fbpx

Półmaraton last minute – poradnik dla tych, którzy zaspali z przygotowaniem [FELIETON]

A więc stało się. Nie bardzo pamiętacie już, dlaczego, ale prawdopodobnie miało to związek z wyrzutami sumienia po świątecznym obżarstwie albo z postanowieniami noworocznymi. W ostateczności mogło się zdarzyć, że na korporacyjnym opłatku daliście się wypuścić jak zając na baloniku. W każdym razie nie dość, że zapisaliście się na Półmaraton Warszawski, to jeszcze gnani szaleńczą myślą od razu uiściliście opłatę startową i macie nadany numer startowy…

Płonący ludek. Fot. istockphoto.com

Fot. istockphoto.com

Gdzieś pomiędzy 3558 a 13528. Albo podobnie. Nie czarujmy się. Numery do 1000 na wolnym rynku nie istnieją, a numery do 3500 rozdrapali starzy wyjadacze, półmaratońscy weterani, którzy cały czas jeszcze mają dziwną słabość do małych liczb. Dziwne, przecież wiadomo, że im większy numer, tym lepszy. No, ale niech im tam będzie, w końcu za czasów ich pierwszych startów półmaraton liczył ledwie ponad 1000 osób, widocznie przy większym tłumie się gubią, biedactwa.

Wróćmy jednak do Waszego numeru. Jest. I nawet wyszliście na trening. Dwa razy. Pierwszy i ostatni. Mniej więcej zaraz po tym, jak dokonaliście aktu zapisu. I to już. Bo przecież był karnawał, imprezy, eventy, rauciki, robota. A teraz to już. Teraz, zaraz. W niedzielę. Ten dzień.

To co teraz zrobić, żeby przebiec te 21 kilometrów i 100 metrów?

Najprościej i najmniej boleśnie sprawa wygląda, jeżeli o Waszym starcie wiedzieliście tylko Wy i Wasi najbliżsi. Wtedy zawsze możecie się rakiem wycofać bez narażania się na uszczypliwe docinki (z drugiej strony, nikt tak nie potrafi dopiec jak własna złośliwa – bo inteligentna przecież – latorośl, o współmałżonku nie wspominając). Przynajmniej najbliżsi odetchną z ulgą, bo jednak jakoś tam się o Was niepokoją.

Gorzej, jeżeli swoją deklarację udziału, razem z numerem startowym, pokazaliście znajomym i opublikowaliście w serwisie społecznościowym. Teraz się tanim kosztem nie wykpicie,  nikt przecież nie chce wyjść na tchórza i mięczaka. Najgorzej, jeżeli z okazji tych dwóch treningów nie kupiliście sobie butów do biegania. Na półmaraton to już by wypadało, bo w trampkach czy innych czeszkach może i wyglądacie stylowo, ale to jednak nie koncert dinozaurów rocka ani lekcja gimnastyki dla grzecznych panien, a jak sobie odbijecie stopy albo uszkodzicie stawy, to nie tylko niedzielne popołudnie będziecie mieć średnio udane. Ostatecznie buty możecie kupić na targach przed półmaratonem, tzw. EXPO.

Chociaż jestem jakaś dziwnie spokojna, że buty macie. Podobnie, jak teoretyczną wiedzę o tych treningach, na które nie wyszliście.

To jak teraz przebiec te 21 kilometrów (i prawie 100 metrów)?

Po pierwsze – don’t panic! (po angielsku to jakoś lepiej wygląda niż swojskie: nie panikuj!). Dasz radę. Limit na ukończenie biegu wynosi 3 godziny 30 minut, co oznacza, że wystarczy się poruszać z prędkością 9 minut 57 sekund, aby ukończyć zawody w limicie.  A to tak naprawdę tempo szybszego, energicznego marszu. Zatem, jeżeli tylko jesteście w stanie odbyć energiczny trzyipółgodzinny spacer w dobrym towarzystwie – możecie śmiało wbijać na start.

Jedna istotna uwaga. Nie próbujcie stawać w pierwszej linii. I tak zapewne kolor strefy na Waszym numerze (ZIELONY) nie upoważnia Was, żeby stawać na początku, ale jak Was znam, staniecie na głowie, żeby stanąć jak najbliżej startu. Coś Wam zdradzę. Ci z pierwszej linii są wredni. Zaczynają specjalnie szybko, żeby Was zgrzać, żebyście wypluli płuca zanim dobiegniecie do palmy. I kiedy Wam się wydaje, że to już, że koniec zabawy – to oni przyspieszają. I tak aż do mety. Lepiej się trzymać od nich na dystans.

Po drugie. Najlepiej szukać ludzi z balonikami. Ci z balonikami to zające. Pacemakerzy po zagranicznemu. Czyli goście (i gościówy), którzy zrezygnowali z własnych ambicji, żeby innym biegało się lepiej. Niektórzy z nich to typowi altruiści, inni po prostu mają w planie dobry trening i dlatego się nie ścigają. Generalnie biegnąc z zającem, powinniście dobiec do mety w czasie, który mają wypisany na balonikach. Od tej zasady są pewne wyjątki. Wynikają albo z nadgorliwości zająca, który przed Agrykolą nadrabia tak, że na podbiegu nie ma już kogo wytracać, albo z przeszacowania własnej dyspozycji. Jeżeli zatem nie jesteś pewien, czy biegasz 10 km poniżej godziny, to nie ustawiaj się za balonikiem na 1:35. Nie warto.

Możesz też próbować sam. Na własną rękę. Wtedy dobrze mieć stoper. Kilometry przy trasie oznacza organizator. Żaden GPS nie jest dokładniejszy niż kółko w rowerze atestatora trasy. Tej trasy. A poza tym, nawet jeżeli Endomondo twierdzi inaczej, przyjmijcie, że organizator ma zawsze rację i trasa mierzy tyle, ile on wyznaczył, a nie ile satelicie się wydaje. A zatem – zegarek i główka, przynajmniej będziecie mieć zajęcie z liczeniem na kolejny kilometr.  To znakomicie odwraca uwagę od przykrej myśli o tym, ile to jeszcze dzieli nas od mety.

A propos przykrych myśli po drodze – nie smaruj się maścią rozgrzewającą. W tym roku wiosna jest wyjątkowo przyjazna i ciepła, a popularne maści cuchną tak, że pod adresem wysmarowanych cała reszta miota różne przekleństwa, zawsze jest szansa, że się któreś spełni. Z kolei jeżeli zamierzasz wykorzystać w pełni cały lub prawie  cały limit czasu, koniecznie zabierz ze sobą prowiant. Nie, nie mam na myśli kanapki z kiełbasą ani jajka na twardo. Najlepiej sprawdzą się żele energetyczne (kupisz na Expo, zmieścisz w kieszonce spodenek) albo oldschoolowe rodzynki i banany. Toaletami się nie przejmuj, co jakiś czas przy trasie stoją tojtoje (na ogół w okolicach wodopojów).

Jeżeli na żadnym z dwóch treningów, które odbyłeś, nie przebiegłeś więcej niż pół godziny w jednym ciągu, masz pewien problem. Ale już ustaliliśmy – wystarczy szybki marsz. Więc spróbuj zrobić tak – 5 minut biegnij, dwie minuty idź. Jeżeli zrobisz tak już od startu, to co prawda na początku niektórzy będą patrzyli na Ciebie z politowaniem, ale jest duża szansa, że za półmetkiem to Ty będziesz się litował nad tymi, których będziesz mijać. Dla tych, którzy będą złośliwie komentowali marsz na początku biegu, miej w zanadrzu słowo-klucz „Galloway”. Zobaczysz, od razu się zamkną i miny im zrzedną. A Ty dotrzesz do mety i zaraz potem będziesz mógł wrzuć na fejsa sweetfocię z medalem.

Czy coś jeszcze możesz zanim staniesz na starcie? No cóż. Skoro mamy środę, to już niewiele.  Możesz wyjść na małe rozbieganie jeszcze dzisiaj i jutro. Dzisiaj nawet możesz pobiec ciut żwawiej. W piątek już nie biegaj, w sobotę – pół godziny wolnego truchtu zakończone kilkoma szybkimi przebieżkami powinno rozruszać organizm. W niedzielę bądź na starcie na tyle wcześniej, żeby przynajmniej 10-15 minut potruchtać.

Jedz normalnie. Pij dużo płynów, bo zapowiada się ciepły dzień. W sobotę unikaj dań ciężkostrawnych, na kolację makaron z warzywami będzie jak znalazł (ale parmezan już możesz sobie darować. I drugi kieliszek wina też). Na śniadanie przed biegiem – też lekko i prosto. Bułka z bananem albo z miodem – wystarczy.

Choćby rano było chłodno, a nawet mroźno, ubierz się tak, jakby miało być 10 stopni więcej. W trakcie biegu na pewno się rozgrzejesz, niedobrze żebyś miał się przegrzać. Na starcie jak w sypialni – mniej znaczy lepiej. A poza tym – fajnie się wychodzi na zdjęciach na krótko między zmarzluchami 😉 Wreszcie masz okazję pokazać światu swoje zgrabne łydki.

Żeby nie zmarznąć przed startem – włóż starą bluzę, która nie nadaje się nawet do sprzątania garażu. Bez żalu rzucisz ją na ziemię po strzale startera. Jeżeli wszystkie swoje bluzy kochasz uczuciem płomiennym, poświęć koc termiczny z samochodowej apteczki albo po prostu opatul się workiem na śmieci, w którym uprzednio wytniesz otwory.

Na koniec jeszcze dwie rzeczy, o których nie możesz zapomnieć. Numer startowy – najlepiej przypnij go jedną agrafką do koszulki już na dzień przed startem. Resztę dopniesz po założeniu koszulki. Bez numeru w zasadzie nie możesz przebywać na trasie biegu i służby porządkowe mają prawo Cię zdjąć z trasy. I druga równie ważna rzecz. Czip do pomiaru czasu. Główny dowód Twojego udziału w biegu. Czasami bywa zintegrowany z numerem, ale akurat tym razem będzie wpinany do buta. Możesz go przyczepić do sznurowadeł szybkozłączką albo tradycyjnie wplątać w sznurówki (dokładnie przewlekając sznurówkę, aby czip nie zgubił się po drodze). Do którego buta? A, to już musisz sobie sam odpowiedzieć, którą nogę pierwszą postawisz na linii mety po szaleńczym finiszu.

I nie kombinuj, że jak już odebrałeś numer, to do niedzielnego poranka przydarzyła Ci się kontuzja albo inne przeziębienie. Pamiętaj, organizator Ci wybaczy absencję. Ale Facebook – nigdy. Pamiętaj o tym, zanim ogłosisz swój start w jesiennym maratonie.

Jedno przemyślenie nt. „Półmaraton last minute – poradnik dla tych, którzy zaspali z przygotowaniem [FELIETON]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger