fbpx

Pomiar mocy – po latach

Autor: Maciej Żywek • 24.02.2016

rower

Fot. pixabay.com

Nasze pierwsze artykuły dotyczące wykorzystania mierników mocy pisaliśmy do niezwykle wąskiej grupy czytelników. Dziś sytuacja zmienia się bardzo dynamicznie – nawet jeżeli nie jesteśmy szczęśliwymi posiadaczami tego urządzenia, to wielu z nas ma je na swojej krótkiej liście zakupów. Warto?

Wiatr, podjazd, zjazd, wyspany czy nie – to wszystko nie ma znaczenia, ponieważ wygenerowanie 200 watów wymaga zawsze tyle samo pracy, mimo że odbywa się przy różnych prędkościach, a często również przy zmiennym tętnie. Obecnie podchodzę do tej cechy z nieco większym dystansem. Bardziej sceptycznie oceniam zadania treningowe wyrażone liczbami w oderwaniu od bieżącego stanu wytrenowania i regeneracji. Rzeczywiście przykładowe 200 watów zawsze będzie oznaczało tę samą ilość wykonanej pracy, ale sposób, w jaki to osiągnęliśmy, nie zawsze będzie taki sam. Wystarczy wyobrazić sobie, jak pokonujemy podjazdy, jak radzimy sobie z jazdą pod wiatr, a jak na stromych zjazdach. Pierwszym skojarzeniem jest oczywiście kadencja i zaangażowanie innych włókien mięśniowych, ale nawet jeżeli w każdej z tych sytuacji jakimś cudem utrzymamy tę samą prędkość obrotu korby, wciąż pozostaje kwestia innej pozycji. Okazuje się bowiem, że opieramy się na pracy różnych mięśni w zależności od pozycji przyjętej za kierownicą. Różnice nie są drastyczne, ale wystarczająco istotne, aby główne efekty treningu skierować w inne partie mięśniowe niż zakładaliśmy. Co to może oznaczać w praktyce? Otóż wyobraźmy sobie zawody, w których dużą część trasy musimy pokonać w nietypowych dla nas warunkach, takich jak silny wiatr czy długi podjazd. Mimo że zastosowaliśmy się do przedstartowych założeń, osiągnęliśmy je w inny od zakładanego sposób. Jeżeli przejechaliśmy znaczny odcinek w innej pozycji, część mięśni wykonała większą pracę niż w trakcie regularnego treningu. Oznacza to, że bieg rozpoczniemy z niektórymi partiami znacznie bardziej zmęczonymi. Zazwyczaj mogły one pełnić funkcje wspomagające prawidłową pozycję lub uzupełniające dla podstawowego „napędu”. Kombinacji różnych możliwości jest tak wiele, że trudno nawet zastosować jakiś uniwersalny przelicznik czy wzór. To właśnie może być powodem „niezrozumiałego” braku sukcesu pomimo ściśle przestrzeganych wskazówek przedstartowych. Nie jest to jednak winą błędów planowania, lecz raczej niezrozumienia procesów zachodzących podczas wysiłku sportowego.

Co to ma wspólnego z ideą treningu opartego o miernik mocy?

Jest to dowód na to, że teorie mówiące o watomierzu jako cudownym środku, pozwalającym na optymalne przygotowania bez względu na warunki, nie znajdują pełnego pokrycia w rzeczywistości. Zawodnik jest zbyt skomplikowaną „maszynerią”, aby można było pominąć pozostałe elementy budowania formy. Również wyrzucenie pulsometru, jako subiektywnego sposobu pomiaru, nie jest dobrym pomysłem. Tętno, jako zwierciadło wielu procesów zachodzących u trenującego zawodnika, wciąż powinno mieć swoje miejsce w monitorowaniu wysiłku i analizie wyników. Nie możemy realizować treningu opartego o suche liczby z miernika mocy, ponieważ ta sama praca w nich wyrażona może stanowić mniejsze lub większe wyzwanie dla trenującego. Jeżeli nawet z punktu widzenia wyizolowanych włókien mięśniowych jest to wartość optymalna, czasem może to być zbyt wiele dla przeciążonego kumulującym się zmęczeniem układu nerwowego czy układu krążenia. To wszystko powinniśmy brać pod uwagę, zdając sobie sprawę z szeregu zależności przyczynowo-skutkowych w tak skomplikowanym sporcie jak triathlon. Uważam, że przez te kilka lat doświadczeń miernik mocy ewoluował z pozycji jedynego potrzebnego narzędzia do „zaledwie” istotnego elementu większego systemu. Bardzo przydatnego, ale nie jedynego. To wszystko oznacza, że powinniśmy mieć świadomość, że sprzęt ten – wbrew pierwotnym przekonaniom – nie musi stanowić tak dużej przewagi, jak wcześniej uważano. Cytowaną często opinię Joe Friela, jakoby jazda z watomierzem stanowiła formę legalnego dopingu, uważam dziś za mocno przesadzoną.
Próbę czasu z powodzeniem przeszły natomiast niektóre zastosowania miernika mocy. Nie ma chyba bardziej precyzyjnej metody wyznaczania profilu mocy i stref wysiłku bez błędów powodowanych efektem opóźnienia reakcji tętna czy analizy porównawczej. Również monitorowanie stosunku wagi do generowanej mocy, najważniejszego wskaźnika w naszym treningu, jest o wiele bardziej precyzyjne i efektywne z watomierzem. Są to jednak tematy na tyle rozległe, że powrócimy do nich w kolejnych numerach “Triathlonu”.

Sprzęt

Wbrew pozorom trudno powiedzieć, czy w sferze sprzętu nastąpiła jakaś istotna rewolucja. Co prawda na rynku pojawiły się od dawna oczekiwane systemy pomiaru oddzielne dla każdej z nóg, ale nie zmieniło to w znacznym stopniu rozkładu sił. Wciąż referencyjnym modelem, pomimo niezwykle wysokiej ceny i naciskających konkurentów, pozostaje SRM. Na uwagę zasługuje także choćby Verve InfoCrank – korba z czujnikami po obu stronach. Jej przewagą ma być dokładność przewyższająca obecne standardy, zarówno w zakresie bezwzględnych wartości jak i powtarzalności wyników czy brak konieczności kalibracji. Zanim jednak doczekamy się detronizacji SRM, będziemy musieli pewnie jeszcze trochę poczekać.
Rozdział pomiaru mocy na dwie nogi otworzył nowe horyzonty dla tego typu urządzeń. Efektywność pedałowania i rozkład momentu obrotowego w całym cyklu obrotu korbą to świetne narzędzia doskonalenia techniki. Chyba po raz pierwszy na rowerze udało się zastosować coś, co w dokładny sposób może zmierzyć nie tylko ilość wykonanej pracy, ale również jej „jakość”. Słyszałem wiele głosów, że mierzenie rozkładu sił nie daje większych korzyści, ponieważ każda próba korekty techniki i dążenia do symetrycznej pracy nóg kończyła się mniejszą ogólną mocą. Wcale mnie to nie dziwi; jeżeli wprowadzamy jakiekolwiek zmiany w technice pływania, czy biegu sytuacja jest analogiczna. Przyzwyczajenie się do nowego wzorca ruchu wymaga czasu i cofnięcia się o krok w bieżących rezultatach. Zmiana techniki nie musi oznaczać w dłuższej perspektywie sukcesu, ale warta jest podjęcia ryzyka. W ten właśnie sposób miernik mocy ma szansę stać się w przyszłości narzędziem o znacznie większym zakresie zastosowań niż to miało miejsce dotychczas. Do tego jednak potrzebna będzie wyraźna obniżka cen. Wprowadzenie Vectora przez firmę Garmin doprowadziło do skokowej redukcji cen u jego bezpośrednich konkurentów, ale o powszechnej dostępności wciąż nie ma mowy. Pewnym rozwiązaniem mogą być wersje „mini”, dające szansę późniejszej rozbudowy do pełnowartościowego systemu (Garmin, Polar) lub prostsze i tańsze urządzenia (Stages). Przypadek Stages pokazał również, że klienci bardzo wierzą w wybory profesjonalistów. Kontrakt z zawodową drużyną Sky przeniósł ten model z grupy „niezbyt dokładny, ale tani” do „dobry dla profi, więc wystarczający również dla mnie”.
Czy zakup miernika mocy to dobry pomysł? Nie obejdzie się tu bez lektury. Musimy znać podstawy teorii treningu wytrzymałościowego oraz mieć cierpliwość do systematycznej analizy. Jeżeli nasz zakup ma nam służyć tylko jako elektroniczny cerber pilnujący wpisanego obciążenia, nie warto. Każdy z nas powinien się zastanowić czy będzie rzeczywiście korzystał z urządzenia, które potrafi odwdzięczyć się mnóstwem istotnych danych tylko w przypadku, gdy poświęcimy mu należną uwagę przez cały okres przygotowań.

Artykuł pochodzi z magazynu “Triathlon”, będącego częścią miesięcznika “Bieganie”, marzec 2015

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger