fbpx

Norseman 2014 – relacja debiutanta

Autor: Piotr • 26.08.2014

Norseman Xtreme Triathlon (3.8 km/180 km/42 km) – te norweskie zawody plasują się – w zależności od publikacji – na drugim lub trzecim miejscu w TOP10 najtrudniejszych triathlonów na świecie. Do dziś ukończyło go zaledwie pięcioro Polaków. Zmagania rozpoczynają się skokiem z promu w zimne wody drugiego co do wielkości fiordu na swiecie. A potem jest tylko trudniej.

Image00187a

Fot. Radosław Olszewicz

Trasa rowerowa to ciągłe podjazdy i karkołomne zjazdy z sumą przewyższeń wynoszącą 3500m. Urozmaiceniem są piękne widoki oraz zmienna pogoda – wiatr, deszcz, mgła i słońce to obowiązkowe elementy tych zawodów. Trasa biegowa zaczyna się płasko, aż do 25. kilometra, na którym rozpoczyna się ciągły, 7-kilometrowy podbieg od wysokości 230m n.p.m aż do 1883 m n.p.m. Krytycznym punktem zawodów jest 32. kilometr biegu. W tym miejscu ustawiony jest decydujący punkt kontrolny. Na szczyt Gaustatoppen wpuszczanych jest tylko pierwszych 160 zawodników, którzy zmieścili się w czasie 14,5h. Pozostali, którzy nie zmieszczą w limitach, zostają skierowani na bardziej płaskie 10 km, gdzie dokańczają dystans i dostają białą koszulkę finishera. Zawodnicy którzy zostają wpuszczeni na Gaustatoppen i ukończą bieg na szczycie dostają koszulkę w kolorze czarnym. Nie ma żadnych medali, żadnych nagród, tylko te koszulki, które dla nas, startujących, mają wielką wartość…

Od biegania po płaskim boli mnie biodro

Gdy zapisywałem się na Norsemana wierzyłem w swoje szczęście. Wiedziałem że jak okaże się, że mam za mało czasu na przygotowanie, to na pewno mnie wylosują..! Miałem go za mało, to pewne. Miesiąc wcześniej kupiłem bilet do swojej wymarzonej dżungli amazońskiej, i – jak zawsze – był to bilet w jedna stronę, bez daty powrotu. Nie było mowy o rezygnacji z żadnej z tych imprez, obie były spełnieniem marzeń, ale kłóciły się ze sobą (tj. Norseman z dżunglą, bo dżungla nic do Norsemana nie miała). Zapisy ruszyły, a chętnych było dużo, jak co roku około 10 osób na miejsce. Po 2 tygodniach oczekiwania, dokładnie 11. listopada  dostałem e-mail:

Dear Piotr,
Welcome to Isklar Norseman – simply the ultimate triathlon on planet Earth We are happy to confirm that we have reserved a place for you in Isklar Norseman Xtreme Triathlon 2014, which takes place Saturday August 2nd 2014.

Ups! Stało się. Pierwszy triathlon na dystansie Ironman i to w dodatku ekstremalny. Będzie boleć?

Rodzina, znajomi – dopiero teraz do nich dotarło. – Może byś spróbował najpierw „zwykłego” Ironmana? – podpowiadali.

– Od biegania po płaskim boli mnie biodro – odpowiadałem. To była prawda! Przez biodro musiałem zrezygnować z maratonu i kilku miesięcy treningów,  jednak odkryłem, że gdy biegam po górkach, nic nie boli…

Objętość, nie intensywność – przestańcie tak zasuwać, bo będę musiał sam trenować!

Zaczęły się treningi. Zmiana koncepcji, ustawianie sparingpartnerów na długie, monotonne treningi. Nie wszystko się udało – trudno utrzymać siebie i kolegów w ryzach i nie przycisnąć, bo długie wyjeźdżenia to nuda. Potem dwa miesiące przerwy, dużo chodzenia, treningi pływania w amazońskich rzekach, biegi z plecakiem, ucieczki przed dzikimi pszczołami, nocne polowania, dużo wiosłowania, urojona larwa w ciele. No i po formie…

Kwiecień – zaczynamy od nowa. Teraz już na poważnie, ale… długie wyjeżdżenia – niewystarczająco długie. Długie wybiegania – zabrakło tych dwóch miesięcy – nie zdążyłem. Pływanie – plan wypełniony w 100%- reżim trenerki i treningi 5 razy w tygodniu – tego potrzebowałem, to dostałem.

Nie powinieneś już schodzić z objętości? – a kiedy na nią wszedłem?

Pierwszy i ostatni sprawdzian: zawody pływackie we Frankfurcie nad Odrą na 4km (6. miejsce z czasem 29 minut – z prądem Odry), powrót do Szczecina 190km rowerem, 5km biegu. Będzie dobrze. Aż tu.. znowu dwa tygodnie przerwy. Tym razem praca- tricarbon.pl otwiera się stacjonarnie. Kto wpadł na ten wspaniały pomysł, aby robić to miesiąc przed zawodami? Ja?! Gratulacje!

Jeszcze Triathlon Sława na rozgrzewkę i już się pakujemy.

Kierowca Support – Brat, Fotograf Support– Kolega, Główny Support – Partnerka, Zawodnik  Gwiazda – Ja, a dalej: rower, kask, pompka, światełka, trzy pary butów, pianka, okularki, czepek, masa ciuchów – zimowe i letnie, jedzenie: 20 bułek z karkówką, makaron i makaron.. do tego kupa mniej lub bardziej przydatnych rzeczy. Słowem: całe kombi plus trumna na dachu (dla mnie na powrót?!).

Jedziemy! Prom, autostrada, tunele, autostrada, drogi krajowe i drugorzędne, tunele, jeziora, góry, …kurde, góry? Zrobiło mi się ciepło – takich podjazdów się nie spodziewałem. W drodze na start przejechaliśmy całą trasę Norsemana. Krajobrazy zapierały dech w piersiach całemu Supportowi; co chwila jęczeli z zachwytu i robili zdjęcia zza szyby samochodu. Piękne krajobrazy rodem z Władcy Pierścienia, wręcz nierealne. -Przesadzili! Te chmurki to chyba sobie sami produkują! To niemożliwe, żeby istniało tak bajkowe miejsce – powiedział Główny Support  w miejscu startu. Ale moje myśli były już gdzie indziej.

Image00593

Fot. Radosław Olszewicz

Sobotnia noc, 2:30 – pobudka. Kawa, makaron, iii… samochód nie odpala, akumulator padł! Ale spokojnie… Support wszystkim się zajmie.

3:00. Idę do T1, rozkładam rzeczy.. Będzie padać i wszystko mi zmoczy, czy nie? Niee. Wkładam piankę, czekam na Support przed wejściem na prom. Robią mi zdjęcie, wchodzę.

Wnętrze promu, pokład samochodowy, masa ludzka powleczona gumą. Jedni siedzą, kucają, inni nerwowo przechadzają się po pokładzie.. Cisza. Powoli zaczynam się rozgrzewać, prom odbija od brzegu i odpływamy na miejsce startu. Cholera…poziom moczu rośnie wraz z poziomem stresu, a pianka idealnie dopięta, siknąć w piankę? Niee, jak poleci nogawką to pomyślą że się boję. Toaleta, zdejmowanie i zakładanie pianki. Rozgrzewka. Wystarczy. Stanęliśmy, uniosły się szczęki promu, zawodnicy powoli podchodzą do krawędzi i jeden po drugim znikają w ciemności, nikt nikogo nie popędza, nikt nikomu nic nie mówi, sami wiemy że już czas, więc idę…Stanąłem na krawędzi, nie jest wysoko, ale czarno w dole; skaczę… Brrr! Lodowata woda wlewa mi się do pianki, poprawiam okularki i odpływam od promu na wyznaczoną przez łodzie i kajaki linię startu. Dźwięk syreny, chwila wahania, ruszyli, ruszyłem, zaczęło się!

Płynę spokojnie, co chwila czepiam się kogoś, wożę się, płynę za nim, odpoczywam, wyprzedzam.. W oddali tylko pulsujące światełko bojki nawrotowej. Zrobiło się jasno; podziwiam krajobrazy, zaciskam pięści z zimna gdy ręka jest nad wodą. Przyśpieszam nieznacznie, mijam kolejnych pływaków. Widzę już bojkę, więc czas “dorzucić” – zaczynam mocniej kopać, Aaa!…błąd,  po czterech kopnięciach złapał mnie skurcz w obie łydki. Kładę się na plecach i rozciągam.. Puściło, rura! – ale już bez nóg. Ciągnę je za sobą i zastanawiam się, co będzie na rowerze. Na treningach się to nie zdarzało, może to przez 16-stopniowa wodę? Jest bojka, nawrót  o 90 stopni i prosto do wyjścia. Czuję kamienie, staję na nogi, znowu kurcze – dodatkowo w dwugłowym. Cholera, zamiast epicko wybiec z wody, wracam na głębszą, kładę się i naciągam mięśnie. Wychodzę, truchtam do strefy, przejmuje mnie Główny Support. Support Fotograf krzyczy, że jestem dziewięćdziesiąty, jest dobrze. Czas: 1h12min, podobno odpływ był przeciwko nam. Jestem zadowolony. Spokojnie się ubieram, nie śpieszę się, bo co mnie zbawi parę minut? Mam cały dzień przed sobą. Ważne żeby nie popełnić błędu i dokładnie się ubrać. Jem makaron. Dookoła mnie jak w ulu – wszyscy biegają, pośpiech, nerwy. W T1 zasiedziałem się 10 minut. Luzik – ile osób mogło mnie wyprzedzić? 20-30? Mam zapas.

Wychodzę ze strefy, zakładam spokojnie rękawiczki, luzik… ile mnie mogło wyprzedzić – jeszcze z 10 osób? Mam zapas. Wsiadam i zaczynam pedałować, powoli się rozkręcam, wyprzedzają mnie kolejne osoby, podkręcam – ale delikatnie, bo wiem że zaraz będzie 35-kilometrowy podjazd bez kawałka płaskiego. Jeśli tu przesadzę, to po zawodach. Na podjeździe przestali mnie wyprzedzać. Na górze czeka ekipa. Przebieram się,  jem, sikam.. Wszystko spokojnie – mam czas. Ruszam i jadę. Jest w miarę płasko, to płaskowyż, ale za to wieje. Na podjeździe się zagrzałem, ale teraz znowu jest zimno. Wyprzedza mnie Support i krzyczy z okna – Jesteś 180. O w mordę, nie wierzę! Kiedy wyprzedziło mnie 90 osób?! Podkręcam, jadę szybko – za szybko jak na moje możliwości. Wyprzedzam jednego po drugim, nie oszczędzam się. To było naprawdę szybkie 60 km. Wyprzedziłem około 30 osób, jestem z siebie zadowolony. Dojeżdżamy do pomiaru czasu na półmetku rowerowym. Pytam swoich: który jestem? Cisza… – Nie ma jeszcze update, kłamią. Naradzają się, co mi powiedzieć. Po chwili krzyczą- Jesteś 182. Jak to? Czemu? No co jest? Okazało się, że 180. byłem na górce przed jedzeniem, tam zmarnowałem 8 minut i w tym czasie śmignęło mi 30 osób. Trudno; podkręcam, kolejne góry podjeżdżam na stojaka, na zjazdach pędzę na łeb na szyję, wyprzedzam kolejne osoby, następne i następne, to maks co mogę z siebie wycisnąć. 40 km do T2, zaczęło padać; najpierw kropić, potem lać grubymi kroplami. Lało tak przez godzinę – akurat na podjazd i ostatni zjazd. Spadła temperatura, góry spowiła mgła, a ja gnam – jeszcze jednego, jeszcze jednego, jeszcze jednego.. Na zjeździe nie wytrzymuję, wyprzedzam na dohamowaniu przed zakrętem jednocześnie busa i dwa kampery, które wlokły się 60km/h. Późne hamowanie, aż wypiąłem jedną nogę ze strachu – uff, zmieściłem się, dobrze że nic nie wyjechało zza zakrętu, bo musiałbym się mieścić na trzeciego. Chociaż tyle dobrego, że zrobiło mi się ciepło ze strachu. Pędzę dalej, cały czas zjazd, mgła i deszcz, okulary mokre, słaba nawierzchnia, nic nie widać. Wyprzedzam kolejne osoby.

Do T2 dojeżdżam na miejscu 167.Trzęsę się z zimna, nie kontaktuję, support odbiera rower i mówi że moje rzeczy są na środku. Nie kontaktuję i nie zauważam nawet, że stoję koło mojej zmiany. Przebierają mnie, poją gorącą herbatą, a ja ledwo mogę utrzymać kubek. Wiem tylko że muszę biec i to szybko, żeby załapać się w 160-tce na 32. km biegu. Pytam ilu mnie wyprzedziło w T2. Support zajęty mną nie wie. Staram się wybiec ze strefy, ale nie mogę, bo jedyne na co mnie stać to bezładne poruszanie nogami jak drewnianymi szczudłami. To nie jest bieg, to nawet nie jest chód; to kuśtykanie starca. Wiem, że mi przejdzie; kilometr, może dwa i się rozruszam. Jednak na trzecim jeszcze trzyma, więc tracę pozycję za pozycją. Na czwartym kilometrze zaczynam się poddawać myśli, że nie dam rady. Trudno, nieważne miejsce, byle ukończyć.. Gdy już zaczynam biec, dogania mnie support drugiej polskiej ekipy. Mówię im, że już się nie śpieszę, że poczekam na Michała. Popukali się w głowę: – Biegnij, od 25. kilometra jest Zombie Hill, tam nikt już nie biegnie, masy umarłych maszerują pod górę. Jak jesteś dobry na podbiegach, to ich wszystkich ćwikniesz. Myślę sobie: przecież jestem dobry na podbiegach! Uwielbiam podbiegi! Dzięki! No to biegnę. Dogania mnie Michał, który ma ten sam plan. Narzuca ostre tempo, biegniemy coraz szybciej i szybciej. Znowu wierzę, że mi się uda. I support się ożywił, zagrzewają nas do biegu, spełniają wszystkie zachcianki. A my lecimy, i znowu wyprzedzamy, nadrabiamy straty. Jeden, drugi, piąty, ósmy, ilu jeszcze? Według mnie dwunastu. Damy radę. Kolejne dwie osoby, i jeszcze jedna. Nie sądziłem, że potrafię tak szybko biec, po tym co wyczyniałem na rowerze. Ha! A zabawa dopiero się zaczyna, bo do tej pory było płasko.

Mamo, Mamo, widziałem zombie! Za dużo głupich filmów

Nareszcie jest 25. kilometr. Pomiar czasu i liczby zawodników. Którzy jesteśmy? 180. Znowu?! Nieee! Zostało 7 km do kolejnego pomiaru czasu, na którym odetną wszystkich powyżej 160-tej pozycji i każą im dokończyć dystans po płaskim A my chcemy skończyć na szczycie! Chwila spaceru, ale króciutka, Michał maszeruje szybkim tempem, ja postanawiam biec. Biegnę 300m, 500, pali, pali coraz mocniej. Wyprzedzam go i krzyczę: – Rusz tyłek, to nie spacer! Śmiejemy się. Po kilometrze mnie odcina, jednak przesadziłem. Przechodzę w marsz, “chwilkę odpocznę i pobiegnę dalej”, po chwili spacer, a już za chwilę wlekę noga za nogą.. To nachylenie i ciągły, jednostajny podbieg mnie zabiły, jestem zombie. Szybkim marszem wyprzedza mnie Michał, potem kolejne osoby i kolejne. Na nic krzyki i prośby, szantaże, groźby i obietnice Głównego Supportu, wciąż jestem zombie. Walczę o każdy krok, zamykam oczy, chętnie bym się zdrzemnął, ale idę, i nie przestanę aż do mety! Filmy o umarłych to fikcja, umarli nie biegają. Czas stanął w miejscu, wyprzedzają mnie kolejni umarli; wyprzedza mnie młody chłopak, którego ciągną za ręce dwie bliźniaczki w czerwonych koszulkach – nie wierzę, to prawda czy majak? Chłopak wygląda jak nieprzytomny, może powinni go zdjąć z trasy? Mijam mężczyznę koło pięćdziesiątki, siedzi na trawie i patrzy niewidzącym wzrokiem, szczęka mu zwisa luźno, jakoś tak nierealnie. Jego Support mówi do niego po francusku, facet nie reaguje. Pozbierali go, ciągną go za ręce, wyprzedzili mnie jak żółw żółwia i zniknęli za zakrętem. Pozazdrościłem.. usiadłem na mchu, mokrym, cudownym.. Support krzyczy. Robi raban jak tylko kobiety potrafią, dźwięki przenikają mój mózg i rozsadzają od środka. Wolę ból nóg, więc wstaję. Prę naprzód, widzę pomiar czasu na 32 km. Zombie Hill, te 7 km to było piekło. Wyjście z piekła zajęło mi 2h. 7km w 2h! Kobiety z wózkami w parku spacerują szybciej, a starsze panie z balkonikami żwawiej przechodzą przez pasy.

32 km. Chwila odpoczynku przy punkcie żywieniowym i czas ruszać dalej. Trochę biegnę, trochę idę. Ostatnie 10km w kolejne 2h – już nie było tak ciężko. Według organizatora było płasko, cóż – było względnie płasko; raz w dół, raz w górę ale suma była blisko ”płasko”. Kończę z czasem 16 godzin 10 minut. Na mecie przytula mnie kobieta ze słowami: Congratulations, you are a Norseman! A ja czuję niedosyt, czuję że przegrałem. Na dekoracji zazdroszczę wszystkim w czarnych koszulkach. Za rok też będę taką miał!

Image00043

Fot. Radosław Olszewicz

Na koniec chciałbym podziękować mojej rodzinie za wyrozumiałość, gdy długie godziny spędzałem na treningach, i za wszelkie niedyspozycje i częste zmęczenie, które z pokorą znosili; mojemu zespołowi, bez którego nie osiągnąłbym mety oraz przyjaciołom i bliskim, którzy wierzyli we mnie, często bardziej niż ja sam, oraz w to, że osiągnę założony cel. Wasza wiara we mnie i moja chęć aby Was nie zawieść była bardzo pomocna w trudnych chwilach. Dziękuję również zespołowi sklepu Tricarbon.pl, bez którego wsparcia ten wyjazd byłby niemożliwy. Raz jeszcze wszystkim – dziękuję!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger