fbpx

Marcin Konieczny: „Uwielbiam trenować mocno i długo”

Autor: Maciej Żywek • 10.06.2013

P1017286-2

Granica 9 godzin w triathlonie w oficjalnych zawodach z cyklu Ironman jest od wielu lat barierą nie do pokonania dla polskich zawodników. Marcin Konieczny opowiada o swoich przygotowaniach do dokonania tego wyczynu. Kim jest, jak trenuje? I czy się udało?

Marcin Konieczny – Jak mu idzie trening? Czy da się jeszcze wyśrubować „życiówkę” w maratonie? Czy uda się „złamać” 9 godzin we Frankfurcie? Marcin dzieli się planami startowymi na przyszłość, wieloma szczegółami treningu oraz aktualnymi wynikami na swoim sportowym blogu  www.poszkoleniu.info

Pomiędzy twoimi rekordami życiowymi na poszczególnych dystansach, które podajesz na swojej stronie istnieją spore przerwy, jakieś 20 lat…

– Wyniki na krótszych dystansach to efekt juniorskich treningów w Gwardii Olsztyn. Później przychodzi czas dorosłości. Studia, praca, rodzina, lekki brzuszek. Miałem jednak gdzieś w głowie myśl o starcie w Ironmanie. Pewnego wieczora postanowiłem sprawdzić czy coś się w Polsce w tym temacie dzieje. Tak poprzez forum Biegajznami trafiłem na inicjatywę Darka Sidora, IM2010. Postanowiłem dołączyć do grona zapaleńców chcących ukończyć te zawody.

W jaki sposób powstał plan treningowy?

– Trening biegowy ułożyliśmy z moim byłym trenerem z Gwardii Olsztyn, Zbigniewem Ludwichowskim. Rower i pływanie natomiast były pewnego rodzaju kopiami treningu biegowego. Starałem się robić je na podobnych zakresach i akcentach jak biegi, z zachowaniem specyfiki tych dyscyplin, odległości, czasu trwania. Jeden długi trening, akcenty, minutówki. Najsłabiej wychodziło oczywiście na basenie. Mimo szczerych chęci, treningi były raczej jednostajną walką z żywiołem. Dopiero dużo później, po konsultacjach z Marcinem Waniewskim z MKS Malbork udało się poprawić technikę, klucz do przeprowadzenia sensownego treningu pływackiego. Podzieliłem sobie okres przygotowań na trzy lata. W pierwszym roku chciałem potrenować bez specjalnego napięcia, zrzucić brzuszek, powrócić do regularnego treningu. Kolejny rok to pierwszy maraton, natomiast w trzecim założeniem było złamanie trzech godzin. Ten wynik miał być dla mnie sygnałem, że jest szansa ukończyć Ironmana.

Udało się w Warszawie w 2008 roku, 2:57:09. Przyszedł czas na pierwszy test…

– Pierwszym startem na dystansie Ironman było Borówno w 2009 roku. Miało to być przetarcie przed głównym startem w Klagenfurcie rok później. W czasie wyścigu okazało się, że cały czas udaje się kogoś wyprzedzić. Efekt, bardzo przyjemne pierwsze miejsce z czasem nieco ponad 10 godzin.

Wydaje się, że do ukończenia Ironmana byłeś gotowy już wcześniej. Twoje założenia przedstartowe były znacznie surowsze niż większości amatorów. Nie kusiło Cię? Trzy lata przygotowań to bardzo długo.

– Uwielbiam sport. Uwielbiam trenować i mocno, i długo. Moja ulubiona chwila, to pierwsze minuty po treningu. Kiedy jeszcze zmęczony, mam poczucie dobrze wykonanego zadania. Podobnie mam w pracy. Po przeprowadzeniu ciężkiego szkolenia wsiadam do samochodu i przychodzi taki moment, gdy myślę: „Uff, to był kawałek niezłej roboty.  Dałem z siebie, ile mogłem”. Jest to bardzo przyjemny stan. Przyjemne jest także bicie kolejnych rekordów w czasie przygotowań. To może być zarówno dobry czas maratonu,  jak i udany trening czy jakiś dziwny treningowy pomysł.

Staram się wybrać dwa razy do roku do Szklarskiej Poręby na obóz. Kiedyś z takiego obozu wróciłem na rowerze. Jechałem dwa dni, miałem z tego sporą zabawę. Są to zatem trzy lata, wypełnione wieloma większymi i mniejszymi radościami, nie nerwowe oczekiwanie na Wielką Chwilę.

W 2010 roku następuje kolejna skokowa poprawa wyników. Maraton w Krakowie 2:42:52…

– Ten maraton był już nieco inny, starałem się pobiec na jak najlepszy czas. To był taki nasz korespondencyjny pojedynek z Piotrem Szajnerem, bardzo fajna motywacja. Poprzednie maratony były pewnymi etapami przygotowań, nie zależało mi na konkretnym wyniku. Trzeba było wykonać pewną normę, ale bez walki o każdą sekundę.

Bieganie trenujesz inaczej przygotowując się do maratonu niż do Ironmana?

– Częściowo. Bieganie w treningu do maratonu pełni funkcję nadrzędną. Rower i pływanie są dostosowywane do mojego planu. Istotne jest też to, że w naszym klimacie trening rowerowy zimą to średnia przyjemność. Robię to, ale bez szczególnego entuzjazmu. Mam taki pogląd, że nic się nie stanie jeżeli nie wyjdziesz na „duży” rower do marca. Całą bazę, zarówno siłową jak wytrzymałościową można wypracować bieganiem, większą objętość roweru wprowadzając wiosną.

Przykład styczniowego treningu biegowego:

Rano:
2 x 8 km BC2 z przerwą 6 minut

Po południu:
Zabawa biegowa ok. 15 km w tym:
krótkie odcinki tempowe
5 x 1 min+
5 x 2 min+
5 x 1 min
Przerwy 30 sek – 1 min

Kiedy zaczynają się przygotowania triathlonowe, w których pomaga mi obecnie Darek Sidor, bieganie staje się integralnym, równorzędnym elementem całości. Można powiedzieć, że trenując bieganie do maratonu myślę jak biegacz, natomiast przy treningu do Ironmana myślę jak triathlonista. Nie zwalniam jednak tempa. Uważam, że skoro mój organizm jest wytrenowany do pokonywania akcentu w danym tempie trenując do maratonu, nie ma sensu trenować wolniej tylko dlatego, że odcinek maratoński w triatlonie biega się dłużej. Pewną trudnością w moim treningu jest fakt, że często nie wiem gdzie będę trenował jutro. W ciągu roku spędzam ok 140 dni prowadząc szkolenia poza domem. Można sobie treningi zorganizować, ale ciężko jest je ze sobą porównać. Czasem się śmieję, że niedługo poznam wszystkie bieżnie i baseny w Polsce.

Czy jest jakiś element treningu, z którego z czasem zrezygnowałeś?

– Tak, siłownia. Powszechnie zalecana, zupełnie się w moim przypadku nie sprawdzała. Czułem się po niej kiepsko, bolały mnie stawy,  ścięgna, mięśnie. Być może to tylko moja wyobraźnia, ale wydawało mi się, że pracuję w ten sposób na jakąś ciężką kontuzję. Siłę trenuję głównie na podbiegach, w okolicach Olsztyna nie ma z tym większych trudności. Nawet  wtedy, ćwicząc siłę poprzez trening biegowy, unikam mocno przeciążających stawy elementów jak skipy i wieloskoki.

Zaobserwowałem, że wyniki wśród „age groupersów”1 osiągają ci, którzy są w stanie trenować bez kontuzji, nie zajeżdżają swoich organizmów. Staram się nie działać przeciwko sobie. Dużą uwagę przywiązuję natomiast do regeneracji. Latem, po akcentach kąpiel w zimnej wodzie z lodem, regularne masaże, rolowanie2.

Powiedziałeś kiedyś, że nie interesuje Cię awans na Mistrzostwa Świata na Hawajach z losowania lub przez zajęcie miejsca zawodnika, który zrezygnował. Wciąż myślisz tak samo?

– Tak, Kona to w końcu Mistrzostwa Świata. Żeby się tam dostać powinno się wykonać ciężką pracę i zająć miejsce wśród najlepszych. Jeżeli tego miejsca nie możesz wywalczyć, to oznacza, że jesteś za słaby żeby tam wystartować. Podchodzę do tego jak do realnych zawodów, nie spełnienia pewnego romantycznego marzenia ze sportową nutką. Hawaje to piękne miejsce, ale sposób dostania się tam jest ważnym elementem całości. (W Klagenfurcie w 2010 Marcin zajął 11. miejsce w kategorii wiekowej z czasem 9:15:43, o 14 minut lepszym od czasu ostatniego zawodnika w kategorii, który uzyskał kwalifikację – przyp. red.).

2011 rok zaczął się niezbyt dobrze, zejściem z trasy na maratonie w Krakowie.

– Sam jestem sobie winien. Powinienem uważać na siebie w ostatnim okresie przed zawodami. Postanowiłem jednak na dwa tygodnie przed startem pojechać ciężki, długi trening rowerowy przy kiepskiej pogodzie. Nieco przedłużyć rygorystyczną dietę przedstartową, a ostatnie długie, szybkie wybieganie zrobić w butach startowych. Przy obniżonej odporności organizm miał dość. Pierwsza połowa dystansu poszła według planu, później zaczęły się schody. Zszedłem z trasy. Szanuję ambicję, znacznie wyżej cenię jednak myślenie perspektywiczne. Sezon dopiero się zaczynał. Nawet gdyby to by były ostatnie zawody w roku nie kończyłbym ich za wszelką cenę. Lepiej sobie odpuścić, niż dorobić się kontuzji. Powrót do domu nie był zbyt przyjemny, wiedziałem jednak, że trening przynosi oczekiwane rezultaty. Trzeba tylko unikać pewnych błędów.

Susz, połówka Ironmana, 4:19…

– To było dla mnie samego spore zaskoczenie. Wynik okazał się lepszy niż się spodziewałem. Przygotowania do IM w Walii szły świetnie.

Tu następuje kolejny zwrot akcji…

– A właściwie kolejna nauczka. Do Walii jechałem po awans na Hawaje. Pęknięta szytka3, brak zapasu i koniec zawodów. Jednym z moich przekonań było, że jeżeli złapie się „gumę” to wymiana szytki zajmuje tak dużo czasu, że kwalifikacja znika za horyzontem. Nie ma więc sensu brać zapasowej. Dziś wiem, że to nieprawda. Wymiana rzeczywiście bywa czasem trudna, ale czasu było na to mnóstwo.

Koniec sezonu, maraton w Poznaniu – 2:38:33, zająłeś 17. miejsce.

– Życiówka nieco z przypadku. Pobiegłem z rozpędu, na pocieszenie po nieudanym starcie w Walii.  Co ciekawe, ten czas to efekt treningu triathlonowego, a nie specyficznych przygotowań maratońskich.

Twoje plany na przyszły rok to wiosenny maraton i IM we Frankfurcie. Pamiętając, że 2011 rok nie był bardzo obciążający (nieukończony maraton i IM), nasuwa się pytanie czy nie lepiej skupić się tylko na Frankfurcie i awansie na Hawaje?

– Patrzę na to inaczej. Pasjonuje mnie wynik, a nie robię się coraz młodszy. Mam wrażenie, że jestem już na pewnym plateau, chcę wykorzystać każdą szansę. Poprawa miejsca w kategorii jest możliwa jeszcze długo, o czasy wraz z wiekiem staje się coraz trudniej. Stąd podejście zarówno do maratonu jak i Ironmana. Jeśli chodzi o Konę mam marzenia związane z przyszłością, chciałbym zdobyć tytuł Mistrza Świata w kategorii M50. Na dziś, zakładając że we wrześniu mamy „połówkę” w Borównie i Hawaje w październiku, w Borównie wystartowałbym na pełnym gazie, próbując pobić życiówkę na tym dystansie. Żadnej taryfy ulgowej i odpuszczania. Inną sprawą jest fakt, że za bardzo lubię bieganie i maratony. Nie chcę rezygnować z tego, co sprawia mi radość.

140 dni poza domem, do tego trening… Jak znosi to rodzina?

– Trzeba się nauczyć zarządzania czasem. Nie jest dla mnie problemem wstać w niedzielę o 6, żeby zdążyć na śniadanie. W domu, moje dziewczyny bardzo mnie wspierają w realizacji sportowych pasji. W pracy także panuje sportowa atmosfera. Prezes ukończył maraton, a „House of Skills” wystawiał swoją sztafetę w warszawskim Ekidenie. Co ciekawe, mój startowy rower jest premią za wyniki w pracy. Pierwotnie był to wyjazd zagraniczny, ale szefowie pozytywnie rozpatrzyli moje podanie o zamianę na wymarzony sprzęt.

Tekst pochodzi z numeru styczeń-luty 2012, Ironman we Frankfurcie odbył się w lipcu ubiegłego roku. Marcinowi nie udało się złamać 9 godzin. Dotarł do mety z czasem 9:24:19.

1Age groupersi – Amatorzy ścigający się w kategoriach grupowych. Ciekawostką jest fakt, że po zaostrzeniu wymagań dotyczących kwalifikacji na Hawaje dla zawodowców, część z nich rejestruje się jako amatorzy licząc na łatwiejszy awans.
2Rolowanie – Automasaż z użyciem specjalnych rolek.
3Szytka- dętka połączona z oponą, przyklejana do koła specjalnym klejem lub taśmą.

Z Marcinem Koniecznym rozmawiał Maciej Żywek, „Marcin Konieczny: Uwielbiam trenować mocno i długo”, Bieganie, styczeń-luty 2012

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger