fbpx

Michał Stawicki o współpracy z Joanną Mazur: ” Trenujemy nawet 3 razy dziennie, 7 dni w tygodniu” [WYWIAD]

Michał Stawicki, Joanna Mazur

Niewidząca Joanna Mazur i jej przewodnik Michał Stawicki współpracują dopiero dwa lata, ale w tym czasie osiągnęli już sukcesy, na które wiele osób pracuje latami. W 2017 roku zdobyli aż trzy medale Mistrzostw Świata – złoto na 1500, srebro na 800 i brąz na 400 metrów. Nagrodą za ten dorobek w kategorii T11 (osoby niewidome lub słabowidzące) był tytuł najlepszego polskiego sportowca niepełnosprawnego roku. W rozmowie z Jarkiem Więcławskim przewodnik opowiedział o tym, jak współpraca z zawodniczką wygląda z jego punktu widzenia.

Minęły już dwa tygodnie od waszego pierwszego sukcesu w 2018 roku – zwycięstwa w plebiscycie na najlepszego niepełnosprawnego sportowca minionych 12 miesięcy. To musiało być dla was duże wydarzenie.

Tak, to było duże wydarzenie. Mogliśmy wziąć udział w balu, na którym pojawili się najlepsi sportowcy z naszego kraju. Możliwość uczestnictwa sportowców niepełnosprawnych w takim wydarzeniu to coś niesamowitego. To spełnienie marzeń trenerskich i zawodniczych.

Gala to też dobra okazja na pokazanie się szerszej publiczności, nie tylko kibicom, ale także sponsorom. Jak w waszym wypadku wygląda kwestia finansowania? Nie macie problemów z przyciągnięciem sponsorów?

Oprócz zaszczytu i uhonorowania rocznego trudu treningowego, to rzeczywiście także możliwość pokazania się. Jeśli chodzi o sport osób niepełnosprawnych, tak naprawdę nie mamy możliwości pokazania się szerszemu gronu. Nie chodzi tylko o lekkoatletykę, ale też o pływanie, parakolarstwo lub inne dyscypliny – to sporty, które nie są pokazywane w telewizji czy relacjonowane w prasie. Pojawiają się tylko zdawkowe informacje. Brakuje szerszego programu stworzonego np. przez Ministerstwo Sportu, związki osób niepełnosprawnych czy wzięcia pod patronat lekkoatletów przez Polski Związek Lekkiej Atletyki, abyśmy mogli być szerzej promowani. Bez tego nie będzie sponsorów. Wiadomo, że przyciąga ich medialność, występowanie w telewizji czy prasie. Borykamy się z tym problemem. To taka „czarna plamka” na naszym sporcie.

Aktywnie działacie na Facebooku. Po sukcesach zauważyliście wzrost zainteresowania ze strony fanów?

Były dwie fale. Pierwsza po Londynie, po mistrzostwach świata. Druga była teraz, po sukcesie w plebiscycie. Zauważyliśmy wzrosty we wszystkim, w polubieniach, komentarzach itd. Niewątpliwie to coś bardzo miłego.

Nagroda dla waszej dwójki to też pewien symbol – dostaliście ją wspólnie, bo na bieżni musicie być jednością. Nie od razu chyba jednak wszystko wyglądało tak dobrze. Jak rozpoczęła się wasza współpraca?

To był ten plus, że postanowiliśmy wykonać jakieś ruchy w postaci poświęceń, jeżeli chodzi o nasze dotychczasowe życie. Zanim się poznaliśmy, każdy z nas miał swoje życie zawodowe. Zajmowaliśmy się czymś innym. Od początku współpracy to dobrze funkcjonowało, czuliśmy, że to się zazębia. Nie mieliśmy też za dużo czasu, aby to wszystko poukładać. Mieliśmy 4-5 miesięcy do igrzysk paraolimpijskich w Rio. Samo zrobienie kwalifikacji było olbrzymim sukcesem. Czegoś nam brakowało, jako trener odczuwałem pewien niedosyt. Aby w pełni ocenić nasz start, musielibyśmy przepracować jeden z mniejszych makrocyklów – roczny. Trudno po trzech miesiącach powiedzieć czy nasz wynik był sukcesem. Po starcie postawiliśmy na kolejny rok wyrzeczeń, w stosunku do samych siebie czy naszych rodzin i ocenę czy stać nas na coś więcej niż siódme miejsce na świecie. Po wynikach widać, że warto było spróbować. Następnym celem jest zrobienie kwalifikacji na igrzyska paraolimpijskie w Tokio.

Poświęcenie się bieganiu wymagało wielu wyrzeczeń?

Tak. Chodzi tu zarówno o poświęcenie życia zawodowego, jakie mieliśmy przed poznaniem się, także kwestie rodzinne, ale również finanse. Nie ukrywam, że moim warunkiem treningu z Asią, było podjęcie pracy na poziomie profesjonalnym. Trenujemy trzy razy dziennie siedem dni w tygodniu w najmocniejszym okresie. Nie da się tego robić bez pewnych nakładów finansowych. To problem, który wciąż gdzieś się u nas pojawia.

Wcześniej sam zajmował się Pan lekkoatletyką i triathlonem. Dużo czasu zajęło podjęcie decyzji, że chce Pan w pełni zaangażować się we współpracę z Joanną?

Nie zajęło mi to dużo czasu. Ludzie ze świata sportu robią to, ponieważ dostarcza im to pewnej adrenaliny. Tacy są lekkoatleci, a także triathloniści. Może nawet bardziej są „wariatami”, w pozytywnym znaczeniu. Trzeba połączyć trzy dyscypliny, trening wymaga ogromnego poświęcenia i wielu wyrzeczeń. To najczęściej też amatorzy, ponieważ poziom w Polsce nie jest za wysoki. Nie mamy zawodników w czołowych klasyfikacjach międzynarodowych. Jest tylko Agnieszka Jerzyk, która była na IO w Rio. Jestem „szaleńcem” pod względem wyznaczania sobie celów. Teraz wyznaczamy je wspólnie z Asią, przełamujemy granice. Na początku, gdy mówimy o nich na zewnątrz, wydają się słuchającym pewnym wariactwem, czymś niemożliwym, do czasu aż tego nie zrealizujemy. Efekt jest taki jak po MŚ – zaskoczenie.

Nie było pewnych obaw, że w tym duecie będzie Pan niejako na drugim planie?

Już to kiedyś powiedziałem w jednym wywiadzie radiowym. Moim ukrytym marzeniem było zostanie Świętym Mikołajem, który przychodzi, obdarowuje, sprawia radość innej osobie i spełnia marzenia. Poniekąd jest to taka rola. Takich osób jest więcej, nie mówię tylko o sobie. Niektórzy wolą dawać niż brać. To sprawia wiele przyjemności. Jestem dumny z tego, że mogę to robić.

Miał Pan wcześniej kontakt ze sportowcami niepełnosprawnymi?

Przed Asią pięć lat współpracowałem z trenerem koordynatorem w kadrze paraolimpijskiej. Jeździłem na zgrupowania jako trener. Gdybym jej nie poznał, zapewne nadal wykonywałbym tę pracę, choć to nieco inna rola niż rola przewodnika.

Jak dużo czasu poświęca Pan tej współpracy? Jest czas na to, aby wystartować w zawodach, lekkoatletycznych lub triathlonowych?

Wiele osób mnie pytało, także wśród paraolimpijczyków, o indywidualne starty. Gdy startuje sam, udowadniam coś samemu sobie. Nasza praca na tym nie polega. My jesteśmy teamem, tak jak wioślarze, którzy pływają w dwójce. Osoba szlakowa, która pierwsza siedzi w łódce, wyznacza tempo pływania, może być piąta na świecie, druga może być dwunasta, ale gdy siadają wspólnie, mogą być podwójnymi mistrzami olimpijskimi, jak Sycz i Kucharski. O to w tym chodzi. Jako jednostka nie musimy być pierwsi, ale we dwójkę dążymy do tego, aby być najlepszymi na świecie. Nasza współpracę można też porównać do jazdy figurowej na lodzie, gdzie też potrzeba odpowiedniej pracy dwóch osób.

Jak wyglądały wasze pierwsze treningi? Na co zwracaliście uwagę?

Moja rola jest taka, żeby nie przeszkadzać Asi. Ona musi biec swoim rytmem, a ja muszę się do niej dostosować. Często padają pytania czy mogę ją za sobą pociągnąć, aby jej pomóc. Nawet amatorzy biegania wiedzą, że to automatycznie zaburza rytm biegu, co jest większą przeszkodą. Zaczęliśmy od tego, aby było to najbardziej symetryczne i aby sobie nie przeszkadzać. Właściwie nawet nad tym nie pracowaliśmy – to samo się zazębiło. Trudno było mi to ocenić. Byliśmy związani opaską. Nie przeszkadzało to mi. Asia również poczuła się inaczej niż podczas wcześniejszych prób z kolegami czy koleżankami, nie stanowiło to dla niej problemu. Od tego się zaczęło. Nie było zachwiań i zaburzeń rytmu. To ze strony Asi padło pytanie o to, czy spróbujemy pobiegać razem. Ona poczuła synergię dwóch osób.

Naszą pracę mamy podzielone na pewne działy. Każdy z nich dopracowujemy do perfekcji. Wciąż o żadnym z nich nie możemy powiedzieć, że jest idealny, pewnie nigdy nie będzie. Jest wiele elementów, nad którymi trzeba popracować.

Szybko po rozpoczęciu współpracy zaczęliście osiągać sukcesy. Po pierwszych treningach dostrzegał Pan tak duży potencjał w Joannie?

Dostrzegałem potencjał fizyczny, ale jako trener zawsze szukam u zawodnika też cech wolicjonalnych, pewnego podejścia do treningu, zaangażowania. Asia jest typem biegaczki, którą muszę bardziej hamować niż napędzać. Zawsze życzę takich zawodników innym trenerom. Gorzej, gdy trafimy na człowieka z talentem, ale musimy za nim chodzić, namawiać go czy prosić, aby coś zrobił odpowiednio. Wolę zawodnika z „mniejszym” talentem niż z „wielkim”, ale małymi chęciami. U Asi zaangażowanie w trening, poświęcenie się wysiłkowi jest na najwyższym poziomie.

W tym wypadku dochodzi też kwestia niepełnosprawności. Nie chodzi mi tylko o Asię, ale też o innych zawodników. My, pełnosprawni, mamy chwilę słabości, a nie mam żadnych zdrowotnych barier. Jak bardzo oni muszą być wewnętrznie silnymi osobami, aby podejmować taki wysiłek? To jest dla mnie niesamowite. Mimo niepełnosprawności, chęć do osiągania sukcesów, stawania się lepszym, jest na niewyobrażalnym poziomie.

Zaczynaliście od krótszych dystansów, ale największy sukces osiągnęliście na 1500 metrów. Kto wpadł na pomysł, aby spróbować sił na dłuższym dystansie?

To był mój szaleńczy pomysł. Oceniłem tak potencjał fizyczny Asi. Uznałem, że na tym dystansie i na 800 metrów mogłaby odnosić sukcesy. Tak ją scharakteryzowałem, porozmawialiśmy o tym po Rio, a potem ułożyłem plan. Asia wyraziła zgodę na podjęcie takiego wysiłku.

Jesteś trenerem i przewodnikiem. Za co dokładnie odpowiadasz w waszym duecie? Jak ty opisałbyś rolę, jaką w nim pełnisz?

Każdy z nas ma swoje zadania. Do mnie głównie należy zabezpieczenie wszystkich kwestii związanych z treningiem, od diety, przez obciążenia treningowe, kończąc na regeneracji i odnowie organizmu. Staram się Asię odciążać od pewnych rzeczy związanych z treningiem. Jej zadaniem jest wyjść przygotowaną, wypoczętą i zregenerowaną na trening. Nie ma zajmować się niczym dotyczącym organizacji, to należy do mnie. Nadal pracujemy nad tym, aby to ulepszać. Na tym polega w sporcie specjalizacja. Zawodnik ma być odciążony od wszystkiego, co dookoła treningu.

Czego jako trener/przewodnik oczekuj Pan od zawodniczki?

Stuprocentowego, a nawet dwustuprocentowego zaangażowania w to co robimy. Zawsze na początku zgrupowań, zawodów czy okresu przygotowawczego lub jego etapów, określamy cele. Są to też cele pośrednie. Zawodnik zawsze jest poinformowano, do czego dążymy. Po drodze kontrolujemy realizację celów pośrednich w dążeniu do osiągnięcia celu głównego. Do tego potrzebne jest zaangażowanie i wiara, w to co robimy. Jeśli zawodnik zwątpi, to wszystko co robi nie ma sensu.

Co jest Pana zdaniem największym atutem Joanny?

Wewnętrzna siła. Już wcześniej, o tym wspomniałem. To niesamowite u osób niepełnosprawnych, że mimo tych niepełnosprawności, są w stanie zmuszać swoje ciało do przekraczania granic. Nie tylko fizycznych, bo także psychika ma ogromne znaczenie. Dążymy do przesuwania barier.

Myśli Pan, że mógłby podobną relację przełożyć na starty z innymi osobami?

Obserwuję wśród kadry osób niepełnosprawnych, że jest olbrzymia chęć ich treningu, rywalizacji z osobami pełnosprawnymi, ale po drugiej stronie czegoś takiego nie ma. Jeżeli zawodnik pełnosprawny przegrywa z zawodnikami niepełnosprawnymi, co się zdarza (przykładem mogą być Maciej Lepiato – skok wzwyż czy Michał Derus – sprint) , to widzę u nich niedosyt, a nawet zdenerwowanie. U niepełnosprawnych to z kolei powód do dumy. Powinniśmy pójść dalej. Osoby pełnosprawne powinny móc potrenować z osobami niepełnosprawnymi, aby zobaczyć, z czym one borykają się w codziennym treningu i ile jest przeszkód, aby wykonać najdrobniejsze ćwiczenie. Wtedy mogliby docenić, to co robią te osoby i to dałoby też „+100” do własnej motywacji.

Co jest dla Pana największym atutem współpracy z Joanną?

Dzięki Asi realizuję się jako trener. Spełniam swoje marzenia i mogę realizować swoją pasję na najwyższym poziomie.

Jedno przemyślenie nt. „Michał Stawicki o współpracy z Joanną Mazur: ” Trenujemy nawet 3 razy dziennie, 7 dni w tygodniu” [WYWIAD]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger