fbpx

Blogi > Bartosz Mejsner > Blogi

UTMB – czyli jak kropla drąży skałę

IMG_1970

Mało będzie o bieganiu, zupełnie pominę czasy, międzyczasy, limity, tempa. Nie będę też pisał o treningach, sprzęcie, logistyce. Żadnego poradnika dla początkujących. To wszystko było ważne przed biegiem i zupełnie straciło znaczenie wraz z chwilą gdy wybrzmiały pierwsze dźwięki Rydwanów Ognia. Wyruszyliśmy w góry, przemierzyć Alpy- poprzez Francję, Włochy i Szwajcarię, wyruszyliśmy z Chamonix, by do Chamonix powrócić, pokonując 168 kilometrową trasę wyścigu UTMB. Nie wiem jak inni, ale ja wróciłem odmieniony, inny, bogatszy i szczęśliwszy. Głęboko zaczerpnąłem z tych gór i z ludzi, którzy byli ze mną przez cały czas. Może będzie trochę łzawo i emocjonalnie, a nawet zbyt dramatycznie, ale dzisiaj tak na to patrzę.

Lotnisko w Genewie. Do lotu pozostało jeszcze sporo czasu więc siadam nad czystą kartką papieru. Na chwilę zamykam oczy. Najpierw chciałem sobie to wszystko poukładać, ale odebrałbym swojej relacji to co dla mnie najcenniejsze- emocje. Piszę więc.

Na zbiegu do Courmayeur- w połowie biegu, poddałem się. Przecież nie bez walki. Trudno mówić o poddaniu się bez walki mając już przebiegnięte blisko 8o kilometrów, a ja potwornie cierpiałem już od wielu godzin. Ból brzucha. Zaczynał się w okolicy pachwin, kończył na splocie słonecznym. Przyspieszenie- skurcz, zmiana nachylenia- skurcz, zmiana kierunku ruchu- to samo. Pojedynczo, potem seriami i w końcu bez przerwy. Dzwonię do Kamila- schodzę z trasy, decyzję już podjąłem. Krótka cisza w słuchawce, potem spokojnym głosem odpowiada – przemyśl to, jest dużo czasu, odpocznij, poleż, rozluźnij się. Chwilę później leżę na kamiennej, zimnej podłodze, nie mogę się ruszać z bólu. Przychodzi wiadomość, ta już w innym tonie, jakby czuł czego potrzebuję- „Masz iść…trzeba walczyć, każdy ma swój krzyż. Weź stoperan i sól, odpocznij i ruszaj dalej, płacz, sraj i biegnij do mety”. Nieomal w tym samym czasie jeszcze to- „Bartek jeśli jakiś leń w głowie mówi Ci, że nie dasz rady…zabij go, Twoja głowa wie, że ciało da radę! Jesteś Wielki! Z podziwem patrzę na Twój wyczyn” Zamykam oczy, oddycham głęboko…po twarzy spływają mi łzy.

Postanawiam zrobić coś dla tych, którzy we mnie wierzą i czekają na mecie. Wiem, że nie dam rady ukończyć biegu, ale pobiegnę do 100ego kilometra. Dam z siebie więcej, przecież zawsze jest jakieś dalej i jeszcze. Wola ludzka jest silniejsza od bólu, strachu i rezygnacji. „Mam nadzieję, że żyjesz jeszcze…Nie poddawaj się, wszyscy tutaj czekamy”

Wstaję pomału, jakby z obawą, że się rozsypię, przemywam twarz. Czas na prawdziwą walkę. Ultra zaczyna się dopiero tam, gdzie każdy następny kilometr naprawdę boli. Jesteś ultrasem? Chcesz nim być? Naucz się cierpienia, oswój i pokochaj swój ból. Wyruszam by pokonać moje ostatnie 20 kilometrów.

IMG_1977

To najpiękniejsze miejsce na ziemi – Alpy włoskie. Jest tak pięknie, że aż dech zapiera w piersiach. Słońce rozświetla góry pokryte śniegiem i lodem, poniżej soczyście zielono. Wszystko to przecinają spływające ze szczytów, galopujące wodospadami potoki. Dołem płynie rwąca, spieniona wypłukanym z gór kamieniem rzeka. Huk wody przypomina odgłos lecącego gdzieś w oddali helikoptera. Po wielu godzinach biegu słyszę ten dźwięk nieprzerwanie, w dzień i w nocy.

IMG_1974

Na podejściach czuję się względnie dobrze, napieram naprawdę mocno. Nogi dają radę, wyprzedzam. To co nadrabiam, gubię na płaskim. Żołądek nie pozwala na bieg, staram się więc truchtać. Żałośnie musi to wyglądać, zgięta sylwetka, krótki, ciężki, wymuszony krok, grymas skostniały na twarzy i wciąż to rozpaczliwa myśl, że to już nie potrwa długo.

W okolicach 100ego kilometra postanawiam osiągnąć swoją życiówkę- 120 kilometrów i 30 godzin nieprzerwanego napierania. To pozwoli mi wycofać się przed zmrokiem. Z przepaku nie zabrałem ze sobą drugiej czołówki, ani baterii do tej, którą mam ze sobą. Mogłem się przynajmniej solidnie wysmarować, zaczynają dokuczać mi liczne otarcia, pęcherze na stopach i podeszwy stóp. Mam zapasowe skarpety, ale nie odważę się zdjąć tych, które założyłem na początku.

„Możesz więcej niż myślisz”, „cała stówa za Tobą. Szacun. Jesteś Wielki”, „Już masz z górki. Dasz radę. Trzymaj się. Myślę cały czas.” Przestańcie już do mnie pisać! Nie macie pojęcia jak strasznie mnie boli, ale mimo to nie mogę, po prostu nie pozwalacie mi się zatrzymać, bo jesteście! Po raz kolejny łzy napływają mi do oczu. Jeszcze trochę powalczę, a niech tam, noga za nogą, zostawię w tych górach całe serce, całą nagromadzoną latami determinację. Ten jeden, jedyny raz!

IMG_1972

Robi się ciemno. Z przerażeniem myślę o biegu w ciemnościach, bez latarki. Porozbijam się na tych kamieniach, a stopy? Już za chwilę zacznę się potykać, co kilka minut tracąc kolejny paznokieć. I wtedy właśnie…w ostatnich promieniach słońca dobiegam do punktu z napisem „light service” Macie pojęcie?! Czy to tylko szczęście? A może jednak wielkie oko opatrzności czuwa nade mną choć jestem taki mały i nieważny.

„Bartek trzymaj się! Jesteś świetny. Jak się jutro obudzę chcę zobaczyć, że jesteś na mecie!” Ha! Optymista, na mecie, powiada. Nie tym razem, 60 kilometrów wydaje się dystansem niebotycznym, kolosem, ścianą nie do przebycia. Wycofałem się 40 kilometrów temu, wiele godzin temu postanowiłem, pomyślałem, że chyba jednak nie warto.

„Dawaj Bartek, trzeba robić trudne rzeczy. Jesteś z innej gliny, motywujemy Cię wszyscy! Cholera, też sobie moment wybrał! Właśnie, że nie jestem!!!- wrzeszczę na głos. Nienawykli do okazywania uczuć, japońscy biegacze patrzą na mnie z osłupieniem w oczach. Jestem słaby, zmęczony, boli mnie i chcę spać. Chcę się k…. położyć i zamknąć oczy. „Jest sens, naprawdę. Jest duży sens.” Czyżby? Czy to mnie odmieni, czy pomoże komukolwiek, do czegoś przekona? Coś udowodni? Nie! Dałem z siebie wszystko, a nawet więcej, wyprułem flaki, opróżniłem płuca. Pozwólcie mi odpuścić. Niech ktokolwiek napisze- odpuść stary, już wygrałeś, nie musisz. Nie ma nikogo takiego, nikogo!

Gdzieś w środku nocy zaczynam usypiać. Dzwonię do domu, jestem przerażony, z trudem wyrzucam z siebie słowa, z trudem zbieram nie poskładane myśli. Tracę orientację, chwilami też świadomość. Mam omamy. Widzę robaki toczące się pod nogi, omijam je, szukając stopami miejsc gdzie ich nie ma, wpadam w wodę. Nad głową nieustanny huk helikoptera, a może to wodospad? Z ciemności dociera do mnie dźwięk pasterskich dzwonów- krowy, jedyne oprócz biegaczy istoty, które ciągle nie śpią. Wchodzę do miasteczka. Muszę coś zjeść bo czuję jak uciekają resztki sił, mam dreszcze. Posiedzę chwilę i z zamkniętymi oczami zdecyduję co dalej. W namiocie pełno ludzi. Wyglądają koszmarnie, poszarzałe, zakurzone twarze. Zasypiają wisząc bezwładnie nad plastikowymi talerzykami z rosołem z kostki. Ta wstrętna zupa to jedyne co jestem w stanie przełknąć. Wlewam w siebie kolejne porcje, wygrzebuję z dna rozgotowane kluski. Wbrew temu co zamierzałem, nie siadam nawet na chwilę. Na dworze czeka cieplutki autobus, powoli zapełniają się ostatnie wolne miejsca. Ci którzy w nim siedzą mają wypisaną na twarzy ulgę. Odwracam się i ruszam biegiem. Nie przechodzę do marszu aż do moich uszu przestają docierać dźwięki ulicy. Znowu w lesie, cisza. Gadam do siebie prawie bez przerwy. Gadam zupełnie bez ładu i składu. Przepis na omlety, których nie umiem robić, prawo Pitagorasa- z tym, że nie jestem pewien, co wypiera co. Wykłócam się z Kamilem o to, że powinien był mnie stąd zabrać.

„Jest sens. Bądź skoncentrowany. Masz mocną głowę. Czas żeby z niej skorzystać”. Z głowy to ja już dawno skorzystałem, z nóg, pleców i barków też. Pod górę ciągnie mnie coś całkiem innego, co? Nie mam pojęcia co, ale coś jest. „ Dawaj, dawaj. To nie są rzeczy dla każdego. Jesteś w elicie? Zapierniczaj. Jesteś w elicie. Dużo osób jest wokół i Cię wspiera. Na rozczulanie się przyjdzie czas. Dawaj. Swój rytm i lecisz. To jest sport, ale i coś więcej. Śmiało!”. Znowu to cholerne wzruszenie, znowu mokra twarz. Wycieram rękawem i trochę przyspieszam. Świt budzi nadzieję. Tak strasznie powoli i nieśmiało zaczynam myśleć, że to się może jednak udać, że choć jeszcze tak strasznie daleko i wysoko to przecież ciągle posuwam się naprzód, zjadam kilometr za kilometrem.

IMG_1975

Jest tak pięknie, że nie sposób nie pomyśleć, kto to wymyślił i namalował?, kto poskładał te klocki w perfekcyjną całość? Góry, zieleń lasu, śnieg, blask słońca, potok… czy to może być dzieło przypadku, losowania? To najprzedziwniejsze, narkotyczne uczucie jakiego doświadczyłem w swoim życiu- jak malakserem wymieszane- ból, zmęczenie, zachwyt, radość, wzruszenie i szczęście. Wreszcie to do mnie dotarło. Jestem tu gdzie chcę być do cholery!

„Jest naprawdę wszystko po Twojej stronie…zaraz będziesz też słyszał obok siebie spokojny oddech i się uspokoisz”. Z chwilę ma dołączyć do mnie Kamil, to mi daje potężnego kopa. Z animuszem, odważnie atakuję ostatnią górę- Tete aux Vents, to już dziesiąty raz wejdę ponad dwa tysiące metrów. Ten wyścig to prawdziwy rollercoaster – prawdziwe szaleństwo, góra, dół, góra…Ta jest potworna, mrużąc oczy w ostrym porannym słońcu wypatruję szczytu. Jest stromo i bardzo, bardzo ciężko. Plecy uginają się pod ciężarem plecaka, głowa co chwilę opada. Błagalnie wpatruję się w wysokościomierz. Cyferki zmieniają się w ślimaczym tempie, mimo to zerkam co chwilę. Ten szczyt wygląda jak dach świata. Mimo woli przez głowę przemyka myśl- warto było dotrzeć aż tu. Dopiero tu uwierzyłem tak naprawdę. Jak urzeczony stoję przez długą chwilę patrząc na świat- „Dziwny jest ten świat”- nucę. Paradoksalnie to właśnie tu na kilkanaście kilometrów przed metą poczułem, że ból mija. To właśnie ten fragment trasy pokonam najszybciej w szaleńczym galopie wyprzedzając przeszło dwustu biegaczy. Zawsze marzyłem o takiej końcówce!

„Zaraz będziesz płakał, śmiał się, przeklinał, jadł, pił. Jesteś tak blisko. Zrobiłeś to! Powalcz na końcówce! Bartek, to jest niesamowite! To Twój wyścig! Właśnie zbliża się jego koniec!” Dołącza do mnie Kamil, przepełniają mnie radość i wdzięczność. Jak zwykle nie gadamy tylko robimy swoje, dobrze mi się milczy z tym człowiekiem. Wdzięczność- to nie był tylko mój bieg, to świadomość tego, że wspiera mnie tylu bliskich, przyjaciół, a nawet zupełnie obcych mi ludzi dała mi siłę. Ja po prostu nie mogłem ich zawieść, nie wbiec do centrum Chamonix. Całe miasto, tłumy, tysiące ludzi- wszyscybiją brawo głośno dopingując. Niesamowite, niepowtarzalne, euforyczne uczucie- szczęście.

„Brawo! Dziękuję, że zmieniłeś mi życie!!!” Ariel- przyjacielu, dobry duchu- moje też się odmieniło! To jak uzyskanie nowej perspektywy, nowego spojrzenia. Postaram się o tym pamiętać do końca. Jeszcze raz dziękuję wszystkim, którzy mnie dopingowali. Wiem, że wielu z Was zarwało dwie noce, ślęcząc przed monitorami komputerów, czułem to przez cały czas. Dociągnęliście mnie do mety, przeciągnęliście przez kilometry i wielkie góry. Zawsze będę o tym myślał z wdzięcznością i wzruszeniem. To Wam dedykuję to bieganie, ten mój Ultra Trail du Mont Blanc.

Kończę już pisać kiedy przychodzi jeszcze jedna wiadomość- „jest to do zrobienia? czy wysiłek ponad miarę?” Odpowiedź nie jest prosta. Tego biegu, dystansu nie da się ogarnąć jedną myślą. Dla kogoś takiego jak ja, amatora, nigdy nie wystarczy siły mięśni. Trzeba to podzielić na malutkie kawałki i pomału starannie przeżuwając pochłaniać jeden po drugim – Delevret, Croix du Bonhomme, Col de la Seigne, Arete du Mont Favre, Grand Col Ferret, Bovine, Catogne, Tete aux Vents – pomalutku i myśląc tylko o tu i teraz…

Na koniec, czy było warto? P wielokroć tak! Nigdy nie byłem tak blisko porażki, nigdy też nie dotknąłem tylu granic. Nie wiem czy to się da powtórzyć. Być może, mogłem to zrobić tylko ten jeden, jedyny raz. Wszystko co zrodzone z pasji, choćby było też bólem, warte jest podjęcia wysiłku.

Chciałbym żebyście odnaleźli się w tym tekście.

I na sam już koniec zacytuję coś co zostało przepięknie napisane o tym biegu, o tych 43 godzinach, o mnie i o innych, o ludziach- „Po co ryzykować życiem? Bo to właśnie o Życie chodzi. Żeby Coś poczuć innego niż odgniecenia od pilota. Emocje to nie kula, która nie ma początku ani końca. Kiedy dochodzisz do ich kresu z powodu np. krańcowego zmęczenia, nie czujesz już złości, radości, lęku – nic. Spotykasz Ciszę, twoje myśli przestają wrzeszczeć, dotykasz strumienia Świadomości, o której istnieniu każdy z nas wie, obojętnie czy jest wierzącym, ateistą czy agnostykiem. Nagle wszystko jest oczywiste i proste, należysz to tego nurtu, czujesz że jesteś Nim. Czy ważny jest wtedy ból, lęk ? Jedni ten stan uzyskują medytując, modląc się inni np. biegnąc. Czy ważne jest jaką drogą dojdziemy do Prawdy? Może komuś to będzie dane podczas mycia naczyń czy innej prozaicznej czynności. Niech i tak będzie.”

Dziękuję!

mm
Bartosz Mejsner

Podoba ci się ten artykuł?

0 / 5. 0

Przeczytaj też

Sprzęt często decyduje o sukcesie lub porażce zawodnika. Dla aktywnej kobiety bardzo ważne jest dobranie odpowiedniego biustonosza. Powinien zapewniać piersiom komfort i bezpieczeństwo. O tym, jak dobrać odpowiedni rozmawiamy z Marzeną Abramowicz, certyfikowaną brafitterką z […]

Biustonosz sportowy – jak wybrać ten idealny?

Już w najbliższy weekend 1300 zawodników z Polski i świata weźmie udział w PKO Poznań Virtual Run. Do piątku (16.10) do godz. 20.00 można zgłosić chęć udziału w evencie, a minutę po północy będzie można […]

PKO Poznań Virtual Run coraz bliżej!

Podobnie, jak organizatorzy, także i biegacze nie wyobrażają sobie października bez biegu w Poznaniu. W nadchodzący weekend miał odbyć się 21. PKO Poznań Maraton. I choć epidemia pokrzyżowała wszystkim plany to możemy połączyć się w […]

Od Pomorza do Tatr – Poznań rozbiega Polskę w najbliższy weekend!

Znalezienie programu zrzucenia 5 kilogramów wagi w 7 dni jest w obecnych czasach jedną z łatwiejszych rzeczy pod słońcem. Diety-cud, magiczne formuły, fantastyczne odkrycia rewolucjonizujące dotychczasowe myślenie o utracie wagi, akcje typu “jedz ile chcesz i chudnij” obiecują dokładnie to, o czym marzy każda osoba z nadwagą – szybki efekt. Prawda jest jednak okrutna i my nie zamierzamy nikogo zwodzić: walka z nadwagą nie jest prosta.

Pierwsze kroki: bieganie a odchudzanie – zrzucamy masę

Czy bieganie na bieżni mechanicznej jest łatwiejsze czy trudniejsze niż na zewnątrz? Zapewne odpowiedź każdego biegacza będzie uzależniona od jego preferencji. A co na ten temat mówią badania? Wraz z pogarszającą się pogodą oraz wprowadzeniem […]

Bieżnia mechaniczna – trudniejsza czy łatwiejsza niż bieganie na zewnątrz?

Po wyczerpujących treningach sportowcy nierzadko sięgają po napoje specjalnie dla nich przeznaczone. Co takiego mają w sobie izotoniki i kiedy oraz kto powinien je stosować? Na samym początku warto odpowiedzieć na pytanie, czym są napoje […]

Napoje izotoniczne. Po co? Kiedy? Dla kogo?

Pobicie rekordu świata w lekkoatletyce to coraz rzadszy widok. Jednak ustanowienie 2 najlepszych w historii rezultatów jednego wieczora to historia wręcz unikatowa. I znów byliśmy jej świadkami w tym zupełnie niestandardowym sezonie! Joshua Cheptegei i […]

2 rekordy świata padły w Walencji!

Osoby, które stresują się wysiłkiem biegowym, nie muszą już czuć obaw. Dzięki metodzie japońskiego profesora nie zmęczą się ani nadmiernie nie spocą, a aktywnie spędzą czas. Co ciekawe, w dużym komforcie i z uśmiechem na […]

Slow jogging – po co i dla kogo?