fbpx

Przebić głową sufit

DOZ Maraton Łódzki. Fot. Krzysztof Dołęgowski

Czterdziesty drugi kilometr, cud że moje ciało jeszcze się nie rozpadło. Fot. Krzysztof Dołęgowski

3:15 zdawało mi się być moim życiowym szczytem możliwości. Gdy biegłam maraton w Poznaniu kilka lat temu, moja redakcyjna koleżanka zrobiła właśnie taki wynik, a mnie zdumiewał jej talent i pozytywnie jej zazdrościłam. O jak bardzo chciałam choćby się do niego zbliżyć! Może kiedyś uda się i takiemu małemu czołgowi jak ja? Moment ten nadszedł w kwietniu tego roku, w DOZ Maratonie Łódzkim. Do 3:14:47 udało mi się dojść w 15 tygodni pracy z Olą, moją trenerką. To był bardzo dobry czas.

Wiele się o sobie nauczyłam dzięki tym 15 tygodniom, jak i samemu maratonowi w Łodzi. Z początku patrzyłam na plan od Oli* z dużą rezerwą. Dobrze, że jestem zakapiorem tylko po części. Lubię sobie pomarudzić i pokrzyczeć, ale moja dusza ma też grzeczną stronę. Nawet jeśli w coś nie wierzyłam (wiele rzeczy kłóciło się bowiem z moją wiedzą wyssaną z książek, czasopism i internetu), to jednak pracowałam pilnie robiąc jota w jotę to, co znajdowałam w tabelkach. Pracowałam sumiennie, bez kombinowania, przekładania treningów, bez rozczulania się nad sobą, ale i nie kombinując, że może by tu zrobić coś więcej… Ból, który początkowo kąsał moje łydki i groził kontuzją przeciążeniową, szybko dał za wygraną. Męczyłam podbiegi, przebieżki i biegi w tempie maratońskim. Robiłam ćwiczenia siłowe nudne jak twórczość Orzeszkowej. Przestałam się bać treningów jakościowych. Od dosyć dawna je robiłam, owszem. Ale mimo że znałam wartość wielu z nich, wybierałam chętniej te, które sprawiały mi więcej frajdy, albo nie postrzegałam ich jako bardzo niewdzięczne. Przyjemnie trenowało mi się wg planu McMillana, z radością wychodziłam na 25-sekundówki, minutówki, długie biegi z narastającą prędkością. Robiłam interwały po 4, 7 czy 10 minut. Wujek McMillan doprowadził mnie zresztą do poprzedniej życiówki z Krakowa sprzed 2 lat. 3:22.

Ale poniekąd anonimowego wujaszka udawało mi się od czasu do czasu oszukiwać. Jak miałam “zakwasy” po crossficie to przekładałam trudny trening na inny dzień. “No bo przecież nie rozwinę takiej prędkości, nie ma sensu!”. Albo nie wiedziałam kiedy odpuścić gdy pojawiało się jakieś przeciążenie. “Iść na trening czy nie? I czy jeśli nie pójdę to będzie to rozsądne czy tylko pieszczenie się ze sobą?”. Dylematy. Masa dylematów, których nie miałam trenując z Olą. Mogłam wyłączyć myślenie, co okazało się dać mi wiele spokoju. Trzeba było tylko wykonywać zadania. A jakbym nie wykonała? O nie, to byłby wstyd przed Olą. Wujek McMillan mnie nie ochrzani, nie obdarzy wiele mówiącym spojrzeniem pełnym wyrzutów. No i wcale nie musiałam tego spojrzenia zobaczyć, wystarczy, że sobie je wyobraziłam.

Zwolnienie z myślenia dotyczyło również samych wyników. Żadnego asekuracyjnego smęcenia. “Myślę, że powinnaś pobiec 1:32 w półmaratonie, szybciej to nie ma co, może się nie udać, bo miałaś ciężki tydzień treningowy, ale to 1:32 to na pewno”. Rzeczywiście, za dużo luzu przed półmaratonem w Warszawie nie miałam. Do tego nie czułam się zbytnio sprężona na zawody i, gdyby to zależało ode mnie, pewnie zdecydowałabym się na wariant asekuracyjny – zacząć na 1:34 i zobaczyć co się da urwać. Poleciałam jednak na to 1:32. Ostatni kilometr pobiegłam w okolicach 4:00 min/km. I zrobiłam wynik 1:31:42, zaskakując samą siebie. No ale Ola kazała to trzeba było.

Wiedziałam, że w Łodzi będzie wiało. To skutecznie potrafi rozprawić się z założonym tempem. Zdążyłam się zresztą z tym tempem poznać w czasie tych 15 tygodni. Takie treningi były dla mnie zawsze frustrującym doznaniem. Męczysz się przez kilka czy kilkanaście kilometrów nie mogąc sobie wyobrazić, że potem masz tak biec przez 42 km. I cholerne 195 metrów. Z paskudnym wiatrem walczyłam robiąc życiówkę w Krakowie. To tak po raz pierwszy nie udał mi się negative split. Druga połowa była w większości pod wiatr, a ja walczyłam już prawie muskając palcami ścianę. Teraz miało być podobnie.

DOZ Maraton Łódzki. Fot. Krzysztof Dołęgowski

Fot. Krzysztof Dołęgowski

Diabelski zając z piekła rodem, któremu tak bardzo chciałam zaufać by poprowadził mnie na 3:15, okazał się mieć 19 kwietnia figlarny dzień. Zaczął za szybko, potem biegł za wolno, przez co przez długi czas byłam samotnym wojownikiem, walczącym z wiatrem. W końcu grupka, którą opuściłam wcześnie trzymając się tego, co mówił mi zegarek i międzyczasy, dopadła mnie w okolicach 18. kilometra, akurat gdy zaczynałam czuć się naprawdę źle. Podobno mężczyźni myślą o seksie co kilka minut. Ja co kilka minut myślałam o ścianie. Myślałam, że pewnie przyjdzie mi jej wreszcie doświadczyć w pełnej krasie. Bo jeśli już przed półmetkiem czujesz, że utrzymanie tempa jest bolesne, to jak masz niby pociągnąć jeszcze te dwadzieścia kilka kilometrów? W moim mózgu boleśnie ryły swoje tuneliki słowa z artykułu o cierpieniu, napisanym przez mojego męża dla Biegania. “Ból jest sygnałem subiektywnym, względnym. To, że wydaje Ci się, że zaraz zemdlejesz wcale nie oznacza, że za chwilę nogi złożą Ci się jak scyzoryk i wyrżniesz twarzą w asfalt. (…) Kojarzysz czterdziesty kilometr maratonu? Wtedy większość zawodników zwalnia i zdają się być u kresu sił. Nie są w stanie utrzymać tempa. Mimo wszystko na ostatnich dwustu metrach zrywają się do sprintu i z grymasem na twarzy przyspieszają. To co przed chwilą było niemożliwe – okazuje się wykonalne”. Dobra, kurna Olek! Ale gdzie mi tam było do 40. kilometra! Mimo to, zegarek po każdym kilometrze pokazywał, że nadal trzymam tempo. Widziałam, że właśnie jestem na podbiegu, ale dzięki męczeniu okolicznych ursynowskich górek, podbiegi na trasie maratonu nie robiły na mnie większego wrażenia. Fizycznie – na pewno sprawiały mi trudność, ale nie demotywowały.  Pod koniec bolało mnie wszystko. O ile zawsze powtarzam sobie jak mantrę – “ostatnie 10 km maratonu to wyścig na dychę, będzie więc bolało tak samo jak dycha, a ostatnie 5 km jak piątka”. Daję sobie przyzwolenie na to żeby pocierpieć. Ale przecież teraz ostatnie 20 km to był wyścig na dychę, a ostatnie 10 km to wyścig na piątkę. Nie wiem jak udało mi się nie zwolnić. Nie rozbić z plaskiem o ścianę jak wiosenna mucha na szybie auta. Może to dzięki mężowi, mojemu wiernemu kibicowi, który próbował zagrzewać mnie do boju na ostatnich kilometrach. Krzyczał, że nieźle się trzymam, gdy zdawałam się sobie być rozklekotanym Kamazem. “Złając” zniknął sprzed mych oczu jakby był wabikiem w wyścigu chartów. Ale zegarek trwał przy mnie mówiąc, że jest dobrze. Gdy wbiegałam na metę widziałam czas brutto 3:15:01, a po zającu ani śladu. Na szczęście zegarek pokazał mi 3:14:47 netto. Przebiłam głową swój własny sufit, który kiedyś sobie wyznaczyłam. I przesunęłam kolejną granicę. A właściwie wiele granic.

Tamte 15 tygodni z wisienką na torcie w postaci nowej, spektakularnej życiówki w maratonie, poprawionej o 7 minut, nauczyło mnie wiele. Nauczyło mnie zdać się na kogoś, dać sobie pomóc, zaufać, odkładając swoje racje. Skupić się i konsekwentnie realizować plan, bez wyskoków. Wierzyć, że nie tylko mogę więcej, ale że mogę jeszcze więcej. Że nie muszę być pierdołą na dystansach krótszych niż ultra. To kwestia pracy, nawet gdy talentu ma się niewiele. I że z tym bólem to cholerna prawda. Da się go zaakceptować, choć nie da się tego nauczyć kogoś. Trzeba samemu spuścić sobie takie lanie i wytrzymać, choć wystarczyłoby szepnąć sobie tylko słówko i przerwać tę gehennę. Zabawnym spostrzeżeniem przez te 15 tygodni było to, że zmieniło mi się podejście do treningów. Biegać dla przyjemności oznaczało dla mnie – zrobić spokojne 8 czy 10 km. Na luzie. Teraz spokojne wybiegania były najnudniejszą częścią tego, co robiłam. Bieganiem dla przyjemności były treningi, podczas których miałam konkretne zadania do wykonania. Przyspieszenia, podbiegi, tempo maratońskie czy półmaratońskie.

Nieprędko podejdę do kolejnej maratońskiej próby. Nie wiem również gdzie wyznaczę sobie następny sufit, albo może zainwestuję w taki podwieszany, którego wysokość można regulować. Teraz czas skupić się na biegach ultra. W czerwcu startuję z mężem w Biegu Rzeźnika, a w lipcu jedziemy walczyć do Rumunii na Marathon 7500. Dla Oli ułożenie planu pod ultra będzie wyzwaniem, ale jestem gotowa być królikiem doświadczalnym. Już czuję jak rosną mi uszy.

*Ola to Olga Kowalska z Trinergy. Mają z Tomkiem pełne ręce roboty, ale do pracy podchodzą z pełnym zaangażowaniem. Więc jeśli szukasz dobrego trenera – wal jak w dym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger