fbpx

Wydarzenia > Relacje z biegów

SZLAK ORLICH GNIAZD – Ultra, czyli 164 km na urodziny

Szlak Orlich Gniazd

Szlak Orlich Gniazd, fot: Ewelina Matyjasik-Lewandowska

9 kwietnia, 2 rano: „Zapisałem się. To będą najlepiej spędzone urodziny w moim życiu!”. Pół roku później solenizant, Marcin Rura, uśmiechał się jakby trochę mniej.

12-14 Października 2016, przed biegiem

Wcześniejszy przyjazd do Krakowa. Kompletowanie wyposażenia na trasę, ostatnie zakupy, jedzenie, napoje.

– Marcinku…ale się nie denerwuj! Podjedziesz sobie taksówką do biura? My się troszkę spóźnimy…złapaliśmy gumę…

Pierwsza myśl: Skoro tak się zaczyna nasza przygoda, to nie mogę się doczekać co będzie na trasie! 15 minut później dzwonią do mnie raz jeszcze:

– Znaleźliśmy dobrego wulkanizatora po drodze. Jak usłyszał o Twoim biegu to wsiadł w samochód i podjechał do nas z nowym kołem mówiąc: „Zakładajcie je szybko i jedźcie do niego!” . Nawet nie chciał pieniędzy za to koło! Zdążymy!

I zdążyliśmy. Odebraliśmy pakiet i po 5 minutach ruszyliśmy na linię startu, na początek Szlaku Orlich Gniazd, początek 170 kilometrów niesamowitej przygody, której nie zapomnę do końca życia…

14-16 Października, biegnąc po marzenia

Etap pierwszy, 26.8km. Kraków – Pieskowa Skała (26.8km)

Wystartowaliśmy punktualnie o 20:00 w Krakowie. Pierwsze kilka kilometrów biegliśmy przez miasto, zatrzymując się na czerwonych światłach przed przejściami dla pieszych. Gdy tylko wybiegliśmy z miasta, każdy narzucił swoje tempo i mając za sobą 10km biegłem już sam nie mając nikogo za sobą a przed sobą tylko 10 metrów widoczności, które umożliwiało mi światło mojej czołówki. Przez cały czas trzeba było się rozglądać za oznaczeniami czerwonego szlaku na drzewach, słupach i kamieniach. Już na pierwszym etapie zdążyłem skręcić w zły zakręt i nadrobić kilometr zanim powróciłem na szlak z którego zszedłem. No ale przecież niemożliwym było, żeby ta wąska ścieżka w lesie to był Szlak Orlich Gniazd zamiast tej głównej polnej drogi prowadzącej przy tych wysokich na 50 metrów skałach wyglądających jak tysiącletnie rzeźby…a jednak.

Po 26 kilometrach dobiegam do Zamku Królewskiego, który okrążam i po kamiennych schodach docieram do pierwszego punktu kontrolnego. Już z oddali słysze krzyki „JEJEJE! RURKA DAJESZ! JEST MOC!”

Szybki przepak, krótkie uwagi od organizatora nt. miejsc w których można zgubić trasę i ruszam dalej.

Etap drugi, 24.7km. Pieskowa Skała – Rabsztyn (51.5km)

„Drogą wojewódzką aż do kościoła. Potem w lewo” . Jak to było? Przed kościołem w lewo? Za kościołem w lewo? Cholera! Ryzykuję! Skręcam przed! Wchodzę pod stromą górkę, na słupach czerwone oznaczenia, ale trochę inne niż zwykle, bo z narysowanym ludkiem na oznaczeniu – pewnie to takie specjalne oznaczenia dla tego odcinka szlaku. I wszedłem na tą górkę i biegnę tą ścieżką, nikogo w oddali i z tyłu też, minął już kilometr za górką a oznaczeń żadnych… Czas się upewnić. Włączam gps w telefonie – niech to! Trzeba było skręcić za kościołem! Teraz muszę się wracać bo nie ma dróg na skróty! No cóż… kolejne 4 kilometry więcej. Cofam się do kościoła, a za nim na ulicy zielona strzałka organizatora sygnalizująca zakręt. Głupi ja!

I znów wejście na górkę, a potem polna droga…a raczej polne bagno! Bo droga to tam była pod 15 centymetrową warstwą błota. Chciałeś chłopie Szlak Orlich Gniazd w urodziny to masz! Akurat wybiła północ i zaczął się 15 października. Kilka smsów od bliskich z życzeniami – idealnie w pierwszym momencie zawachania, bo mimo wszystko świadomość nadrabiania 4 km i straty przez to tych 20 minut może nieźle namieszać w pewności siebie zawodnika.
Lecę! Napompowany życzeniami i pozytywną energią biegnę jakby były to pierwsze kilometry biegu. Ciemna noc, wyłaniam się gdzieś w oddali i widzę zarys postaci próbujący rozpoznać kto nadbiega. Nagle rozpoznaję brata który krzyczy: „Jest! Rurka! Jest!”.

Szybki przepak i ruszam na kolejny etap. Etap, na którym nie było już tak wesoło…

Etap trzeci, 14.8 km. Rabsztyn – Bydlin (66.3km)

Z Rabsztyna wyruszyłem z trzema innymi zawodnikami, ale już po chwili biegłem sam zostawiając ich w tyle. Pierwsze kilka kilometrów polną drogą wzdłuż lasu, mnóstwo zakrętów, łatwo się zgubić. Na szczęście intuicja i częste oznaczenia szlaku na drzewach trzymały mnie ciągle na odpowiedniej trasie. Po paru kilometrach wbiegłem do sosnowego lasu gdzie kilku zawodników chodziło w tę i spowrotem szukając kolejnego oznaczenia szlaku. W pewnym miejscu wyraźnie oznaczenia zabrakło i można było wybrać kilka dróg. Co gorsza – poprzez brak zasięgu GPS wariował i trzeba było zdać się na intuicję. Oczywiście prawidłowa droga to była wąska wydeptana ścieżka w świeżo posadzonym lesie iglastym (to przecież logiczne!). Pół kilometra potem wchodziło się już w duży las, gdzie drzewa wysokości kolan zastąpiły już te wysokie, na których widać było wyraźnie oznaczenia szlaku. I lecimy tak grupką ultrasów do momentu długiego zbiegu w ciemność.

I tutaj przydały się treningi wakacyjne w górach. Leciałem w dół jak zawsze – na wariata, kontrolując to co pod stopami, dzięki czemu dość szybko reszta zawodników straciła mnie z oczu aż tu nagle wbiegam na plażę…a przynajmniej tak mi się wydawało. Przede mną było kilka kilometrów „drogi”, która była tak obficie usypana piaskiem, że nie dało się po niej biec. Uczucie dosłownie jakby chciało się biec po plaży…
A więc idę po tym piasku i walczę z nogami zakopującymi się po kostki w podłożu. Nagle ból w lewym kolanie! Co się dzieje!? Przecież na nic nie stanąłem! Przecież nie skoczyłem gwałtownie na nogę! Nie mogło mi się nic tam zerwać! Nie mogę zgiąć nogi! O co tu chodzi?!

Zatrzymałem się. Szybka ocena sytuacji. Pierwsza myśł: „Będę musiał zejść z trasy. Nie ukończę tego. Tyle osób na mnie liczy. Tyle osób mi kibicuje. Tyle osób pomogło mi zdobyć jedynkę, a ja będę musiał zakończyć bieg pokonując 40% dystansu…”

Patrzę na prezent od Eweli i modlę się w myślach wyjąc z bólu na głos czując, jak łzy gęsto płyną mi po twarzy. Kuśtykam powoli do przodu próbując rozruszać nogę.
I kiedy już zaczynałem przyjmować do siebie uczucie porażki ból zaczął ustępować a noga pozwoliła się zginać.
Po kilku kilometrach łez, będąc wyprzedzonym przez kilka osób które wcześniej na tym etapie miałem za sobą, zaczynam powoli truchtać. Już nie czuję bólu. Czuję dyskomfort w kolanie, ale nie na tyle silny żeby zrezygnować.
Dobiegam do Bydlina i krzyczę do organizatora: „Numer 1 melduje się na punkcie!”. W Bydlinie dołącza do mnie Tomek. Będzie ze mną biegł przez dwa kolejne etapy. Najgorsze kilometry za mną – teraz już może być tylko lepiej! Oczywiście bardzo się myliłem…

Szlak Orlich Gniazd Szlak Orlich Gniazd, fot: archiwum prywatne

Szlak Orlich Gniazd, fot: Ewelina Matyjasik-Lewandowska

Etap czwarty, 23.1 km. Bydlin – Podzamcze (89.4km)

Z Tomkiem wyruszyliśmy marszem, zajadając się bułkami z nutellą i masłem orzechowym. Po napełnieniu żołądków zaczęliśmy truchtać opowiadając sobie dowcipy i różne zabawne anegdoty z życia. Wbiegliśmy w las, a raczej w rów w lesie. I dosłownie tym rowem prowadził nas Szlak Orlich Gniazd. Po kilku kilometrach wybiegamy z lasu i lecimy długim zbiegiem gdzie mijamy 3 ultrasów. Nagle Tomek krzywo stawia stopę na kamieniu, zbiega na bok kuśtykając i padając na najbliższą trawę krzyczy z bólu: „Skręciłem kostkę!”. Zatrzymuję się. Na szczęścietylko lekko nadwyrężył stopę. Wyciągam z plecaka bandaż elastyczny, usztywniamy mu kostkę i ruszamy. Mijamy kolejne zamki i pomniki przyrody docierając do Podzamcza, gdzie czekają na nas kabanosy…tzn. Support Team z kabanosami!

Etap piąty, 20km. Podzamcze – Młyny (109.4km)

„Numer 1 melduje się na punkcie!” …i ruszamy z Podzamcza w las, gdzie czeka nas kolejne kilka kilometrów marszu po plaży…tzn mocno grząskim, piaszczystym terenie, po którym możliwy jest tylko marsz.
Po wyjściu z lasu docieramy do jakiejś wioski, gdzie truchtamy przez kilka kilometrów.
Mija 14 godzin i 15 minut od startu. Zegarek wskazuje pokonane 100km. Mówię do Tomka: „Pierwsza stówa!”, na co on: „A właśnie! Masz urodziny! Sto lat, sto lat… !” . I nagle dostaje smsa. Drugiego! Trzeciego! Co chwila telefon dzwoni, co chwila kolejny sms! W ciągu 2 godzin łącznie ponad 200, każdy z innego numeru!

Okazuje się, że mój dobry kolega z Biegam bo mnie ludzkość wqrwia zrobił na swoim fanpage akcję #dajrurcesmsmocy i każdy sms zagrzewał mnie do walki o marzenia – dzięki Ci chłopie za to! Nawet nie wiesz jak wiele sił one mi dały.
Wbiegamy w jakieś krzaki i tak kroczymy między nimi co chwila skręcajac to w lewo, to w prawo. Nagle przed nami widzimy jak jeden zawodnik chwiejnym krokiem walczy przed siebie podpierając się kijkami. Widać, że jest wykończony, ale nie daje za wygraną. Doganiamy go. Oceniamy sytuację, rozmawiamy z nim. Trzyma się nieźle, tylko nogi ma zmęczone. Zostawiamy go w tyle i wbiegamy w brzozowy las.
Docieramy pod wiadukt, gdzie na 104km (choć w moich nogach 110km) zorganizowano kolejny punkt kontrolny. I właśnie dociera do mnie że nigdy wcześniej nie przebiegłem więcej niż 100km. Na punkcie
Tomek ma już dosyć. Przybija piątkę z Eweliną, która będzie mnie prowadzić przez kolejny etap.

Etap szósty, 20.2km. Młyny – Złoty Potok (129.6km)

Po kilku kilometrach z Eweliną moje ciało zaczyna słabnąć. Dzieje się to w tak szybkim tempie, że żadne anegdoty z punktów kontrolnych, ani inne opowieści nie pomagają w zwiększeniu tempa i pozostaje nam się wlec wolnym marszem przed siebie. Mój wolny marsz zamienia się w szybki marsz, ale ciało zaczyna się bardziej odzywać. Nogi płoną z bólu, a w mięśniach czuję jakbym miał totalną pustkę. Mimo to Ewela się nie poddaje i zaczyna czytać mi komentarze z facebooka:

„Marcin jestesmy z Tobą i trzymamy mocno kciuki!”

„Rura pamiętaj ból przeminie chwała zostanie!”

A ja wyłem. Beczałem na głos, słysząc kolejne słowa od ludzi, którzy może i mnie nie znają, ale trzymają za mnie kciuki. Beczałem i biegłem. Im głośniej beczałem tym szybciej biegłem. I tak resztkami sił dotarliśmy do przedostatniego punktu kontrolnego w Złotym Potoku.

Bohaterka Ewe wykonała swoje zadanie na ocenę celującą. Przybiła piątkę z Natalią, która będzie mi towarzyszyć przez ostatnie dwa etapy.

Etap siódmy, 23.4km. Złoty Potok – Olsztyn (152.4km)

Mija 16h biegu. Ruszamy z Natalią w las i nie zauważamy skrętu w lewo. Idziemy prosto, żeby wejść na wzniesienie, a potem zbiec z niego i zorientować się, że zeszliśmy ze szlaku. muszam się do biegu. Wracamy na szlak i truchtamy przez jakiś czas. Wychodzimy z lasu. Natalia co chwila zerka na mnie, czuję jej wzrok, więc musi być ze mną naprawdę źle. Momentami zataczam się na boki, ale nadal napieram do przodu. Wyprzedzamy na tym etapie łącznie 3 osoby. To niesie.

Druga noc biegu. Przed nami widać 10 metrów oświetlonego terenu z naszych latarek. Zaczynam mieć halucynacje. Każdy krzak, każdy punkt odbijający światło wydaje się być groźnym zwierzęciem w tym lesie. Boję się, ale staram się tego nie okazywać, żeby nie martwić Natalii jeszcze bardziej…

Olsztyn. 24h biegu za mną. „Numer 1 melduje…”

Szlak Orlich Gniazd Szlak Orlich Gniazd, fot: archiwum prywatne

Szlak Orlich Gniazd, fot: Ewelina Matyjasik-Lewandowska

Etap ósmy, 17.3km. Olsztyn – Częstochowa (169.7km)

Na przepaku pomagają mi wymienić wszystko co potrzebne na trasę biegu. Wtłaczają we mnie pożywienie, które wykończony żołądek przyjmie i ruszamy ku marzeniom. Ruszamy na najtrudniejsze 17 kilometrów mojego życia.

Udało nam się nawet trafić na szlak między domami i nie pogubić trasy w lesie. Nie zerkałem już na zegarek. Nie chciałem wiedzieć ile kilometrów mam w nogach i ile mi jeszcze pozostało. Chciałem żeby to się jak najszybciej skończyło, bo miałem już dosyć. W głowie mi się kręciło, momentami miałem ciemno przed oczami i szedłem po omacku wspierany przez Natalię. Szedłem…nawet nie wiem czy można to było jeszcze nazwać marszem.

Weszliśmy w ostatni las. To był najgorszy moment całego wyścigu. Musieliśmy pokonać jeszcze jedno wzniesienie, które było dosyć strome, a tyle samo musieliśmy też pokonać w dół. Wokół co chwila było słychać szelest dzikich zwierząt, a 20 metrów od nas poruszające się świecące oczy w kilku miejscach. Natalia miała wtedy tętno maksymalne z przerażenia, a ja nie mogłem nic zrobić, bo ledwo byłem w stanie zmusić moje nogi do zginania się…a właściwie jedną nogę, bo lewa znów o sobie przypomniała i zblokowała się totalnie. Gdy wychodziliśmy z lasu, co by wrażeń było mało, zacząłem czuć narastające pęcherze na stopach. Tak jakby nagle w 10 miejscach pojawiły się na moich stopach pęcherze, z których każdy robił wrażenie 4 centymetrowej buły napompowanej ropą do maksimum, do pęknięcia. I każdy palił żywym ogniem tak jakby naprawdę wszystkie na raz w tym samym czasie pojawiły się i pękły. Każdy krok wydawał mi się krokiem stawianym na płonącym szkle i jedyne, co byłem w stanie z siebie wydusić do szloch małego dziecka i pojedyncze słowo: „booooliiiii”.

Zobaczyliśmy światła latarnii. Jakiś czas potem wyszliśmy na asfalt. Byliśmy w Częstochowie. Teraz tylko 8.5 kilometra i meta.

Nie byłem w stanie iść szybciej niż 3 km/h . Tempo porównywalne do spaceru po parku…ale 2 razy wolniej. Płakałem. Całe ciało mnie bolało, tak jakby mnie ktos wrzucił żywcem związanego do ognia.

To były najtrudniejsze kilometry w moim życiu i bez wsparcia setek ludzi, którzy przyczynili się do spełnienia mojego marzenia jestem pewien, że gdzieś na trasie upadłbym z wykończenia, bo przestałbym wierzyć, że pokonanie 170 kilometrów na własnych nogach jest możliwe.

Pół kilometra od mety wyszedł po mnie cały mój Support Team. Poprosiłem tylko, żeby mnie nie dotykali bo się przewrócę i prowadzony przez Natalię doszedłem do Szkoły, w której była meta. Tuż przed szkołą powiedziałem do Natalii: „Masz mnie trzymać do samego końca. Nawet jeśli mieliby mnie za to zdyskwalifikować. Zrobiliśmy to razem i razem przekroczymy linię mety”.

PODSUMOWANIE

Następnego dnia usłyszałem od Eweli, słowa organizatora na mój temat:

„Marcin jest bohaterem tego biegu. Widziałem go na prawie na każdym punkcie i według mnie ostatnie dwa etapy pokonał już tylko sercem.”

W biegu wystartowało 86 osób, ukończyło 56.

Na mecie zameldowałem się już w niedzielę, 21 minut po północy, pokonując łącznie 170 kilometrów w 28 godzin i 21 minut na trzynastym miejscu.

Dziękuję:

– Wszystkim, którzy pomogli mi zdobyć pierwszy numer startowy w akcji #dajrurcejedynke, a szczególnie Be Active, Liga Biegowa, Virtual Runner Club – gdyby nie Wy, nie znalazłbym w sobie wewnetrznej siły na utrzymanie się na nogach do samej mety

Ewe Matyjasik-Lewandowska z Kocham bo Biegam – za znoszenie mojego poczucia humoru, moich łez gdy zmuszałem się do biegu, za wszystkie przeczytane na głos smsy i wykonane telefony na trasie, za to że nie pozwoliłaś mi się zatrzymać i zmuszałaś do napierania do przodu, za to że jestes taką perfekcjonistką i dopilnowałaś by zawsze wszystko było na czas, za cudowny prezent urodzinowy i okrzyki radości gdy widziałaś mnie w oddali dobiegającego do kolejnego punktu, za to że mogłem Cię poznać i zarazić trochę bieganiem górskim i za to że otworzyłaś mnie na ludzi i zmieniłaś mój punkt widzenia na świat.

Tomasz Lewandowski – za utrzymywanie banana na twarzy wyszukanymi żartami podczas wspólnego biegania, za pomoc w każdej potrzebie, za zaufanie, za wytrwałość, za wspólne ultra, za to że jesteśmy przyjaciółmi mimo że tak się różnimy.

Mikołaj Rura – za bycie najlepszym bratem na świecie, za to że mogłem się z Tobą wychowywać i że teraz mogę z Tobą trzymać sztamę, za to że mi pomagasz kiedy tego potrzebuję, za to że byłeś i chcesz być na kolejnych moich biegach i za to że wiem, że zawsze mogę na Ciebie liczyć.

Natalia Gracz – za to że mnie znosiłaś kiedy beczałem Ci że mnie boli, za to że nie pozwoliłaś mi upaść gdy nogi mi drżały, za to że nie pozwoliłaś mi się poddać i wspierałaś mnie w najtrudniejszych momentach, za motywację do bycia jeszcze lepszym i zawsze osiągania postawionego celu, za najpiękniejsze dwa etapy biegu, cudowne życzenia urodzinowe, każdy uśmiech i tą lekkość którą przy Tobie czuję.

– Rodzicom, Elżbieta Rura i Leszek Rura – za to że jesteście najlepszymi rodzicami na świecie i nie zamieniłbym was na nikogo innego, zawsze będziecie moim numerem jeden. Za to, że pokazaliście mi jakimi wartościami powinienem się kierować i za to że jesteście chodzącym przykładem najpiękniejszej miłości jaką w życiu widziałem.

Maciej Hejman i jego ekipie z BBMLW – Za zmasowany atak smsami w momencie gdy wybiło mi 100km w nogach i właśnie biłem rekord pokonanej ilości kilometrów.

Krzysztof Hernik i całej grupie HernikTeam – za najlepsze treningi na świecie, treningi do porzygu a jednocześnie z uśmiechem na twarzy, za cenne rady tuż przed startem i za bycie moją biegową rodziną.

Angelika Gugułka – za wspieranie mnie gdy nie wiedziałem co to bieganie i ledwo mieściłem się w drzwiach i za wspieranie mnie do tej pory.

– Pani Iwona Wrona – za kibicowanie mi na każdym biegu i bycie ze mnie zawsze dumnym niezależnie od tego czy przybiegam pierwszy czy ostatni.

– Każdemu kto pomógł mi spełnić moje urodzinowe marzenie. To właśnie dzięki takim jak Wy warto wierzyć w ludzi, warto pomagać, bo #dobrowraca .

 

Podoba ci się ten artykuł?

0 / 5. 0

Przeczytaj też

Już w najbliższą sobotę uczestnicy pobiegną na kultowej trasie, na której narodziła się M LIGA (ex Mała Liga). Jesteśmy pewni, że tak jak dla kolarzy, również dla biegaczy ta trasa stanie się jedną z ich […]

M LIGA CROSS RUN po raz pierwszy na otwockim MERANIE!!!

Hard Dog Race Poland po raz czwarty w konkurencji Base, czyli na dystansie 6 km z 16 przeszkodami już za nami. Impreza, której hasłem jest „sześć nóg, dwa serca, jedno zwycięstwo” odbyła się w ostatnią […]

Hard Dog Race w konkurencji Base za nami!

Już niespełna 2 tygodnie pozostały do wyjątkowej edycji 42. PZU ORLEN Maratonu Warszawskiego. Dla wszystkich, którzy wezmą udział w biegu czy to po ulicach Warszawy czy wirtualnym, mamy specjalną transmisję z poradami naszych ekspertów. Jak […]

Transmisja live: “Ostatnie szlify przed startem”

Salomon to jedna z najbardziej znanych i cenionych marek wśród fanów terenowego biegania. Takimi modelami, jak choćby doskonale wszystkim znany Speedcross, który stał się legendą pomimo, że niedawno wyszła dopiero jego piąta edycja, wzbudza zaufanie […]

Przebój wśród butów terenowych? Poznajcie Salomon Wildcross – test

Pomylenie trasy biegu może zupełnie odebrać ochotę do dalszej rywalizacji. Jednak nawet w sytuacjach pozornie beznadziejnych nie warto się poddawać. Świadczy o tym przykład Andrzeja Leończyka z rozegranego w niedzielę 37. Półmaratonu Szlakiem Walk nad […]

Przebiegł półmaraton mający 22,7 km, dobiegł jako 5. i stanął… na 2. miejscu podium!

Dzieciaki biegają. Fot. East News

Wśród biegaczy panuje powszechne przekonanie, że wczesna specjalizacja i rozpoczęcie treningów w młodym wieku zwiększa szanse zawodnika na sukces w kolejnych latach. Jak twierdzą autorzy badania opublikowanego w European Journal of Sports Science, jest… zupełnie […]

Trenujesz w młodym wieku? Możesz ograniczać swój potencjał!

Wraz z sezonem jesienno-zimowym powiększa się oferta Salomona w rodzinie “crossów”. Do sklepów właśnie trafia Wildcross wykorzystujący najnowsze materiały i technologie zapewniające pewność w błotnistym terenie. Tym samym klienci francuskiej marki będą mogli wybierać w […]

Przyczepność w każdym terenie. Wildcross dopełnia ofertę Salomona

Po raz pierwszy w swojej wieloletniej historii Maraton Warszawski połączy uczestników biegnących poza granicami stolicy! Dzięki wyjątkowej formule biegu wirtualnego, w 42. PZU ORLEN Maratonie Warszawskim mogą wystartować biegacze na trasach w całej Polsce i […]

42. PZU ORLEN Maraton Warszawski wybiega poza granice stolicy