fbpx

Pavarotti w Kołobrzegu, czyli kilka słów o tym, jak Bolt pobiegł na Narodowym

Memoriał Kamili Skolimowskiej 2014 fot. Marek Biczyk

Fot. Marek Biczyk

Było tak, jakby ktoś zaprosił Luciano Pavarottiego na Festiwal Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu, naprędce dobrał mu orkiestrę złożoną z muzyków nadmorskich filharmonii (bez obrazy) i kazał śpiewać w muszli koncertowej. No, muszla była co prawda z wypasem i zamykanym dachem, ale akustyka słaba. Za to najciekawsze było to, że jeden z uczestników festiwalu pokazał, że też potrafi pociągnąć górne C tak, że w narodzie serce zamiera. I skradł show soliście, a Pavarotti musiał poczekać, aż wybrzmi ostatni akord  wojskowej melodii.

Tak w dużym skrócie można podsumować to, co się działo w sobotę na Stadionie Narodowym. Na temat tego, dlaczego stadion budowany ze środków publicznych i nazywany narodowym w założeniu służy tylko jednej dyscyplinie sportu, a nie ma na nim miejsca dla sportowej królowej, lekkiej atletyki, napisano już tysiące słów. I na etapie projektu, i na etapie budowy – i po jej zakończeniu, kiedy okazało się, że piłkarze na Narodowym też jakoś specjalnie nie lubią grać. Dzisiaj można sobie pogdybać, Narodowy jest jaki jest, jak amfiteatr, w którym zabrakło miejsca dla orkiestry. I na dodatek akustykę ma specyficzną.

O czym biegacze doskonale wiedzą, bo od dwóch lat na płycie Stadionu Narodowego znajduje się przecież meta Maratonu Warszawskiego. Ale maratończycy to ci lekkoatleci, którzy bieżni nie potrzebują. W przeciwieństwie do wielu innych.

Dlatego informacja o tym, że właśnie na tymże Narodowym odbędzie główna lekkoatletyczna impreza roku na otwartym stadionie wprawiło większość kibiców w lekką konsternację. No, bo niby gdzie Usain Bolt pobiegnie te 100 metrów? Po czym? Wątpliwości wyjaśniły się szybko. Na Narodowym miała się pojawić bieżnia. Prawdziwa. Skoro można było ułożyć pełnowymiarową halową bieżnię w Sopocie, to na Narodowym też się da. Tylko 150 metrów, ale dla Bolta wystarczy. Do tego rzuty, skoki, więcej nie trzeba…

Cóż, w ubiegłym roku na Memoriale Kamili Skolimowskiej gościli najlepsi ośmiusetmetrowcy, ze świeżo upieczonym mistrzem świata włącznie, ale do dyspozycji mieli jedyny w Warszawie nadający się do użytku stadion lekkoatletyczny – stadion Orła. Na Narodowy nikt się z lekka atletyką nie pchał. Jednak nazwisko rekordzisty świata i sześciokrotnego mistrza olimpijskiego zrobiło swoje. Na Pavarottiego też bilety kupowali ludzie, którzy normalnie operę omijali szerokim łukiem. Ale tu – wypadało się pokazać.

A, właśnie. Bilety. Sprzedaż ruszyła trzy miesiące przed imprezą. Ceny były narodowe, koncertowe, kategoria premium. Ale chyba nie schodziły, bo im bliżej imprezy, tym bilety były coraz tańsze. A mimo to trafiły do… koników. Normalnie łezka sentymentu zakręciła mi się w oku, kiedy w przejściu podziemnym przyuważyłam tabliczką „Dwa bilety premium sprzedam”, a dalej na schodach – inną, o chęci zakupu biletów. Właśnie dobijano targu. Dwie sztuki za 40 zł…

Dzięki temu stadion był pełen… To znaczy, w kluczowych sektorach, zwłaszcza tych przy starcie i mecie bieżni,  było dość tłoczno. No i przy rzutni też kibiców nie brakowało.  Spiker przez pół imprezy opowiadał o 20 tysiącach widzów, ale tyle to chyba przychodziło na Stadion X-lecia w czasach Wunderteamu. Niemniej jednak Bolt, jak Pavarotti, przyciągnął tłumy.

I pewnie pozostałby jedyną gwiazdą imprezy, gdyby nie fakt, że to był Memoriał Kamili Skolimowskiej. A skoro wspominamy kobietę, która rzucała młotem – więc rzutów nie mogło zabraknąć. Chociaż zostały nieco zepchnięte na ubocze. Zamiast sześciorga zawodników w konkurencjach rzutowych było po troje-czworo. Konkursy połączono zatem – dyskiem i młotem panowie rzucali razem z paniami. I mogliby sobie tak rzucać, ile wlezie, bo i tak wszyscy czekali na Pavarottiego, czyli na Bolta. A on miał wystąpić na finał.

I wtedy Paweł Fajdek rzucił. Daleko, bardzo daleko. Rekord memoriału. A chwilę później – rzucił jeszcze dalej. 83:48. Nowy rekord Polski. Widownia oszalała. A Fajdek się rozkręcił – i rzucał. Nie dalej. Ale daleko. Sześć rzutów powyżej 80 metrów. To było widowisko. A wojskowy śpiewak z pięknym głosem skradł show gwieździe.

Memoriał Kamili Skolimowskiej 2014 fot. Marek Biczyk 01

Usain Bolt Gratuluje Pawłowi Fajdkowi. Fot. Marek Biczyk

Bolt-Pavarotti stał i czekał. Bo 100 metrów miało być zwieńczeniem wieczoru.  Ale najpierw młot musiał wylatać swoje. Latał. Przez chwilę pożałowałam, że kiedy byłam piękna i młoda, kobiety  nie rzucały młotem. A te, które w ogóle czymś rzucały, wyglądały jakoś tak… mało kobieco. Nie to, co dzisiaj.

W końcu jednak przyszła pora na Bolta. Stanęli w blokach. On. Najlepszy z Polaków. I jeszcze kilku innych o nazwiskach średnio znanych nawet kibicom. Ruszyli. Na drugim torze wyrwał drugi z Jamajczyków. Ale po 40 metrach już było jak zawsze. Pavarotti i chórek. Bolt – daleko przed innymi. Drobił przed materacem, o który musiał się odbić. To dziwne coś z trawy między bieżnią i płytą znowu się pozwijało, dobrze, że nikt nie wybił zębów…

A potem wyświetlił się wynik. 9.98 sekundy. Najlepszy czas… Bolta w tym sezonie. Rekord… halowy Bolta, bo on w hali nie biega. Halowy rekord świata – piali spikerzy. Halowy? To co robił wiatromierz przy bieżni? Kolce też były stadionowe. To może pozostańmy przy tym, że najlepszy wynik pod dachem. Mistrz zrobił, co do niego należało, zagrał rolę, którą mu napisano. Zagrał ją dobrze, bo inaczej nie gra.

A Narodowy? No cóż. Kiedy tłum młodych fanów królowej sportu ruszył zdobywać autografy i fotki, narodowy po raz kolejny pokazał zęby. Szklana bariera skutecznie oddzielała kibiców od zawodników, nie dając szans na bliższy kontakt. Szkoda, bo na Memoriale Kamili Skolimowskiej wartością zawsze był ten właśnie kontakt – mistrzów z młodymi, z dzieciakami, które przy tej okazji łykają bakcyl sportu. Ja rozumiem, że piłkarzy trzeba szczelnie odgradzać od kibiców w obawie o ich zdrowie i życie. Ale w lekkiej atletyce chyba nie o to chodzi. Ja do dziś trzymam w albumie zdjęcie sprzed 20 lat, kiedy to na Memoriał Kusocińskiego do Polski zjechał Patrick Sjoeberg (młodsi – Google). No, ale na tamtym stadionie nie ma szklanych barier. Tak jak nie ma ich na Agrykoli, gdzie Bolt w tygodniu trenował i nawet pokopał piłkę z dzieciakami.

I idę o zakład, że ten występ kupił mu więcej prawdziwych kibiców niż te 9.98 na Narodowym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger