fbpx

Test inov-8 f-lite 195 – 2000 km na sztywnym zawieszeniu

Test inov-8 f-lite 195. Fot. Piotr Dymus

Test inov-8 f-lite 195. Fot. Piotr Dymus

Kiedy kupowałem rok temu nowe inov-8 f-lite 195, miałem już za sobą prawie cztery lata systematycznego treningu biegowego, wiele lat biegania okazjonalnie, trzy zaliczone maratony, kilka mniejszych imprez biegowych oraz półtora roku spędzone na poszukiwaniu Butów Doskonałych. Butów minimalistycznych.

 Oczywiście każdy rozumie to trochę inaczej – w moim wypadku oznaczało to całe mnóstwo pożądanych cech: przede wszystkim miały być minimalistyczne. To znaczy nie przeszkadzać w kontakcie nogi z podłożem, co najwyżej chronić podeszwę stopy przed otarciem. Miały być jak najlżejsze, żeby nie przeszkadzać w osiąganiu dobrych wyników. Filozofia niczym z wyścigów Nascar – zawieszenie ma być twarde, żeby cała moc silnika przekładała się na ruch do przodu, a nie w zbędne bujanie.

Wreszcie, co było akurat dla mnie bardzo ważne, miały nie rzucać się w oczy, tak żebym mógł w nich chodzić z dziećmi do szkoły i nie zmieniać ich po dotarciu do biura. Krótko mówiąc, potrzebowałem butów dobrej klasy, lekkich, w miarę niepozornych, i minimalistycznych.

Poszukiwania

Miałem już za sobą kilka lat doświadczeń i eksperymentowania. Do tradycyjnych butów z pełną amortyzacją (pierwsze new balance’y, asicsy) zniechęciła mnie kontuzja kolan, poczucie ciężaru oraz fakt, że amortyzująca pianka ubijała się po kilkuset kilometrach, powodując wykrzywianie stopy i konieczność poszukiwania następnej pary. Poza tym w pewnym momencie uwiodła mnie idea naturalnego biegania. I tu okazało się, że oferta rynkowa w Polsce – przynajmniej w tamtym czasie – zostawała mocno w tyle. Zanim odkryłem f-lite’y, wypróbowałem m.in. klasyczne startówki (za sztywne, poza tym akurat trafił mi się model oczokrzykliwy), neoprenowe buty do chodzenia po wodzie (bardzo fajnie się zachowywały, tylko ten ciężar…), Vibram FiveFingers (pomysł super, ale zanadto budziły sensację), Nike Free (też niezłe, ale wysokość podeszwy udaremnia naturalną propriocepcję, a pięta jest podniesiona względem palców) – krótko mówiąc, rozpacz w ciapki. Chciałem już, wzorem tajemniczych Indian Tarahumara, zrobić samodzielnie buty z opony i dętki, kiedy wpadły mi w ręce Inov-8 f-lite 195, będące bohater(k)ami tego artykułu. I wtedy przeżyłem objawienie.

Nie ma natomiast żadnych nazw najnowszych, magicznych technologii, bez których, jak wiadomo, bieganie jest w ogóle niemożliwe.

Już od pierwszego założenia stały się butami do wszystkiego. Do pracy, na bieżnię, w teren, i na maraton. Odczucie naturalności praktycznie takie, jak przy bieganiu boso – z poprawką, rzecz jasna, na odczuwanie faktury podłoża, czego zresztą wcale nie żałuję. Na przykład 26 km przebiegnięte na bosaka może i robi wrażenie, ale – przynajmniej dla mnie – nie jest przesadnie przyjemne.

Test inov-8 f-lite 195. Buty do biegania naturalnego. Fot. Piotr Dymus

Test inov-8 f-lite 195. Buty do biegania naturalnego. Fot. Piotr Dymus

Czarna zebra

Wygląd wystarczająco neutralny, żeby otoczenie zaakceptowało je bez słowa: może nie do garnituru, ale poza tym na wszelkie okazje. Bardzo spodobało mi się wrażenie lekkiej kleistości podeszwy i dużej przyczepności, które niestety, chociaż zgodnie z oczekiwaniem, ustąpiło po niecałym miesiącu. Natomiast głęboki jak na szosówki bieżnik nie zawodzi w sytuacjach, kiedy jest to istotne. Bardzo lekka siatka, z przodu gumowana, sprawia, że noga się nie grzeje, a przepływ wody przez but jest trochę ograniczony. Ma się wrażenie swobody i luzu wokół stopy. O dziwo, dobrze sprawdzały się nawet przy piętnastostopniowym mrozie, ale pod warunkiem, że były suche. Na zimowe pluchy muszę sobie znaleźć coś bardziej szczelnego. No i najważniejsze – koniec problemów z kolanami. Choć tu być może bardziej pomogły odpowiednio dobrane ćwiczenia na siłowni. Nawet opisy dostępne w internecie ujęły mnie za serce, podkreślając minimalizm, płaski profil, naturalne ułożenie stopy, najwyższy (do dyskusji…) poziom propriocepcji, minimalną ochronę podeszwy. Pianka pod palcami ma 6 mm, pod piętą – o 3 więcej. Więc stopa leży prawie poziomo. Nie ma natomiast żadnych nazw najnowszych, magicznych technologii, bez których, jak wiadomo, bieganie jest w ogóle niemożliwe.

Test inov-8 f-lite 195. Fot. Piotr Dymus

Fot. Piotr Dymus

Raport po roku

Po przebiegnięciu z górą 2000 km odkryłem również trochę wad, zresztą w porównaniu z zaletami zupełnie nieistotnych: buty mają bardzo niską cholewkę, więc w terenie (choć, przyznaję, jestem w 90% „zjadaczem asfaltu”) przydadzą się jakieś lekkie stuptuty – w przeciwnym razie kamyczki w butach gwarantowane. Nie ma żadnej bocznej stabilizacji, więc na bocznych nierównościach, lub przy trawersowaniu stoku, but skręca się na stopie i jest to odczuwalne. Niektórzy to lubią. Ja nie. Cholewka praktycznie nie chroni przed wodą, nie licząc gumowanych przodów, więc przy niskich temperaturach, gdy jest mokro palce drętwieją z zimna. Wygląd butów uległ również pewnej degradacji, ale o to w sumie trudno się czepiać: białe elementy się pościerały, guma na czubkach trochę popękała – chociaż przyznaję, że nadal trzyma się nieźle – a pianka, której w bucie troszkę jest, ubiła się już prawdopodobnie do zera. Pianki jest zresztą akurat tyle, że jest to odczuwalne tylko przy bezpośrednim porównaniu z całkiem nowymi butami, poza tym nie przeszkadza. Jeśli chodzi o inne wrażenia z porównania nowy – stary, nic nie zauważyłem. No, może siateczka na starych butach jest trochę rozciągnięta. Albo czegoś doszukuję się na siłę.

Test inov-8 f-lite 195. Fot. Piotr Dymus

Fot. Piotr Dymus

Zawody

Buty świetnie sprawdziły się na maratonie. Przy czym po raz pierwszy zdecydowałem się pobiec bez skarpet, zakładając but bezpośrednio na gołą stopę (oczywiście wypróbowałem tę opcję wcześniej na treningach). Efekt był taki, że po raz pierwszy po maratonie nie zeszły mi paznokcie, a poza tym wszystko było całkiem w porządku.

Żadnych otarć, pęcherzy, itp. Mało tego, do historii odeszły wreszcie problemy z odciskami na przodostopiu. Buty mają sporo miejsca z przodu, a brak usztywnień w tym miejscu powoduje że stopa może swobodnie mościć się i rozpychać w czasie pracy.

Udane próby maratońskie zachęciły mnie do tego, żeby zaatakować pierwszy w życiu dystans ultra, czyli 50 km. Ponieważ na którymś z ekspo usłyszałem od sprzedawcy, że „buty naturalne to nie dla mnie, bo ja biegam po 100 km i więcej, i potrzebuję dobrego usztywnienia”, miałem w związku z tym trochę obaw. Ponieważ cała praca związana z kontrolą ruchu stopy i odbiciem jest przerzucona na biomechanikę, spodziewałem się, że może się to skończyć kontuzją. Pomyślałem jednak znowu o tajemniczym plemieniu Tarahumara, i ruszyłem w drogę. Nie mogę powiedzieć, że obyło się bez, nazwijmy to, pewnego dyskomfortu, ale akurat to nie buty były jego przyczyną, tylko zwykłe zmęczenie mięśni. Jeśli chodzi o stopy, wszystko było w porządku. Trochę tylko odczuwałem drętwienie podeszew, prawdopodobnie od obijania o podłoże – trasa była głównie asfaltowa. Poczułem też w lewej nodze coś jakby opuchnięcie na dole piszczeli, które – beztrosko potraktowane – przerodziło się po kilku dniach w pełnoobjawowe zapalenie ścięgna. Ale do samych butów nie mam żadnych zastrzeżeń, bo raczej nie miały w tym udziału.

Test inov-8 f-lite 195. Fot. Piotr Dymus

Fot. Piotr Dymus

Jeszcze sporo przed nimi

Podsumowując, wygląda na to, że moje poszukiwania dobiegły końca. No, może ktoś kiedyś wyprodukuje buty, które będą jeszcze cieńsze i jeszcze lżejsze (te ważą 198 gramów – 3 gramy więcej niż wzorzec w rozmiarze 42, od którego but wziął nazwę). Ale najpierw muszę znosić te, które już mam. Zważywszy że została mi jeszcze para kontrolna, która jest nietknięta, a but testowy jeszcze nie zakończył żywota, może to potrwać nawet kilka lat.

Nie jestem maniakiem nowinek i polityka Anglików z inov-8 mi się podoba. But został wpuszczony na rynek jesienią 2010 roku i od tamtej pory producent dodaje tylko wersje kolorystyczne. Wedle zapowiedzi – jeszcze co najmniej przez rok nie będą tykać tej konstrukcji. Więc nawet jeśli ktoś mi je ukradnie, czy obie pary zje mi pies sąsiada – będę mógł sobie kupić nowe.

Szczerze polecam ten model wszystkim pasjonatom naturalnego biegania, ale raczej biegaczom z pewnym doświadczeniem, bez nadwagi, z wystarczająco dobrą biomechaniką, niewymagającą specjalnego korygowania. Raczej nie jako pierwsze buty do joggingu. Chyba że ktoś kocha eksperymenty albo biega na bieżni mechanicznej (gdzie za amortyzację odpowiada ugięcie taśmy).

Opinia eksperta:
f-lite 195 przez wiele osób jest traktowany jako startówka. Jednak jeśli porówna się go z produktami konkurencji jak np. adidas adizero Boston, czy Asics Gel-Tarther, okaże się że to but o zupełnie innym charakterze – bardziej wymagającym. Ma obszerny przód, sporą regulację objętości w śródstopiu. Jest szalenie elastyczny przez co łydka i rozcięgno podeszwowe pracują w nim bardzo mocno. Zdarza się że kupują go początkujący, którzy traktują go jako pierwszego buta biegowego (od razu idąc w minimalizm), bo jest bezpretensjonalny. Dobrze sprawdza się na bieżni mechanicznej i wszędzie tam gdzie wymagana jest maksymalna wentylacja. 
Artur Chyła (Sport Guru)

Test inov-8 f-lite 195. Buty do biegania naturalnego. Fot. Materiały prasowe inov-8

Test inov-8 f-lite 195. Buty do biegania naturalnego. Fot. Materiały prasowe inov-8

Garść informacji

Nazwa modelu: inov-8 f-lite 195
Dystans testu: powyżej 2000 km
Szerokość: standardowa D
Testowany rozmiar: 44 (UK 9.5)
Dostępne rozmiary: 36-48 (unisex)
Waga buta: 195 g
Typ biomechaniczny: neutralny
Nawierzchnia: twarda, bieżnia mechaniczna, ścieżki leśne i polne
Przeznaczenie: CrossFit, buty do biegania naturalnego
Inne wersje: 6 wersji kolorystycznych
Info: www.inov-8.com

Tomasz Dryjański, „2000 km na twardym zawieszeniu”, Bieganie, czerwiec 2012

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger