fbpx

Maraton nowojorski – upadek mitów

Autor: Marek Tronina • 26.04.2013

Nowy Jork

Odwołanie imprezy takiej jak maraton w Nowym Jorku to wydarzenie chyba większe niż… sam maraton nowojorski. Dlatego warto poświęcić mu trochę czasu. Bo za decyzją tak zaskakującą, dramatyczną i niezwykłą stoją mechanizmy, których zrozumienie nie jest ani proste, ani oczywiste.

To nie jest artykuł o upadku maratonu w Nowym Jorku – bo nic takiego nie nastąpiło. Bieg się nie odbył, ale to nie znaczy, że za rok nie będzie to już taka sama impreza jak w roku 2011. Myślę, że edycja 2013 – po wymuszonej przerwie – może być nawet jeszcze bardziej wyczekiwana niż każda inna. Organizatorzy jeszcze lepiej przygotują się na ewentualność nieoczekiwanych i najbardziej nieprawdopodobnych scenariuszy, nowojorczycy zapomną o Sandy oraz jej skutkach i biegaczy powitają z wielkim entuzjazmem, a sami maratończycy (z których większość stanowić będą pewnie ci, co w tym roku pobiec nie mogli) będą mieli świadomość udziału w biegu, który wrócił z martwych. Nowy Jork nadal będzie najważniejszym maratonem świata. Ale jak dla mnie w ciągu tych kilku dni, które dzieliły przejście huraganu od dnia maratonu (czyli w przybliżeniu – tydzień) wydarzyło się o wiele więcej niż tylko to, co można streścić kilkoma równoważnikami zdań.

Rock you like a hurricane

Zacznijmy od telegraficznego skrótu najważniejszych faktów. W nocy z 29 na 30 października przemieszczający się od strony Karaibów huragan Sandy (nazwany przez Amerykanów „Frankenstorm”) uderza we wschodnie wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Sieje spustoszenie na terenie 15 stanów. Blisko 60 osób traci życie, kilkadziesiąt tysięcy – domy, a niemal 5 milionów ludzi zostaje odciętych od energii elektrycznej. Jednym z najbardziej dotkniętych kataklizmem miast jest Nowy Jork, gdzie ginie kilkanaście osób. Przez pewien czas nie kursuje metro, kilka dzielnic jest odciętych od świata.

Od samego rana we wtorek (30 października) trwa akcja ratownicza, szacowanie strat i przywracanie normalności. Równocześnie zaczyna pojawiać się pytanie – co z maratonem zaplanowanym na niedzielę 4 listopada. Dyskusje, dywagacje, wymiana argumentów i spory trwają do czwartku, kiedy to burmistrz Michael Bloomberg ogłasza oficjalnie – maraton odbędzie się zgodnie z planem, by pokazać światu, że Nowy Jork to miasto niepokonane i by dać nowojorczykom powód do uśmiechu. Ale i – by zapewnić miastu ponad 340 milionów dolarów zysku, jaki generuje 50 tysięcy uczestników biegu.

Jednym z najbardziej dotkniętych kataklizmem miast jest Nowy Jork, gdzie ginie kilkanaście osób. Przez pewien czas nie kursuje metro, kilka dzielnic jest odciętych od świata

Czwartkowa decyzja Bloomberga sprawia, że można uruchomić machinę organizacyjną oraz zacząć zjeżdżać do Nowego Jorku (to drugie dotyczy biegaczy). Problem w tym, że media – w szczególności lubiący skandale i awantury New York Post – zaczynają oficjalnie kontestować tę decyzję i pytać czy w zniszczonym mieście maraton jest akurat najbardziej potrzebną rzeczą. Problem w tym, że wolontariusze zaczynający pracę przy biegu zostają obrzuceni bluzgami i jajkami przez mieszkańców. Problem w tym, że w internecie zaczynają pojawiać się coraz liczniejsze pogróżki kierowane w stronę niedzielnych biegaczy – że będą próby blokowania trasy, że maratończycy będą atakowani przez mieszkańców, że niektórzy gotowi są zrobić wszystko byle tylko utrudnić rozegranie imprezy.

Noc z czwartku na piątek organizatorzy spędzają bezsennie, rozważając możliwe scenariusze. Problem narasta z każdą godziną bo do miasta przybywają już dziesiątki tysięcy maratończyków, którzy wiedzą, że bieg będzie. Tymczasem okazuje się, że ich rezerwacje hotelowe są nic niewarte bo w hotelach mieszkają ofiary huraganu. Mówi się o tym, żeby bieg rozegrać na pętlach w Central Parku, ograniczyć go do biegu dla elity, a może – przełożyć na późniejszy termin. Burmistrz Bloomberg wciąż uważa, że bieg należy rozegrać, utwierdza go w tym przekonaniu jego poprzednik Rudolf Giuliani, u którego zasięga rady.

Ale innego zdania są doradcy Bloomberga, którzy w obliczu nieodległych ponownych wyborów uważają, że burmistrz lepiej wyjdzie na całej sytuacji, gdy bieg odwoła. Pod naciskiem mediów, innych polityków i własnego sztabu Bloomberg podejmuje więc ostateczną decyzję o przerwaniu przygotowań do imprezy. Jest piątek, godzina 17.21 – mniej niż półtorej doby do startu. Tyle najważniejsze fakty, pora przejść do mitów. Tych, które padły.

This is not America

Mit pierwszy – umiejętność przewidywania i logistyczna zapobiegliwość. Zdumiony byłem przez cały wtorek, środę i czwartek. Od chwili gdy Sandy uderzyła we wschodnie wybrzeże śledziłem stronę maratonu nowojorskiego w oczekiwaniu na oficjalny komunikat o losach imprezy. Nie na aktualności, nie na słowa, że „brak informacji o odwołaniu jest informacją o nieodwołaniu”, ale właśnie na to – na jednoznaczne w treści oficjalne stanowisko. Czyje? Burmistrza – oczywiście przekazane za pośrednictwem organizatora. Bo o tym, że huragan uderzy w Nowy Jork było wiadomo od wielu dni. O tym, że maraton zaplanowany jest na 4 listopada – od roku. Tak samo jak i to, że we wtorkowy ranek 30 października Nowy Jork nie będzie taki sam jak kilkanaście godzin wcześniej. Maraton – nawet nowojorski – nie jest pępkiem świata. Ale dla 50 tysięcy osób, które we wtorek rano zaczęło zadawać sobie pytanie o ty, czy w niedzielę bieg będzie czy też nie, to była sprawa ważna. Może nie życiowa – ale istotna, a w danej chwili – najważniejsza. Niektórzy z nich pewnie nie mieli już szans odzyskać pieniędzy za bilety, ale przynajmniej nie płaciliby za nocleg i pobyt, nie byliby narażeni na rozczarowanie i – uzasadnioną w świetle późniejszej zmiany decyzji – złość. Nie zrobiono by im wody z mózgu. Nie umiem ocenić kto zawinił, ale jasnym wydaje mi się, że przed nadchodzącym kataklizmem szef maratonu powinien ustalić z burmistrzem (albo wymusić na nim), że jak tylko opadnie kurz zostaje podjęta decyzja. Dobra czy zła – to inna sprawa. Ale JAKAŚ. Tymczasem z oficjalnym komunikatem – przypominam, ważnym dla 50.000 osób – czekano dwie doby. Dwie z czterech, jakie pozostały. Jakoś tak po polsku.

W internecie zaczynają pojawiać się coraz liczniejsze pogróżki kierowane w stronę niedzielnych biegaczy – że będą próby blokowania trasy, że maratończycy będą atakowani przez mieszkańców, że niektórzy gotowi są zrobić wszystko byle tylko utrudnić rozegranie imprezy

Mit drugi – pewność siebie i konsekwencja. Po trwającym od wtorku do czwartku zdumieniu nadszedł piątek i wywołany jego wydarzeniami szok. Bo burmistrz jednak odwołał maraton – w 24 godziny po tym jak potwierdził fakt jego rozegrania. Zostawmy na razie okoliczności, które do tego doprowadziły, skupmy się na samej decyzji. Moje – przyznaję, idealistyczne – wyobrażenie amerykańskiego ducha to charakterystyczna dla Ameryki pewność siebie. Jestem pewien swoich racji, podejmuję decyzję i od tego momentu wszystko podporządkowuję jej realizacji, mam za sobą machinę, która służy jej wdrożeniu. Tymczasem wiele wskazuje na to, że najsilniejszy wpływ na odwołaniu biegu mieli najbliżsi współpracownicy burmistrza. Czyli ci, którzy powinni być jego najsilniejszym oparciem i awangardą. Ci sami, którzy dobę wcześniej nie potrafili (nie próbowali?) go przekonać, że biegu być nie powinno. Co więcej, z relacji prasowych amerykańskich mediów wynika, że sam burmistrz do końca stał na stanowisku, że powinno się umożliwić rozegranie biegu, a do podjęcia odwrotnej decyzji zaczęli go namawiać nawet sami organizatorzy, świadomi niebezpieczeństwa jakie mogły czyhać na biegaczy ze strony najbardziej aktywnych przeciwników imprezy. Jakie to nieamerykańskie!

Black or white

Mit trzeci – amerykańska tolerancja. Po początkowej pewności, że bieg należy odwołać, z każdym kolejnym dniem zaczęły narastać we mnie wątpliwości. Bo niby dlaczego ten maraton miałby się nie odbyć? Owszem, miasto zniszczone, są ofiary w ludziach, wiele osób straciło dach nad głową, w wielu rejonach nie działają media (i nie chodzi o prasę, ale o bieżącą wodę i prąd). Ale przecież to, że kilkadziesiąt tysięcy ludzi przebiegnie przez miasto ani losu cierpiących nie pogorszy, ani dostaw wody nie opóźni. Ba, zaplanowana po wieloletniej przerwie transmisja w ogólnoamerykańskim kanale ESPN2 transmisja mogłaby przez wiele godzin pokazać skalę zniszczeń w NYC, a co za tym idzie – wygenerować olbrzymią pomoc charytatywną wygenerowaną właśnie przez tych, którzy skalę nieszczęść zobaczyliby w telewizji. Najlepiej moje wątpliwości podsumował w swoim artykule umieszczonym na stronie letsrun.com jeden z mieszkańców Staten Island (obszaru najbardziej dotkniętego przez żywioł), były biegacz Mike Cassidy.

„…maraton stał się kozłem ofiarnym, symbolem ekstrawagancji i politycznej obojętności. Jak władze miasta śmią organizować imprezę, która jest świętem nadziei i wiary we własne możliwości, podczas gdy my cierpimy?

Krucjata okazała się oczyszczeniem. Byliśmy pozbawieni energii – niektórzy dosłownie, niektórzy – wskutek ogromu wyzwań. A protest przeciwko maratonowi dał ujście. Nie mogliśmy przywrócić życia zmarłym i odbudować domów, ale mogliśmy protestować. I przynajmniej mieliśmy poczucie, że coś od nas zależy. I zrobiliśmy to skutecznie. Tyle, że efekt tej skuteczności wyszedł nam na złe.

Skoro maraton miał być ćwiczeniem z frywolności, to co mamy powiedzieć o pełnych zajadłości artykułach prasowych i mających patent na prawdę grupach na Facebooku? Mamy teraz zarzucić wszelkie przyjemności, bo ktoś miał mniej szczęścia niż my? 46 tysięcy mieszkańców Nowego Jorku co noc śpi pod chmurką – czy wszyscy inni powinni opuścić swoje domostwa? Jeśli inni głodują to czy i my powinniśmy przestać jeść? Jeśli sąsiad traci pracę to czy my też mamy się zwolnić? A czy wypada iść na mecz New York Knicks albo pojechać zagrać w ruletkę do Atlantic City – bo tych rozrywek po przejściu huraganu nie zabroniono?

Tak jak alkoholik sięga po drinka, tak i nasze remedium okazało się chwilowym ukojeniem, które niczego nie rozwiązało. Co gorsza, pozbawiliśmy się czegoś, co naprawdę by nam pomogło. W niedzielę rano nie obudzimy się i nie ujrzymy naszych domów cudownie odbudowanych, przywróconej wiary, a martwych – znów żywych. Bo maraton nie tylko nie pochłonąłby środków niezbędnych do odbudowy, ale wręcz przyspieszyłby ją.”

Tak, tak – będący dla mnie wręcz symbolem tolerancji nowojorczycy uznali, że skoro oni cierpią to niech cierpią inni. I wymusili zatrzymanie biegu.

Yes, we can

Mit czwarty – amerykański optymizm i wiara w lepsze jutro. Mam oczywiście świadomość, jak trudno jest ocenić skalę czyjegoś cierpienia będąc o tysiące mil od miejsca zniszczeń. Jednak o ile byłem pewien, że z perspektywy naszego kraju taki bieg należy odwołać, o tyle byłem równie mocno przekonany o tym, że maraton nowojorski się odbędzie. Właśnie dlatego, że to maraton nowojorski, a nie – warszawski czy poznański. Bo Amerykanie kochają symbole, przenośnie, wielkie przesłania i mówienie „non possumus” wszelkim przeciwnościom. Dali temu dowód choćby w roku 2011, kiedy w dwa miesiące po atakach na World Trade Center zmusili – właśnie poprzez maraton – świat do przyznania, że Nowy Jork to miasto niezwyciężone. Jak to się stało, że w pierwszy weekend listopada przegrali z samymi sobą – to zagadka dla socjologów i psychologów.

To, że kilkadziesiąt tysięcy ludzi przebiegnie przez miasto ani losu cierpiących nie pogorszy, ani dostaw wody nie opóźni

Mit piąty – amerykańska umiejętność odczytywania nastrojów i oczekiwań. Gdyby pierwszego, najdalej drugiego dnia po przejściu huraganu burmistrz odwołał maraton – zrozumieliby to wszyscy, nawet ci, którzy – tak jak cytowany wcześniej Cassidy – uważali, że bieg powinien się odbyć. Byłoby to jasne i zrozumiałe dla biegaczy, bezdyskusyjne dla mediów i równie naturalne dla mieszkańców. Burmistrz uznał tymczasem, że amerykański duch przetrwania i przedsiębiorczości oczekuje tego, żeby naturalna katastrofa w minimalnym stopniu wpłynęła na rzeczywistość. Że katastrofa katastrofą, a korzyści dla miasta – te wymierne, finansowe – z rozegrania biegu to drugie. Pomylił się. I uznał, że lepiej bieg odwołać. Tyle tylko, że nie przewidział jak bardzo rozjuszy to tych, którym kilkadziesiąt godzin wcześniej kazał… przyjechać na maraton. Kto był w niedzielę w Central Parku i widział może dziesiątki tysięcy biegnących osób (które zorganizowały sobie nieoficjalny maraton), setki wolontariuszy z napojami (którzy zorganizowali nieoficjalne punkty odżywcze) i kibiców z transparentami (którzy zorganizowali oficjalny doping) – ten wie o czym mówię.

Life is a Rollercoaster

Mit szósty – amerykański dystans do życia i samych siebie. I tego zabrakło mi najbardziej. Byłem bowiem w stanie zrozumieć wszystko – w pewnym sensie także długie zwlekanie z decyzją, a nawet jej zmianę. Ale kiedy zagłębiłem się w internetowe fora – byłem porażony. Wydawało mi się bowiem, że to polskie strony w sieci są wylęgarnią jadu, zawiści i nienawiści. O, jakże się myliłem! W ciągu kilku dni dzielących huragan od daty biegu przez – nie tylko biegowe – fora przewaliła się masa ludzi oskarżających się nawzajem o wszystko, co najgorsze, zarzucających organizatorom każde możliwe przestępstwo, straszących konsekwencjami prawnymi, procesami, a nawet naruszeniem nietykalności. Powiedzenie „rynsztok” tylko w niewielkim stopniu oddaje zawartość i treść dyskusji. Nie wiem nawet, czy ten fakt powinien nas cieszyć (bo niby nie jesteśmy tacy najgorsi) czy smucić.

Czy wypada iść na mecz New York Knicks albo pojechać zagrać w ruletkę do Atlantic City – bo tych rozrywek po przejściu huraganu nie zabroniono?

Kwintesencją zamieszania i złych emocji, jakie znalazły ujście przy okazji okołomaratonowej awantury był według mnie dowcip, na jaki pozwolili sobie szefowie strony letsrun.com. W poniedziałkowy ranek ogłosili oni, że w Central Parku ruszył właśnie maraton nowojorski okrojony wyłącznie do elity biegu – kilkudziesięciu zaproszonych zawodników. Coś, co było oczywistym żartem (wystarczyło wejść choćby na stronę maratonu i sprawdzić czy takie wydarzenie się odbywa), stało się kilkunastostronicowym wątkiem dyskusyjnym, podsycanym kolejnymi wpisami autorów „relacjonującymi” przebieg walki, podającymi międzyczasy i coraz bardziej podgrzewającymi atmosferę. I to nie tylko tą związaną z „walką na trasie” (przypomnę – walką, która miała miejsce jedynie w wyobraźni autorów wpisów), ale przede wszystkim – na forum. Okazało się bowiem, że wielu użytkowników strony potraktowało relację jako autentyk i do końca wierzyło, że ten bieg naprawdę się odbywa! Co więcej, olbrzymia grupa czytelników odsądzała dziennikarzy od czci i wiary, zarzucała im głupotę, straszyła zerwaniem ze stroną, oskarżała o zły smak, moralizowała. Lektura kolejnych wpisów (w chwili zamykania numeru wątek liczył 20 stron) sprawia, że czytelnik nie może wprost pojąć, że można było uwierzyć w prawdziwość „relacji” i – co gorsza – uznać, że jej przeprowadzenie czyni komuś krzywdę.

Nawet jeśli czuję, że rozegranie maratonu mogłoby naprawdę pomóc nowojorczykom (i to nie tylko w sferze duchowej), o tyle mam świadomość, jak ciężko walczyć z tymi, którzy o swoich racjach potrafią krzyczeć głośniej niż pozostali

Nie umiem ocenić przez ocean czy maraton nowojorski powinien był się odbyć czy nie (klasyk rzekłby: „widocznie do odwołania biegu dojść musiało, skoro doszło”). Łatwo jest moralizować siedząc przed ekranem komputera. Wiem natomiast, że nie chciałbym znaleźć się na miejscu tych, którzy przed takim dylematem stanęli. Bo nawet jeśli czuję, że rozegranie maratonu mogłoby naprawdę pomóc nowojorczykom (i to nie tylko w sferze duchowej), o tyle mam świadomość, jak ciężko walczyć z tymi, którzy o swoich racjach potrafią krzyczeć głośniej niż pozostali.

Coroczne wpływy dla miasta generowane przez maraton nowojorski oceniane są na 340 milionów dolarów. Niezależny ośrodek Aecom obliczył, że każdy maratończyk zostawia średnio w Nowym Jorku 1778 dolarów, które wydaje na transport, noclegi, jedzenie i rozrywkę. Daje to około 17 milionów dolarów podatków, z czego dwie trzecie trafiają bezpośrednio do kasy miasta. Ale olbrzymia część zysków jest generowana przez kibiców, którzy stojąc godzinami na ulicach robią wzmożone zakupy w sklepikach i barach. Tego obrotu w tym roku zabrakło. Trudne do oszacowania są też straty poniesione przez organizatora biegu – New York Road Runnners Club. W rocznym budżecie ok. 57 milionów dolarów jest miejsce na niewielki (kilkumilionowy) zysk, zaś połowa z tych 57 milionów to wpływy generowane przez maraton. W sytuacji, w której bieg się nie odbył, ale większość kosztów została już poniesiona, NYRRC ogłosiło, że nie będzie zwracać wpisowego uczestnikom odwołanego biegu (a to, w przypadku cudzoziemców, wynosi 347 dolarów).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger