowej, na końcu której znajduje się strefa startu/mety. Dla tych co biegną półmaraton zostały tylko 2 kilometry, ale na tych 2 kilometrach odbywa się normalny ruch drogowy, w kraju gdzie zdaje się, że pieszy nie ma żadnych praw. Widziałem biegacza uciekającego nie tylko na pobocze, ale do rowu, bo z naprzeciwka jadąca ciężarówka omijała drugą stojącą na środku drogi. Docieram po raz drugi na placyk, z którego wyruszyłem 3 godziny i prawie 40 minut temu. Po raz drugi wchodzę na mur, tym razem będę go pokonywał w przeciwną stronę. Poprzednio ten odcinek pokonałem w 29 minut, tym razem spędzam na nim aż 51 minut. Słonce nadal grzeje niemiłosiernie i nie ma się gdzie przed nim schować – jak później sprawdzałem było 29 stopni! Z muru zniknęły punkty odświeżania. Nie było wody. Na szczęście nie wszyscy wylewali wodę na siebie tak jak ja. Niektórzy po napiciu się zakręcali butelki i je odstawiali. Te butelki teraz myśmy zbierali i tą nagrzaną wodą polewaliśmy się. Podczas tego drugiego przejścia przez mur (już nawet nie śmiem pisać o bieganiu) przy każdym pokonanym schodku eksplodowała w głowie jedna myśl „Co ja tu robię, po co i w imię czego ja tu wlazłem drugi raz”. Znowu, podobnie jak za pierwszym razem przez cały czas mam w ręku aparat fotograficzny i robię zdjęcia, ale jakże odmienne od tamtych. Teraz fotografuję zmęczonych, wykończonych ludzi w strojach sportowych siedzących gdzieś pod krzaczkiem lub opierających się o zrąb muru. Nie ma już na tych zdjęciach ekspresji i ruchu. Schodząc z muru sprawdzam czas i po szybkich obliczeniach wiem, że jeżeli na zbiegu utrzymam tempo jakie miałem na podbiegu to zmieszczę się w 5. godzinach. Wreszcie punkt odświeżania. Tym razem wypijam całe pół litra wody, a drugą butelkę wylewam na siebie. Mimo, że biegnę w dół ledwo udaje mi się utrzymać założone tempo. Jeszcze łapie mnie kolka. Ciągnę naprawdę ostatkiem sił. Na jakieś 300 metrów przed metą Marek, który jest już tutaj od godziny podaje mi biało-czerwoną flagę i we mnie w tym momencie wstępują nowe siły – finiszuję po ułańsku, z rozwiniętą nad głową flagą Polski.

Teraz ja staję w miejscu, gdzie Marek wręczył mi flagę i czekałem na Andrzeja, żeby również mógł finiszować pod barwami narodowymi.

Maraton na Wielkim Murze Chińskim. Fot. Artur Góralczyk

 Maraton na Wielkim Murze Chińskim. Fot. Artur Góralczyk

16 maja

Dzień wolny można pospać dłużej i nie trzeba nigdzie chodzić i zwiedzać. Można by, gdyby nie żona – ona potrafi zmotywować do całodniowego łażenia po sklepach i sklepikach. Pekin bez przewodnika jest ciekawy, ale inaczej. Główne ulice to piękne deptaki, pełne przepychu, reprezentacyjnych sklepów i wspaniałych restauracji, no i pełne turystów z całego świata. Gdy jednak zrobi się kilka kroków w bok to człowiek znajduje się już w całkiem innym świecie. Tutaj też kwitnie handel, ale w malutkich, często obskurnych klitkach, a w restauracyjkach czy też raczej barach z czystością raczej nie są za pan brat. Weszliśmy jeszcze dwie przecznice w głąb i dość szybko wycofaliśmy się nie mając odwagi pozostać tam dłużej.

Jest to najcięższy bieg, w jakim dotychczas uczestniczyłem.

Wieczorem idziemy na Gala Diner. Elegancko ubrani udajemy się do hotelu, w którego przeogromnej sali balowej przy stolikach zgromadzono wszystkich uczestników maratonu i biegów towarzyszących. Stoły uginają się pod ciężarem przygotowanego jedzenia. Na centralnym stole bezpośrednio za potrawami wznosi się Wielki Mur Chiński… z lodu, bardzo ładnie podświetlony. Ogromne misy, w których znajdują się sałatki także są z lodu, a mają kształty otwartych muszli morskich. To nie była degustacja, to było obżarstwo! Co jakiś czas na scenie pojawiali się artyści, grający, śpiewający lub tańczący albo wszystko naraz. Nie odbyła się natomiast dekoracja zwycięzców. Dziwne. Wczesną nocą wracamy do hotelu. Jutro wracamy do domu.

Przeżyliśmy niesamowite i niezapomniane chwile, doznaliśmy wrażeń o jakie w Europie było by trudno, posmakowaliśmy potraw jakich nasze podniebienia jeszcze nie znały, no i wzięliśmy udział w niesamowitym biegu.

Nasi przewodnicy mieli na koszulkach z przodu napis „Tried it all? Run the Walls” – żałuję, że nie było możliwości kupienia sobie takiej koszulki, bo ten napis nie jest tylko pustym sloganem. Jest to najcięższy bieg, w jakim dotychczas uczestniczyłem. Dwukrotne pokonanie schodów na Wielkim Chińskim Murze jest po prostu zwykłym szaleństwem. Trasa pomiędzy jednym, a drugim odcinkiem po murze poprowadzona jest bardzo malowniczymi, obfitującymi we wspaniałe widoki górskimi okolicami, jednak sposób jej wytyczenia, zupełnie bez polotu i fantazji sprawia wrażenie jakby była tylko po to, aby dobić brakujący kilometraż.

Ukończyłem The Great Wall Marathon w czasie 4 godzin 59 minut i 41 sekund na 58. pozycji w kategorii generalnej i 18. w swojej wiekowej. Marek Grochowski z Gdańska, który mi podał flagę przed metą ukończył bieg prawie godzinę przede mną z czasem 4:03 na 7. pozycji w kategorii generalnej i na 3. w swojej wiekowej, natomiast Andrzej Więcław z Warszawy, który bliżej niż by tego pragnął zaznajomił się z chińską ziemią ukończył maraton w czasie 5:59. W biegu na 5 km uczestniczyła moja żona Gabrysia, którą ukończyła go w 1 godzinę i 15 minut.

————-

5 km

Jest za piętnaście siódma, przenikliwe zimno… co ja tu robię? W zasadzie to biegam sporadycznie – nie czuję się zbyt pewnie.

Skośnooka instruktorka fitnesu usiłuje nas rozgrzać. Tak, to dobry pomysł. Chwilę później wsiadamy do autokaru. „ Piątkę „ wywożą w góry, nieopodal Muru. Wzięłam ze sobą kijki – dwie dodatkowe nogi na tych nieznormalizowanych schodach mogą się przydać.

Na starcie luźna atmosfera, powiedziałabym taka wesoła Wieża Babel. Koło mnie dwie wesołe starsze czeszki, w rękach aparaty fotograficzne, są dzieci, młodzież, emeryci, osoby otyłe i wielu, nie wyglądających na sportowców.

Jest siódma zaczynamy! Mały podbieg i wchodzimy na mur. Nieliczni biegną. Schody są niebezpieczne, są różnej wysokości, szerokości. Bardziej lub mniej zniszczone, bywa że idziemy kamienną ścieżką stromo w górę lub dół. Każdy trzyma się wówczas wmurowanej balustrady, którą ktoś obwinął czerwoną flagą- chyba po to by nie ślizgały się spocone dłonie.

Co jakiś czas trzeba się zatrzymać, bo brakuje tchu a nogi odmawiają posłuszeństwa. Robi się coraz cieplej, delikatny wiaterek przynosi ulgę. Wokół fantastyczny krajobraz z wijącym się jak wąż Chińskim Murem po szczytach.

Moi współbiegacze dziarsko pstrykają fotki, pocieszają się wzajemnie, śmieją, sapią i zdobywają kolejne schodki. Ci ambitniejsi są już na kolejnym wzgórzu. Ja gdzieś pośrodku.

Na szczytach znajdują się małe wieżyczki, tu dostajemy wodę. Piję trochę i zostawiam butelkę na murze. Co jakiś czas fotografowie robią nam z djęcia. Gdy tylko biegacze ich lokalizują każdy dostaje jakiegoś zastrzyku energii i … biegnie! Ale natychmiast po ominięciu ich przechodzi znów do spaceru.

Kijki doskonale spełniają swoją rolę. Niejednokrotnie, ustrzegły mnie przed upadkiem.  Jesteśmy zmęczeni, słoneczko – rano tak upragnione teraz katuje upałem. Schodzenie po stromych schodach powoduje, że trudno opanować drżące łydki.

4,5 km trasy wiedzie po samym murze. Reszta to płaska końcówka biegnąca przez most i okoliczną wioskę. Potem już tylko wbiegamy w strefę mety. Na miejscu medal i gratulacje. Można skorzystać z chińskiego energicznego masażu, zjeść coś, odświeżyć się. A potem czekać na naszych biało- czerwonych maratończyków.

Bieg na 5 km w ramach Maratonu na Murze Chińskim. Fot. Artur Góralczyk

Bieg na 5 km w ramach Maratonu na Murze Chińskim. Fot. Artur Góralczyk

Pasta Dinner

Chińczycy zostają moimi guru w sztuce kulinarnej – na takim pasta-party to ja jeszcze nie byłem. Wszystko w formie szwedzkiego stołu. Samych dań z makaronem siedem, do tego sałatki warzywne i owocowe, ciasta i soki. Po prostu pycha! I wszystkiego pod dostatkiem.

Toalety

Chińskie toalety poza tymi w hotelach odbiegają trochę od tego, do czego my jesteśmy przyzwyczajeni. Tam są po prostu podłużne dziury w podłodze, nad którymi należy kucnąć. W samym Pekinie oraz miejscach gdzie są i bywają turyści te dziury znajdują się w osobnych kabinach zapewniających w miarę intymną atmosferę, natomiast na prowincji jest już różnie. Toaleta w kolejce, do której się ustawiłem przed startem maratonu zamiast kabin miała jedynie przegródki do wysokości pasa, tak że po kucnięciu człowiek mógł obserwować tych oczekujących na swoją kolei, a oni jego wielkie oczy. Jak w końcu zwolniła się przegródka dla mnie okazało się, że nie ma w niej papieru toaletowego. Nie załatwiając się zwolniłem miejsce. Po jakimś czasie ponowiłem próbę. Tym razem zaopatrzony w papier toaletowy. Udałem się do toalety, która była mniej oblegana. Okazało się, że to jest ta mniej komfortowa wersja toalety publicznej nie posiadająca żadnych przegródek ani przed ani pomiędzy tymi dziurami w podłodze. Drugie podejście spalone. Poszperałem w plecaku i łyknąłem Stoperan, po chwili zastanowienia wziąłem drugi i sprawdziłem czy mam przy sobie papier toaletowy.

Masaż

Po biegu i prysznicu skusiłem się na chiński masaż. To nie takie wałkowanie i głaskanie jak u nas. Chiński masaż jest bardziej uciskowy. Osoba masująca bardzo mocno uciska mięśnie patrząc uważnie na reakcję osoby masowanej i na granicy wytrzymałości bólowej utrzymuje ten nacisk przez jakiś czas. Jest to masaż dość bolesny, ale da się wytrzymać.

Kaczka po pekińsku

Zanim ją podano na stole znalazło się całe mnóstwo przystawek. Ze składników potraw rozpoznałem jedynie ryż – czyli generalnie mogę powiedzieć, że nie wiem co jadłem (i raczej nie chcę wiedzieć), ale wszystko było przepyszne, chociaż inne niż u nas. Jako atrakcję podano nam kaczkę po pekińsku. I tutaj lekki zawód – nikt nie dostał talerza z kawałkiem kaczki, na stół podano cieniutko pokrojone kawałki kaczki, które należało położyć na cienki jak papier placuszek, polać sosem i dodać kawałki pokrojonego jak zapałkę ogórka lub bambusa, wszystko to zawinąć i dopiero zjeść.

Ruch drogowy

Nie wiem na czym polegają chińskie zasady ruchu drogowego, ale z moich obserwacji wynika, że pieszy nawet na przejściu dla pieszych i to podczas zielonego światła musi bardzo uważać aby nie zostać rozjechanym przez samochody, które trąbiąc w sposób prawie ciągły wjeżdżają pomiędzy ludzi roztrącając ich na boki. Podobnie ma się rzecz ze zmianą pasa ruchu – zmieniający po prostu wjeżdża w upatrzone przez siebie miejsce trzymając naciśnięty klakson, a od reakcji tego, przed którego akurat ktoś wjeżdża zależy czy dojdzie do kolizji lub przynajmniej obtarcia lakieru czy nie. I rzecz szczególna – podczas całego pobytu widziałem jedynie dwa razy pojazdy na poboczu po kolizji – Chińczycy wykazują się niesamowitym refleksem i wręcz idealnym wyczuciem przestrzeni mijając się na centymetry.

Artur i Gabriela Góralczyk, „Wielki mur”, Bieganie, lipiec-sierpień 2010

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger