fbpx

Mój pierwszy ultra

Ultra Maraton Bieszczadzki. Pierwszy odbył się w październiku 2013 roku. Pojechałam wtedy z rodziną w Bieszczady na wycieczkę. Te góry kocham od dawna – studiowałam w Rzeszowie, więc miałam blisko – a najbardziej podobały mi się jesienią.

Kiedy zobaczyłam startujących pomyślałam, że to jakieś wariactwo – biegać po górach przez tyle godzin?! Poszliśmy na Połoninę Wetlińską żartując z tych, którzy rano wyruszyli w trasę biegiem. Wracaliśmy, gdy dobiegali ostatni. Takiej radości dawno nie widziałam. W skrytości serca zamarzyłam, żeby doznać tej samej euforii, satysfakcji i ekscytacji. Szybko podjęłam decyzję o tym, że zacznę biegać po górach. I rozpoczęłam przygotowania.

DSCF1114a

Najpierw przebiegłam I Kielecki Bieg Górski – było super. Potem Rzeźniczek – było wspaniale! Biegło mi się lekko, z energią, podziwiałam przecudne widoki, ścigałam się nawet. Wpadłam na metę przed upływem 4 godzin. Niestety po tym biegu po raz pierwszy w mojej biegackiej karierze doznałam kontuzji – nie mogłam oddychać, a ból w krzyżu był nie do zniesienia. Najpierw pomyślałam, że to zwykłe przeciążenie, kiedy jednak po czterech dniach nie przeszło – poszłam do lekarza.

DSCF1070a

Kolejnym etapem była Krynica i 34 km. Nowością dla mnie było bieganie w nocy. Początek koszmarny. Jeszcze na starcie zastanawiałam się, czy nie zrezygnuję. Pobiegłam jednak. Do 11 km bez sił, bez mocy. Potem odrodzenie i myśl: „Tak mi dobrze, że mogłabym pobiec nawet 66 km”. Poprzestałam jednak na zaplanowanych 34 km. Przecież to miał być tylko trening przygotowujący do UltraMaratonu Bieszczadzkiego.

DSCF1078a

I w końcu zaczął się październik. Tymczasem u mnie nawał pracy – i to wyjazdowej. W piątek poprzedzający bieg jeszcze wracałam z Poznania. Pociąg spóźnił się solidnie, zamiast o godz. 20 do domu dojechałam półtorej godziny później. Na stacji PKP wsiadłam do samochodu i z Andrzejem Grochowskim udałam się na dalekie południe. Niestety bez Piotra. W ostatniej chwili musiał zmienić plany i pojechać do pracy, na maraton w… Poznaniu.
Rano byliśmy w Cisnej. Pogoda przecudna. Dzwonię więc do Piotra i zaczynam: „Piotruś jest tak pięk…”. „Nic mi nie mów na ten temat!” i wyłączył się. Wiem, jak mu było przykro, przygotowywał się do tego biegu, planował. Rozumiałam go.

DSCF1050a

Dotarliśmy na miejsce, pakietów jeszcze nie wydawano, więc poszłam obejrzeć expo. A tam cudo – piękna szklana bizuteria, fantastyczne ceramiczne miski i śmieszne magnesy. Postanowiłam zrobić sobie prezent – nagrodę. W końcu o tym biegu marzyłam cały rok. Jeszcze go wprawdzie nie przebiegłam, ale… co tam! Przywitałam się z fajnymi ludźmi z mleczarni z Ryk, dostałam zaproszenie na lot balonem, pokibicowałam biegającym dzieciakom. Pogoda była tak wspaniała, a atmosfera fantastyczna, że zabawiliśmy na placu przed Banderozą do zmroku. Dopiero potem pojechaliśmy do hotelu. Tam przygotowanie stroju i plecaka, obgadanie strategii. Andrzej postanowił biec ze mną.
Rano pobudka, śniadanie i na start. Plecak z ubraniem do przebrania do depozytu, wspólna fota zrobiona przez Wasyla, strzał i w trasę! Asfalt i od razu pod górkę. Potem znowu asfalt i szuter, wciąż nieznacznie, ale jednak pod górkę. Na 13 km pierwszy pomiar czasu, a ja czuję, że jestem zagotowana. Nie mam sił, brakuje mi energii.

DSCF1054a

Podchodzimy znów pod górkę asfaltem, marzę, żeby wejść już do lasu. Wstyd mi, że nie biegnę, tylko idę, ale trudno – nie mam sił. Dostrzegam jednak oznakowanie trasy – obok 13 km jest 39, a to oznacza, że tu jeszcze wrócę (nawiasem mówiąc tak świetnie oznakowanej trasy nigdy nie widziałam – ukłony w stronę organizatorów, podwójne dla tych, którzy wnosili w góry tablice z oznaczonymi kilometrami). Nareszcie upragniony las.

DSCF1097a

Nie wiem, co się działo między 13 a 29 km. Potem zobaczyłam miejsce, które na długo pozostanie w mojej pamięci. Na balach obok drogi siedziała sympatyczna dziewczyna. „Prosto?” – krzyknęłam. „Nie, w górę” – odpowiedziała. I wtedy Ją zobaczyłam. Zamurowało mnie. Góra w pionie, na niej mozolący się biegacze. Biegacze? Wyglądali jak zombi. „Jak się nazywa ta góra?” – pytam. „Zajebista Góra!”. Taaaak. Nazwa adekwatna. Podejście strome, jak nie wiem co, ludzie wspinają się krok po kroku, nawet na żarty nikt nie ma już ochoty. 200 metrów w górę i fantastyczni wolontariusze z wodą. Wnieśli tam kubki i baniaki z wodą! – jak ona mi smakowała…

DSCF1074a

Kilometr Hyrlatej, bo tak się ta góra nazywa, zabrał mi 25 minut! Trzy kilometry pokonałam w godzinę. I wtedy się zaczęło. Poczułam strach, że nie zmieszczę się w limicie sześciu godzin na 39 km. Przeżywałam to uczucie pierwszy raz. Co za stres! Nie chciałam, żeby ten pierwszy ultra zakończył się przed czasem. Pomyślałam: „Mogę biec, tylko ten czas… Ta presja jest nie do zniesienia!”

DSCF1057a

Na szczęście dotarłam na pomiar z małym zapasem. Szczęśliwa. Wypiłam kilka kubków coli, wzięłam bułkę z serem z Ryk, ale miałam tak ściśnięty żołądek, że nie przełknęłam ani kęsa. Zaczęłam znowu iść asfaltową drogą, którą już znałam. Na rozdrożu jeszcze jeden punkt nawadniania i niespodzianka. Suwi. Ubrany w barwy pomarańczowe, tak samo jak ja z Andrzejem. Zrobiliśmy sobie zdjęcie i Suwi zadał sakramentalne pytanie: ”Ścigamy się czy mamy zabawę?”. „Suwi, ani się nie ścigam, ani nie mam zabawy. Po prostu nie mam sił”.

DSCF1085a

Ruszyliśmy w górę. Znowu góra. Podejście pod Okrąglik. Znowu ciężko. Nienawidzę podbiegów. Dziwnie brzmi to słowo, skoro ledwie idę. Tym razem kilometr zajął mi 18 minut. Kiedy zaczęło się trochę w dół, wzięłam trzeci żel i pognałam. Po drodze spotykamy turystów, kibicują nam, biją brawo, mówią, że jesteśmy wspaniali. Wciąż nie mam sił, ale lecę. Wyprzedziłam kilka osób i czekam na znany mi z Rzeźniczka zbieg. Dobrze sobie wtedy na nim radziłam. Tym razem było inaczej. Nogi już zmęczone, nie mogłam się puścić na luzie, tak jak lubię „na łeb, na szyję”. Zbiegałam ostrożnie.

DSCF1052a

Nagle usłyszałam odgłosy stadionu. To już blisko, jeszcze tylko potok, tory kolejowe i meta. A tu niespodzianka. Błoto. Przeorane błoto. Nie da się go wyminąć. Brodzę więc w tym błocie, wbiegam na tory i przeżywam niesamowite wzruszenie – kibice biją nam brawo. Mimo że minęło już 8 godzin i właśnie rozpoczęło się dekorowanie zwycięzców.

DSCF1109a

Na mecie ze szczęścia chciało mi się płakać. Ze zmęczenia nie uroniłam jednak łzy. Czekał na nas już Karol z żoną Anią, zmęczony, ale też bardzo szczęśliwy. Historyczna fota – wszyscy debiutowaliśmy w ultra.

DSCF1111a

Po powrocie do hotelu prysznic, gorąca herbata i plany na następny dzień. Oczywiście uzależnione od samopoczucia. Ale nazajutrz tylko zmęczeniowy ból ud, a poza tym nic. Mogłam oddychać, nie bolał mnie krzyż. Wybraliśmy się więc na wycieczkę Wołosate – Rozsypaniec (Andrzej ciągle nie mógł zapamiętać nazwy: „Jagoda, jak się nazywa ten szczyt: Rozgałęźnik, Rozchodnik, Rozbieganiec?”) – Halicz – Tarnica – Wołosate.

DSCF1126a

Było pięknie. Ciepło, słonecznie, kolorowo, wspomnieniowo. Po drodze słuchaliśmy w samochodzie „Wiewiórki na drzewie”. Było bosko!
Mój pierwszy ultra za mną – w głowie kolejne plany biegów górskich. Nie śmiem jeszcze głośno o nich mówić, ale wiem już, jaki prezent będę chciała zrobić sobie na okrągłe urodziny.

DSCF1131a

Ps. Zawsze kiedy jestem z siebie dumna, robię sobie prezent – więc zamówiłam piękny łańcuszek z przywieszką na bizuteriasportowa.com. Zasłużyłam! 🙂

(Jagoda)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger