fbpx

Ultra-Trail du Mont-Blanc: 170 km, nieustanne góra-dół

Ultra-Trail du Mont-Blanc - na trasie UTMB Fot Piotr Dymus

UTMB 2011. Fot. Piotr Dymus

A kto siedział w domu ten niech żałuje. I niech czeka na zapisy do kolejnej edycji. 150 euro na wpisowe da się uzbierać nawet z zasiłku dla bezrobotnych. Najwyżej nie będzie na kilka wyjazdów w obrębie kraju. A na benzynę? Można zebrać ekipę pięciu osób i spakować się w jedno auto. Zalać do pełna LPG, a bagażnik napełnić kanapkami, konserwami i kiełbasą (część bagażu niestety pojedzie na kolanach pasażerów). Ale co z tego!

Opowieść o Ultra-Trail du Mont-Blanc z 2011 roku, autorstwa Krzysztofa Dołęgowskiego

Tak podróżowały do Chamonix całe pokolenia polskich alpinistów. Gdy sąsiad zakpi z Twojego bagażu, powiedz mu: Trzymam się narodowej tradycji i idę w ślady Jerzego Kukuczki. Na dowód wyciągnij dorodne pęto suchej krakowskiej, bo taką ponoć nasz najlepszy alpinista wcinał nawet w drodze na Everest.

Magda Ostrowska-Dołęgowska przed CCC w ramach Ultra-Trail du Mont-Blanc Fot Piotr Dymus

Nie przejmuj się budżetem tylko jedź. Gdy dotrzesz na Przełęcz Forclaz, prowadzącą ze Szwajcarii do Francji – zrozumiesz dlaczego warto siedzieć ze zdrętwiałymi nogami i drzemać z głową pod pachą kompana podróży. Już na 20 km od bazy biegu widać oznakowania trasy. Ale one w tej chwili nie grają roli. Najważniejsze są wielkie majestatyczne szczyty, przy których nasz Kasprowy jest tylko podstawką pod stację meteo. Przytłaczające granie, od których oglądania boli szyja. Zielone u dołu, w połowie szare, a na szczytach przyprószone świeżym śniegiem. Na stokach pasą się krowy ze słynnymi alpejskimi dzwonkami. Słońce odbija się od wody w strumieniach. Zanim dotrzesz do Chamonix – mekki wspinaczy i biegaczy – zobaczysz pierwsze lodowce. Są bardziej kiczowate niż jakikolwiek obrazek kupiony na Krupówkach. Błyszczą się jak falbanka sukni ślubnej. W głębi kryje się i spogląda z góry niczym paser ze swojego kantorka – sam wielki szef – Mont-Blanc. On tu sprawuje niepodzielną władzę. Dla niego przyjeżdżają tutaj wszyscy. Dla niego zbudowano kurort, las wyciągów, szkołę wspinaczki, dziesiątki knajp i zagłębie sklepów ze sprzętem trailowym. Szukasz butów niedostępnych w Polsce? W rozmiarze 48? Proszę bardzo. Wujek Mont-Blanc ma swoich ludzi, którzy Ci je załatwią. Oczywiście z odpowiednim podatkiem za zakupy na terenie Wujka. Będziesz miał do dyspozycji cały arsenał. Od absurdalnie amortyzowanych butów Hoka One One po minimalistyczne laczki. Kupisz nawet okolicznościowe rękawki z logo Ultra-Trail du Mont-Blanc.

Sprzęt obowiązkowy na Ultra-Trail du Mont-Blanc Fot Piotr Dymus

Organizatorzy kontrolują sprzęt każdego z 6000 uczestników

Feta

To jest wielkie biegowe święto, więc zachowanie jak przed Gwiazdką jest tu zupełnie normalne. Tłumy biegaczy przewalają się po wszystkich uliczkach. Jedni już kończą swój bieg, inni dopiero szykują się do zawodów. Od piątku do niedzieli przez metę przewija się prawie 6000 biegaczy. Są 3 główne biegi, których trasy częściowo się pokrywają. TDS (Sur Les Traces des Ducs de Savoie -112 km) – startujący we Włoszech i obchodzący masyw Mont-Blanc od zachodu. CCC (Courmayeur, Champex, Chamonix – 92 km) – obejmujący 2/3 okrążenia od wschodu i na koniec UTMB (Ultra-Trail du Mont-Blanc – 166 km) – kompletne koło.

Alpejska noc

Gdy profil trasy raz po raz wznosi się powyżej 2000 m n.p.m. pogoda odgrywa zasadniczą rolę. I kaprysi jak tylko potrafi. Jeden wieczór spływa strugami deszczu. Wąż biegaczy ciągnący się pomiędzy granicą Szwajcarii, a rynkiem w Chamonix cały ocieka wodą i świeci trupim światłem diodowych czołówek. Zwycięzcy załapali się przed zmrokiem, ale peleton potyka się w mroku na kamieniach i ślizga w kałużach. W deszczu niewiele widać nawet z mocną lampą – wszystko zwodniczo błyszczy, a mgła snująca się po zboczach tworzy aureole zasłaniające widok i ukrywające prawdziwy kształt terenu. A jednak wszyscy biegną. Jedni już powłóczą nogami, bo 90 km okazało się ponad siły, inni z grymasem na twarzy walczą żeby uciąć kilka minut z wyniku lub prześcignąć konkurentów. Na końcówce nie ma już miejsca na gwałtowne zrywy i przyspieszenia. Kto zachował trochę mocy – wskakuje niczym czarne BMW na lewy pas i wyprzedza mrugając długimi. Nie dlatego, że ostro finiszuje. Tylko dlatego, że Ci co ruszyli za ostro na początku mają teraz przed oczami ścianę. I nie taką miejską – maratońską jak Pałac Kultury, tylko prawdziwą alpejską, jak Petit Dru nad głową, zwieszający się kilometrem pionowego granitu i szpikulcem dźgającym stopę samego Boga.

Ultra-Trail du Mont-Blanc Fot Piotr Dymus Start UTMB

Wąż biegaczy startujących na najdłuższej trasie

W czasie gdy pierwsze kamizelki z napisem „Finisher CCC” znajdują swoich właścicieli, na głównym placu w Chamonix wzbiera kolejna fala. To Ci, których przyciągnęła liczba 9500 określająca przewyższenia i dystans powyżej setki mil. Zajmują cały rynek. Zapakowani w wodoodporne kurtki czekają na wystrzał. O 23:30 w końcu wylewają się na ulice otoczeni tłumem kibiców z dzwonkami, trąbkami i grzechotkami. Spod czołówek błyskają zęby, kije rytmicznie stukają po asfalcie. To rozbiegówka. Przez pierwsze kilka kilometrów w peletonie trwa wielkie tasowanie i segregowanie. Stalowe łydki ciągną do przodu. Na plecach niosą miniaturowe plecaczki, w których nie wiadomo jak mieści się obowiązkowe wyposażenie. A muszą mieć kurtkę wodoodporną, spodnie chroniące przed deszczem, ciepłe rękawice, czapkę, bluzę, dwie latarki, folię NRC, telefon, zapas jedzenia… W sumie niby niby nic wielkiego, ale pakunki aż kuszą by zajrzeć, bo ich rozmiary są niewiarygodne.

Sprawdzian

Mont-Blanc sprawdza swoich ludzi. Zanim wzejdzie słońce na drodze stanie Croix du Bonhomme. Podejście 1300 metrów pod górę. Jeśli ruszałeś z niezaleczoną kontuzją, to tu pewnie zakończysz bieg. Mont-Blanc wypluje Cię jak zepsuty ząb – ruszając na przemian w górę i w dół. Kilometr w górę i w dół wielkich skalistych dziąseł.

Ultra-Trail du Mont-Blanc - na trasie Fot Piotr Dymus

Przez pierwsze 2 godziny na szlakach jest tłok – potem można już trzymać własne tempo

Odpoczynek po pierwszym starciu nie jest długi. Właściwie nie ma płaskiego terenu. Po serpentynach w dół jest czas na kilka oddechów na punkcie kontrolnym, a potem kolejne 10 km w poziomie i równocześnie kilometr w górę. Wiem, że kto chce wygrać – musi przebiec większość tego odcinka. Ja nie chcę. Myślę, że to podejście będzie trwać wiecznie i tak rozkładam siły. Jeśli pragniesz tylko ukończyć – na pierwszych 60-100 km powinieneś czuć się cały czas jak nowo narodzony. Bo potem… Bo potem już nie będziesz.

 

Słońce

W tym roku (2011) start był przesunięty o 5 i pół godziny, więc rytm dnia i nocy na trasie się znacznie przesunął. Słońce zastało mnie gdzieś w drodze na Col de la Seigne – bajeczną przełęcz otoczoną zaróżowionymi szczytami z wielkimi śnieżnymi czapami. Po jej przekroczeniu ujżałem lodowce. Ale nie z dołu jak przyjezdny turysta. Zaglądałem z góry wgłąb ich mglistych i mroźnych dolin. Wstawał alpejski dzień. Filmowy, pocztówkowy, reklamowo-folderowy. Na szlaki wyszli pierwsi turyści i kibice. – Allez! Allez! Bon Courage! – krzyczeli. Super tacy turyści. Pewnie dobrze opłaceni (wygląda na to, że wszyscy są tu skorumpowani przez Wuja Blanca, ale stan rzeczy jakoś nikomu nie przeszkadza). Wujek dba o wizerunek. Sypie śniegiem, dostarcza mgłę w doliny, poleruje ściany na wysoki połysk. Tylko z lodowców chyba chce zrezygnować, bo z roku na rok wystawia ich mniej. Mimo to pięknie jest. Tylko do mety jeszcze setka.

Ultra-Trail du Mont-Blanc Fot Piotr Dymus

Bukłak – podstawa wyposażenia

Ostatki

We Włoszech się ociepla. Plecaki rosną, odsłaniają się krótkie spodnie i koszulki. Nogi zmieniają strukturę. Twardnieją. Niczym dorastające drzewka tracą elastyczność i coraz bardziej przypominają pnie. Blanc zaczyna czarować. Gdy słońce chowa się za horyzontem trzeba cały czas przestawiać stopy by nie zapuściły korzeni i nie wbiły w skalisty grunt. Pić, jeść, ale nie stawać. W stawach skrzypią sęki, a wargi pokrywają się korą. Graniczną przełęcz Forclaz, którą oglądałem z okien samochodu, teraz ciągnie w mroku kolumna drzewców. Widzę siebie jako starą wierzbę z lampą wplecioną w koronę. Sunę zaczarowany do samego Argentiere – na przedmieścia Chamonix. I nie ma już nadziei, gdy nagle… Gdy z amoku wyciąga mnie światło za plecami. Plączę się pomiędzy jawą, a drewnem i w końcu wracam do własnej postaci. Nie wiem jak to zrobiłem. Ale poczułem, że dam radę jeszcze raz być biegaczem. I pomknąłem jak po ulicach Warszawy. Cztery minuty na kilometr. O czwartej nad ranem. Ku pierwszym latarniom, sprintem ku rynkowi i rodzinie. Wpadam na metę. Odczytuję chipa. 29 osób przede mną. Ponad 2000 za mną. Połowa w ogóle tu nie dotrze. Wypijam herbatę. Przebieram się w suche ciuchy. Żona owija mnie kurtką.

Krzysiek Dołęgowski na Ultra-Trail du Mont-Blanc Fot Piotr Dymus

Spoglądam na nogi.
Znów jestem drzewem.

5 rad dla startujących w Ultra-Trail du Mont-Blanc

  1. Zrób rekonesans w Alpach. Albo chociaż w Tatrach. Zbadaj na własnych udach czym jest zbieg 1000 metrów bez przerwy. Bądź gotów na 10 takich. Nie musisz robić 100 km w tygodniu by ukończyć bieg, ale musisz znać góry i nie bać się zmarznąć i przemoczyć.
  2. Ćwicz dużo w trudnym terenie. Będziesz potrzebował koordynacji na wąskich serpentynowych ścieżkach. Miejscowi skaczą po nich jak kozice. Jeśli zabierasz kije trekkingowe naucz się ich używać. Inaczej będą się tylko plątać koło nóg.
  3. Weź ze sobą wydrukowany profil trasy. Zalaminuj go i trzymaj pod ręką. Nie zaskoczą Cię niespodziewane podejścia. Zaplanuj w jakim czasie chcesz pokonać całość i rozpisz godziny wejść na poszczególne szczyty.
  4. Nie ścigaj się przed 120 kilometrem. Ciężki kryzys i złe rozplanowanie sił nie kosztuje tu 5 czy 15 minut jak na maratonie. Wyobrażasz sobie ścianę ciągnącą się przez 5 godzin? Pełnowymiarową. Z halucynacjami i torsjami. To niestety standard dla wielu nieostrożnych biegaczy.
  5. Nie rozsiadaj się na punktach kontrolnych. Jedz i pij dużo, ale staraj się robić to w marszu. Napychaj kieszenie, napełniaj bukłak i natychmiast ruszaj dalej.

Krzysztof Dołęgowski, Nieustanne góra dół, Bieganie, październik 2011

 Tegoroczna relacja Bartka Mejsnera: UTMB czyli jak kropla drąży skałę

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger