fbpx

Valerie Brisco-Hooks – Michael Johnson w spódnicy

Valerie Brisco-Hooks

To śmierć pchnęła ją na bieżnię. Zabłąkana kula zabiła jej brata. Potem ciąża omal nie zabiła jej biegowego talentu. To nietypowa historia amerykańskiej sprinterki, która z grubaski przeistoczyła się w mistrzynię olimpijską, dziś niemal zapomnianą. Nawet w we własnej ojczyźnie.

Gwiazdka z piekła

Jeszcze później… no cóż, to ona ratowała młodych ludzi przed objęciami kostuchy roznoszącej prochy po ulicach Los Angeles. Gdyby nie śmierć, nie narodziłaby się zapomniana dziś gwiazda biegów. Była trochę taką bijącą po oczach swoim niezwykłym talentem supernową. Eksplodowała w odpowiednim momencie, pozostawiając po sobie mgławicę wspomnień i spekulacji.

Odkrycia supernowych są zgłaszane do Centralnego Biura Telegramów Astronomicznych przy Międzynarodowej Unii Astronomicznej. Trener Bobby Kersee, widząc w 1979 roku młodą Valerie, nie poszedł jednak do Unii. Podszedł jedynie do niej i powiedział, że chce z nią pracować. Później obiecał: „Będziesz królową igrzysk”.

Valerie była jedną z dziesiątki rodzeństwa.

Aby jednak w pełni zrozumieć kosmiczne porównania, trzeba się przenieść do roku 1960. Polskim kibicom biegania rok ten kojarzy się ze złotym medalem Zdzisława Krzyszkowiaka na 3000 m z przeszkodami (Krzyszkowiak jeszcze wróci pokrętnie w tej historii). Dla nas był podczas igrzysk w Rzymie jednym z najjaśniejszych brylantów w koronie Królowej Sportu. Amerykańska korona skrzyła się wówczas znacznie jaśniej, a najbardziej intensywny blask bił od Wilmy Rudolph. „Czarna perła”, „Tornado”, „Gazela”, bo tak ją wówczas nazywano, ścigając się w komplementach (cóż, z Wilmą można było wówczas ścigać się tylko w tej konkurencji), dokonała wówczas rzeczy bez precedensu: zdobyła złoto na 100 i 200 m oraz w sztafecie 4×100 m. Jest więc jakieś kosmiczne zrządzenie w tym, że właśnie w 1960 r. w Greenwood w stanie Mississippi urodziła się Valerie Hooks. Ta sama, która 24 lata później będzie pierwszym człowiekiem, który zdobędzie tytuły mistrzowskie na 200 i 400 m oraz w sztafecie 4×400 m. Żeby jednak do tego doszło, musiały spleść się ze sobą wydarzenia straszne, cały świat musiał stanąć na granicy zimnej wojny, ciało czarnoskórej sprinterki zmienić rozmiar, mąż stracić pracę, a dostawcy pizzy nauczyć się na pamięć drogi do domu rodziny Brisco.

W obronie honoru rodziny

Valerie była jedną z dziesiątki rodzeństwa. Największy talent do biegania miał Robert. Gdy familia przeniosła się do Watts na przedmieściach Los Angeles, jej starszy brat był gwiazdą lekkoatletycznej drużyny Locke High School. W 1974 r. po jednym z treningów Robert padł na bieżnię. Wokół niego pojawiła się kałuża krwi. Zmarł na oczach brata, Melvina. Policja ustaliła, że Roberta dosięgła zabłąkana kula wystrzelona przez nastolatka. Zabójca był za młody, by go sądzić. Rok później okazało się, że choć więzienie nie zwróciłoby życia Robertowi, to uratowałoby pewnie strzelcowi. Chłopak zginął bowiem w niejasnych okolicznościach (jedne źródła podają, że popełnił samobójstwo, inne, że został zastrzelony – wspólnym mianownikiem jest kula, która zakończyła jego życie).

Małżeństwo nieidealne

Śmierć Roberta wstrząsnęła rodziną. Kosmos odliczał jednak nieubłagalnie czas i trzeba było wziąć to pod uwagę. Podjęto więc decyzję, że to Valerie będzie teraz reprezentowała ród Brisco na bieżni. „Ktoś musiał bronić honoru, padło na mnie” – wspominała po latach.

To był dobry wybór. Dziewczyna szybko robiła postępy. Już w 1979 r. nie miała sobie równych we wszystkich college’ach w USA, zdobywając dla California State-Northridge mistrzostwo na 200 m. Niedługo po tym sukcesie została włączona do sztafety USA na igrzyska panamerkańskie. W San Juan na Portoryko Amerykanki zdobyły złoty medal i wydawało się, że ktoś zapalił zielone światło na drodze do wielkiej kariery panny z Watts. Valerie skręciła jednak w boczną uliczkę. Zamiast autostrady wybrała objazd przez wyboiste ścieżki macierzyństwa. Trzeba przyznać, że drogowskaz w tym właśnie kierunku postawił niejaki Alvin Hooks. Chłopak krzepki, choć nieprzesadnie postawny, zwinny i prędki, a przy tym odważny i obdarzony lotnym umysłem, słowem – skrzydłowy. Na tyle zdolny, że zaangażowany przez Philadelphia Eagles grające wówczas w NFL. Gwiazdą jednak nie był, o czym rodzina przekonała się później, gdy pukał od drzwi do drzwi, szukając klubu.

Tyła szybciej niż kiedykolwiek biegała. Zmieniła się w końcu w spacerującą po mieszkaniu matronę ważącą 90 kg!

Dał jednak Valerie swoje nazwisko i nieco materiału genetycznego. Akurat tyle, by starczyło na małego Alvina Jr., który ujrzał światło dzienne w 1982 r. Smukła dziewczyna nazbyt dosłownie wzięła sobie jednak do serca złote rady Goździkowej o tym, że w ciąży je się za dwoje. Tyła szybciej niż kiedykolwiek biegała. Zmieniła się w końcu w spacerującą po mieszkaniu matronę ważącą 90 kg! Był rok 1983.

O grubaski do mistrzyni olimpijskiej

Starszy z Alvinów nie miał już klubu. Młodszy nie miał jeszcze zębów. Mama miała nadwagę. Starszy i młodszy zawiązali nić porozumienia – razem zajmą się sobą, a Valerie zajmie się odchudzaniem i powrotem na bieżnię. W tym celu poproszono o radę Boba Kersee, który już wcześniej pracował z biegaczką. Przyjechał do ich domu, popatrzył na swoją byłą sprinterkę i zawyrokował – masz jakieś 31 kilogramów za dużo, by znów szybko biegać. „Wiem też, że masz w sobie dar” – pocieszał ją trener, przychodząc do jej domu i dopingując do odchudzania.

Ten akapit wszystkie panie, które chcą schudnąć po urodzeniu dziecka, mogą sobie wyciąć i nakleić na lodówkę. Valerie zrzuciła 18 kilogramów w dwa miesiące.

Tego akapitu już nie wycinajcie. Sposób, w jaki to zrobiła, była daleki od normalnego. Zastosowała drakońską dietę i dziwaczne ćwiczenie. Zawijała się w celofan, wciągała rajstopy, odkręcała gorącą wodę i wchodziła pod prysznic. A teraz najlepsze: w takiej domowej saunie parowej biegała w miejscu. Po dwóch miesiącach zadzwoniła do trenera i powiedziała, że jest gotowa, by wyjść na dwór. I wyszli. Był kwiecień 1983 r.

Zastosowała drakońską dietę i dziwaczne ćwiczenie. Zawijała się w celofan, wciągała rajstopy, odkręcała gorącą wodę i wchodziła pod prysznic.

Do dziś Kersee nie chce zdradzić, w jaki sposób postawił tę dziewczynę na nogi, a potem rozpędził. W ciągu niecałego roku z matrony zrobił sprinterkę światowej klasy. W USA bezwzględnym sitem olimpijskich marzeń są jednak zawsze zawody kwalifikacyjne. Akurat w 1984 r. był to niemal turniej, na którym rozdawano medale igrzysk z późniejszą datą odbioru. W odwecie za bojkot igrzysk w Moskwie towarzysze radzieccy zadecydowali, że sportowcy z krajów socjalistycznej szczęśliwości i mięsa na kartki nie polecą do zgniłokapitalistycznych imperialistów w zadymionym Los Angeles. Zimna wojna trafiała więc odłamkami w zawodników na całym świecie.

Zemsta na własnych sportowcach

Tak się składało, że i na 200, i na 400 metrów to damy ze Wschodu stanowiły najpoważniejszą siłę. Gdy zabrakło ich w Mieście Aniołów, droga do podium reszty świata była nieco łatwiejsza. Oddając jednak sprawiedliwość cyferkom, to absencja zawodniczek z Czechosłowacji, NRD i ZSRR nie oznaczała, że medale na bieżni były jak wyrób czekoladopodobny. Wciąż trzeba było wspiąć się na szczyt ludzkich możliwości, by przekonać się, jak smakuje prawdziwa czekolada z napisem sukces. I na szczyt wybrała się właśnie Brisco-Hooks.

Rok 1984 – najlepsze wyniki:

200 m:

21,71 s Marita Koch (NRD) – rekord świata

21,74 s Marlies Göhr (NRD)

21,81 s Valerie Brisco-Hooks (USA)

400 m:

47,99 s Jarmila Kratochvílová (Czechosłowacja) – rekord świata

48,16 s Marita Koch (NRD)

48,73 s Tatána Kocembová (Czechosłowacja)

48,83 s Valerie Brisco-Hooks (USA)

W Los Angeles uzyskała swoje najlepsze wyniki w życiu. Została pierwszym człowiekiem, który na jednych igrzyskach był w stanie zwyciężyć na 200 i 400 m. Mało tego – na każdym z tych dystansów pobiła rekord olimpijski (odpowiednio: 21,81 i 48,83 s). Na dodatek wzmocniła jeszcze sztafetę 4×400 m, która pobiegła po kolejne złoto. Była trochę Usainem Boltem swoich czasów. Tylko trochę, bo prawdę pisząc, niewiele osób to interesowało.

– Więcej uwagi przywiązywano do porażki Mary Decker niż mojego zwycięstwa – żaliła się Valerie.

Gwiazda drugiego sortu

Bo jest jakaś kosmiczna złożoność materii i przypadków w tym, że faktycznie Brisco-Hooks umknęła jakoś uwadze Amerykanów roztrząsających potknięcie się, które zakończyło marzenie o medalu wielkiej faworytki na 3000 metrów (a pamiętacie jeszcze, że w roku narodzin Valerie złoto na 3000 m z przeszkodami zdobył Krzyszkowiak?).

Sprinterka po igrzyskach nie podpisała żadnego lukratywnego kontraktu reklamowego. Mało tego – musiała udowadniać mediom, że zasługuje na miano wybitnej startując potem w europejskich mityngach, co nie było akurat najlepszym sposobem na podreperowanie wizerunku. Amerykanka przegrała na przykład wszystkie cztery wspólne starty z ówczesną rekordzistką świata na 400 m Jarmilą Kratochvílovą. Bez wątpienia w tych starciach Valerie wyglądała za to… bardziej kobieco.

Sprinterka z Los Angeles nie zbiła więc fortuny i nie pasuje do historii o amerykańskim śnie. Jeszcze przez dwa lata po igrzyskach gnieździła się w rodzinnym domu z ośmiorgiem rodzeństwa, które też miało swoje dzieci. Jeździła po szkołach i ostrzegała młodzież przed zagrożeniami, jakie niosą ze sobą dilerzy narkotyków.

Sprinterka z Los Angeles nie zbiła fortuny i nie pasuje do historii o amerykańskim śnie.

Nie traciła jednak wiary w siebie, choć czasem było to trudne. W 1985 r. jej brat Melvin, ten sam, który był świadkiem śmierci Roberta, miał ciężki wypadek. Brisco-Hooks nie załamała się. Startowała w hali. I to jak! Ustanowiła rekord świata na 400 m – 52,99 s. Błyszczała wówczas swoimi pozłacanymi zębami i zapowiadała kolejne fenomenalne wyniki. Niestety, nie udało się jej. Odnosiła wprawdzie różne sukcesy (mistrzostwa USA, brąz mistrzostw świata na 400 m w 1987 r.) jednak do swych najlepszych wyników z Los Angeles nie była w stanie powrócić. Ukoronowaniem jej kariery był srebrny medal na igrzyskach w Seulu, razem ze sztafetą 4×400 m.

Podczas igrzysk w Londynie Amerykanie mieli nadzieję, że wyczyn Valerie może potworzyć Sanya Richards-Ross. Po sukcesie na 400 m (49,55 s), zajęła jednak 5. miejsce na 200 m (22,39 s). Tak jak Brisco-Hooks wróciła do domu ze złotem w sztafecie 4×400 m. Ten jeden medal robi jednak wielką różnicę.

Oskar Berezowski, Supernowa z odzysku, Bieganie, grudzień 2012

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger