Zbigniew Zaremba – współtwórca Wunterteamu i Maratonu Pokoju

Zbigniew Zaremba

Bez niego prawdopodobnie nie byłoby Wunderteamu, może nie byłoby polskich biegów masowych, pewnie nie byłoby „Joggingu”. A już na pewno nie byłoby Maratonu Pokoju. Bo pomysł, by w środku stolicy socjalistycznego kraju zorganizować maraton, zrodził się właśnie w jego głowie.

Da Vinci treningu

Podopieczni o Zbigniewie Zarembie mówią „trener intelektualista“. Znał kilka języków, studiował zagraniczną literaturę fachową i przenosił do Polski treningowe nowinki.

– Wyprzedzał swoją epokę – ocenia Marek Jakubowski, maratończyk, wychowanek Zaremby, a dzisiaj trener. – Czasami aż za bardzo, bo niektóre jego idee, choć z perspektywy wielu lat słuszne, były wtedy nie do zrealizowania, a to frustrowało i zniechęcało.

Część koncepcji udawało się jednak wcielić w życie. Zbigniew Zaremba miał szczęście od początku kariery trenerskiej. W 1953 roku skończył krakowską Akademię Wychowania Fizycznego. Dwa lata później powołano go do wojska. Ze stopniem kapitana trafił do stolicy, do Klubu Lekkoatletycznego Lotnik, gdzie pracował dwanaście lat. W Warszawie poznał Jana Mulaka, trenera długodystansowców, który właśnie uwierzył, że naukowa podbudowa może dać niezwykłe wyniki sportowe. Zaczęli razem tworzyć Wunderteam – polską potęgę lekkoatletyczną lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Początkowo Zaremba nie tylko pracował naukowo, ale również biegał. Miał niezłe czasy na średnich dystansach.

Znał kilka języków, studiował zagraniczną literaturę fachową i przenosił do Polski treningowe nowinki.

– Gdy zobaczył, że jego „książkowe“ recepty treningowe lepiej niż on wykorzystują podopieczni Mulaka skupił się na pracy naukowej – mówi Małgorzata Zaremba, żona trenera.

W 1957 roku został doktorem fizjologii, wykładowcą teorii sportu. Z tej teorii wiele czerpały takie sławy jak Zdzisław Krzyszkowiak i Jerzy Chromik. Na Mistrzostwach Europy w 1958 w Sztokholmie, gdzie Zaremba asystował Mulakowi, Krzyszkowiak zdobył złoto na 5 i 10 kilometrów, a Chromik wygrał bieg na 3000 m z przeszkodami bijąc rekord świata (8:32:00).

Przełomowe idee

Trafił też do PZLA, a w sześćdziesiątym siódmym roku przeniósł się do Legii Warszawa, (gdzie był majorem-trenerem jedenaście lat – do dnia, w którym zrzucił mundur). Dalej pracował naukowo i dalej tworzył biegową reprezentację kraju. Na Igrzyskach Olimpijskich w Meksyku w 1968 i w 1972 w Monachium był trenerem kadry narodowej odpowiedzialnym za średnio i długodystansowców. W 1975 zrobił drugi doktorat – z biomechaniki. Znów chciał wprowadzać nowe idee.

– Wymyślił, że szeroka kadra powinna uczestniczyć w wysokogórskich obozach klimatycznych w Afryce – wspomina Marek Jakubowski – co wtedy było niestety utopią. Próbował coś wskórać w Związku, bo był dobrym organizatorem. Ale i tak większość pomysłów porzucał. Trochę ze względu na warunki, trochę dlatego, że był niecierpliwy. Pomysłem, który się udał, był za to trening imitacyjny. To właśnie Zaremba przywiózł tę myśl z Zachodu i promował wśród trenerów oraz zawodników. Założenia nie były skomplikowane, a pozwalały utrzymywać przyzwoitą formę w trakcie kontuzji. Gdy ktoś nie był w stanie trenować, wykonywał ćwiczenia imitujące typowe ruchy dla biegania. Na przykład stojąc kręcił na zmianę nogami lub rękami odtwarzając ich pracę podczas biegu. Działało. Zawodnicy mówią, że dzięki temu łatwiej było im wrócić do formy po kontuzji. A z czasem ćwiczenia korelujące z dyscypliną zaczęli wykonywać również inni pauzujący lekkoatleci.

Być jak Dave Bedford

Kolejną wielką koncepcją był trening objętościowy.

– Zaremba wyczytał gdzieś, że David Bedford, ówczesny reprezentant Wielkiej Brytanii, robi ogromny kilometraż – wspomina Jakubowski. – No to zaczął stosować z Andrzejem Sajkowskim plan obejmujący 350 kilometrów biegania w tygodniu.

Wyszło połowicznie – wynik na poziomie 2:13 był wtedy znaczącym rezultatem dla maratończyka. Ale szybko pojawiły się problemy, bo znowu zabrakło zaplecza – nie było wsparcia fizjoterapeutów, odnowa biologiczna stanowiła luksus. Co gorsza o tym, jaki start będzie docelowym zawodnik i trener często dowiadywali się tuż przed tym startem.

Na igrzyskach olimpijskich w Meksyku w 1968 i w 1972 w Monachium był trenerem kadry narodowej odpowiedzialnym za średnio i długodystansowców.

– To były naprawdę ciężkie warunki do trenowania – mówi Henryk Piotrowski, wychowanek Zaremby, uczestnik Mistrzostw Europy i ówczesny rekordzista Polski na 5 km. – Właściwie nigdy nie wiedzieliśmy, gdzie i kiedy uda się wystartować. Byliśmy zawodowymi żołnierzami, więc żeby dostać paszport i wyjechać na zawody musieliśmy zdobyć zgodę Wojskowej Komendy Uzupełnień, Ministerstwa Obrony Narodowej i Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. To nie było łatwe.

Z formą zawodników trener często celował więc na chybił-trafił. Mimo to miał sukcesy: wicemistrzostwo Europy Henryka Szordykowskiego na 1500 m, rekord Polski na 10 km Edwarda Łęgowskiego (28:34), na 5 km Henryka Piotrowskiego (13:40:8) i Jana Kondziora na 3 km (7:53:8).

Kiełkująca suplementacja

Być może w osiąganiu takich wyników pomagał nie tylko trening, ale i „nowoczesna suplementacja”. Jednym z koników Zbigniewa Zaremby było odżywianie. O dietetyce czytał dziesiątki zachodnich książek i artykułów naukowych, miał wiedzę niedostępną większości trenerów. W czasach, gdy nikt nie słyszał o profesjonalnych odżywkach postanowił sam tworzyć preparaty do wspomagania diety.

– Wyczytał, że kiełki pszenicy zawierają dużo potrzebnych witamin – mówi Henryk Piotrowski – kupił ich więcej kilka kilogramów. Po kryjomu rozcierał tę pszenicę i robił nam odżywcze preparaty. Mieliśmy dzięki nim bić na głowę innych biegaczy. Ale był zbyt otwarty i szczery. Pochwalił się przed kimś w tajemnicy, że ma taką cudowną miksturę.

Byliśmy zawodowymi żołnierzami, więc żeby dostać paszport i wyjechać na zawody musieliśmy zdobyć zgodę Wojskowej Komendy Uzupełnień, Ministerstwa Obrony Narodowej i Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

Na następnych zawodach Henryk Piotrowski i Edward Łęgowski byli zaskoczeni. Ale nie formą rywali, tylko ich wiedzą. Wszyscy z pobłażaniem tytułowali ich „Kiełkami”. Przylgnęło – pszeniczny pseudonim został z zawodnikami na wiele lat. Oni byli tym przejęci. Trener mniej. Choć był uznawany za poważnego, statecznego i spokojnego człowieka miał też poczucie humoru. Czasami ciężkie.

– W czasie obozów zabierał nas często na trening w górach – wspomina Marek Jakubowski. – Zaremba potrafił wtedy wskoczyć któremuś z zawodników na plecy, uczepić się go kurczowo i kazać iść. Miałeś pecha, na ciebie padło. Będziesz miał ciężki trening. Trudno musisz wytrzymać – powtarzał wtedy ze śmiechem.

Trener zmotoryzowany

Na szczęście dla podopiecznych nie zawsze ktoś musiał nosić trenera. Do legendy przeszedł jego wysłużony garbus, z którego Zaremba kierował zawodnikami. Zabierał go wszędzie – na zawody, na obozy. W Szklarskiej Porębie jeździł nim na treningi na Drodze pod Reglami. Nie byłby w stanie wytrzymać tempa biegu, a chciał być ze swoimi chłopcami. Majestatycznie poruszał się więc autem przed lub za zawodnikami narzucając tempo. Czasami podjeżdżał z boku trenującej grupy i zza otwartej szyby wykrzykiwał komendy. Podobno był tak skupiony na zadaniu, że niejednokrotnie zdarzało mu się tu czy tam wjechać z rozpędu pod prąd, a potem wracać na wstecznym i drogą dookoła gonić trenującą grupę. A stałe wydawanie poleceń było wtedy ważne, bo treningi Zaremby miały wiele wspólnego z wunderteamowymi koncepcjami fartlka Jana Mulaka. Z czasem ta zabawa biegowa przeszła do trenerskiego lamusa. Być może dlatego Zaremba zaczął odchodzić od sportu wyczynowego coraz chętniej skupiając się właśnie na aspekcie zabawy.

Zwrot ku rekreacji

Od zawodowców żąda się rekordów, a Zarembie coraz częściej bliżej było do koncepcji biegania rekreacyjnego. Z wyjazdów na zachód przywiózł wizję wielkich imprez masowych – wizję w tych czasach szaloną, bo bardzo niewygodną dla PRL-owskich władz.

– Zawsze miał dobre kontakty z mediami – mówi Jakubowski – potrafił z nimi rozmawiać, przekonywać do swoich pomysłów.

Przekonał dziennikarzy do pierwszego w Polsce wielkiego biegu ulicznego – maratonu w stolicy. W jego organizację z Zarembą, który został dyrektorem biegu z ramienia PZLA, włączyli się Józef Węgrzyn, ówczesny redaktor naczelny magazynu ITD oraz Tomasz Hopfer z TVP. Siła mediów i upór „wielkiej trójcy” sprawiły, że udało się uzyskać zgodę niechętnych władz. W 1979 roku zorganizowano w Warszawie pierwszy Maraton Pokoju.

– We trzech zrobili naprawdę wszystko – wspomina Małgorzata Zaremba – od wyznaczania trasy, przez przyjmowanie zgłoszeń po organizację numerów startowych.

Do redakcji ITD, w której przyjmowano zapisy przyszło około 2000 biegaczy. Na starcie pojawiło się jeszcze 300 niezarejestrowanych osób. Choć trasa wbrew marzeniom pomysłodawcy nie prowadziła przez Śródmieście, tylko opłotkami miasta, maraton był ogromnym sukcesem.

Do legendy przeszedł jego wysłużony garbus, z którego Zaremba kierował zawodnikami. W Szklarskiej Porębie jeździł nim na treningi na Drodze pod Reglami.

– Mój mąż wierzył w bieganie – mówi Małgorzata Zaremba – Nie przestawał mówić, jak ważne jest dla zdrowia, jak daje sens codzienności, jak łączy ludzi, którzy dzięki niemu mają cel w życiu i szanse na prawdziwe przyjaźnie.

W 1992 roku założył więc „Jogging” – znowu był pierwszym, tym razem pierwszym wydawcą pisma dla biegaczy. W magazynie pojawiały się głównie rady dla amatorów oraz listy od czytelników – odpowiedzi na pytania kontuzjowanych, podpowiedzi dla zdobywców życiówek. Zbigniew Zaremba uważał, że redaktorami takiego pisma powinni być wszyscy biegacze – publikował więc listy z ich historiami oraz listy o biegowych marzeniach. I choć w ostatnich latach już nie mógł być joggerem, do końca grał w tenisa. Nie przestał być aktywny, bo prawdopodobnie nie umiał.

Marcin Chłopaś, „Trener z Garbusa poganiał kiełki”, Bieganie, listopad 2012

Jedno przemyślenie nt. „Zbigniew Zaremba – współtwórca Wunterteamu i Maratonu Pokoju

  1. Advertisment ad adsense adlogger