fbpx

Złoty Maraton 2017 – relacja inna niż wszystkie!

Autor: admin • 07.08.2017

Złoty Maraton

Jako biegacze, mamy swoje przemyślenia na temat imprez, w których startujemy. Jednak jak to wygląda od strony naszych najbliższych, najukochańszych kibiców? Oto tegoroczny Złoty Maraton okiem męża Rozbieganej Matki Wariatki.

Autor tekstu: Damian Fukowski.

Wyjaśnijmy sobie na samym początku: to nie będzie relacja biegacza, z biegu w którym wziął udział. To nie będzie właściwie relacja biegacza. To nawet niezupełnie będzie relacja z biegu. To raczej spojrzenie męża rozbieganej kobiety i ojca trzynastomiesięcznego Trolla. Spojrzenie na kobietę, której największą pasją jest bieganie. A skoro już to sobie wyjaśniliśmy, to mam teraz spory komfort.

Zaczynam pisać ten tekst spod wiklinowego kosza, patrząc na łodzie motorowe i zalew. Pela, czyli RMW (RozbieganaMatkaWariatka) jeszcze leży i usypia Zoi. Myślami jest pewnie gdzieś pomiędzy tym, co ma jej zrobić jutro na obiad, a startem w Biegu Powstania Warszawskiego (jak się później okazało podczas rozmowy, naszym ulubionym warszawskim biegu). Trololinka dziś widziała całą masę jeziora, biegała po plaży i emanując swoją zośkową aurą, z impetem wlazła do wody – w ubraniu, bo co się będzie szczypać z jakimś tam rozbieraniem. Być może, niemały miała w tym udział genetyka. W końcu Mama, jako jedyna na plaży zdecydowała się wejść do wody i popływać, gdy inni ledwie moczyli stopy. Taki typ, taki charakter. We wszystkim i zawsze (nie tylko w bieganiu) idzie na całość. Bardzo ją za to podziwiam.

Ale ja nie o tym przecież. Miało być o bieganiu. A konkretniej, o górskim bieganiu, o starcie w Złotym Maratonie – jednym z biegów rozgrywanych w ramach Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich, z metą w Lądku Zdroju. Chociaż nazwa lekko mylącą, bo zamiast  maratonu uczestnicy mierzą się z dystansem ok. 45 km.

Do biegania po górach Pelę zaczęło ciągnąć jakieś dwa lata temu. 4 miesiące po porodzie, w Maratonie Warszawskim zajęła 10. miejsce w K30 z czasem 3:24:20. Niecałe dwa miesiące później spełniła jedno ze swoich biegowych marzeń – pobiegła w Maratonie Nowojorskim (płakała jak bóbr, gdy zostawiała mnie z Trollem przed wejściem na prom, w Battery Park). Swoją drogą, dzięki biegowym eskapadom Mamy, Zoi – mając zaledwie 6 miesięcy, zwiedziła kawałek wschodniego wybrzeża USA i nawet zahaczyła na parę dni o Meksyk.

Jednak cały czas ciągnęło Pelę-wilka do lasu. W sumie nie ma czemu się dziwić – dolnośląskie góry to jej rejony, stąd pochodzi. Co prawda, odkąd zaczęła biegać, to głównie po płaskim, najwyraźniej jednak zew natury jest silny.

Złoty Maraton to drugi start Peli w górach. Trzy tygodnie wcześniej (1. lipca br.) zadebiutowała w biegu górskim w ramach Supermaratonu Gór Stołowych. 50 km pokonała wbrew przeciwnościom, biegnąc w dawno nie noszonych okularach korekcyjnych (z uwagi na zapalenie rogówki nie była w stanie włożyć soczewek) i przez to prawie nie widząc trasy. Stresowałem się bardzo, czy w ogóle dotrze cała do mety. Jednak udało się właściwie bezboleśnie – patrząc na inne osoby na finiszu, doszedłem do wniosku, że jej jedna mała wywrotka to tyle, co nic. Ot, taki mus biegacza górskiego, chrzest bojowy. W każdym razie, przebiegła 50 km w czasie 6:40:28:10 i wdrapała się na metę po „schodach rozpaczy” jako 10. kobieta open.

zl1

Start w Lądku Zdroju planowany był na sobotę, 22. lipca o godz. 10.00, jednak organizatorzy przesunęli go na 11.00 (chwała im za to – chociaż raz nie trzeba było wyruszać skoro świt). Nauczeni doświadczeniem, pakujemy się już w czwartek. Połowę wieczoru poświęcam więc na znoszenie walizek i układanie ich, niczym w Tetrisie, we wnętrzu samochodu. W piątek staramy się wyjechać wcześniej i to zanim na ten sam pomysł wpadnie połowa stolicy. Tym razem się udało. Dzięki temu, trasę Warszawa – Wałbrzych pokonujemy w niewiele więcej niż 3 h.

Teraz już czas na przyjemności. Zoi bawi się z Dziadkami i zaczepia hauhaua, Mama przygotowuje superzdrowe jedzenie dla Trolla a Tata przygotowuje dla RMW Makaron Mocy. Nic specjalnego – trochę podrasowany przepis na pastę z kurkami, szpinakiem i orzechami z Kwestii Smaku. Do tego kieliszek zimnego, białego wina i nawet całość daje się przełknąć. Jest też chwila na szybkie omówienie planu na dzień startu, ustalenie gryplanu na poranek, przejrzenie drogi z Wałbrzycha do Lądka. Pela opowiada o tym, co słyszała o trasie Złotego Maratonu i lekko się denerwuje. Chociaż z błysku w oczach widzę, że już nie może się doczekać.

Rano wszystko dzieje się już z automatu. Wstajemy, ogarniamy Trololinkę, chwytamy coś na szybką przekąskę i pakujemy się do auta Dziadka. Słońce świeci od samego rana i widać, że będzie mocno przypiekać. Zoi jak zwykle, odpływa w foteliku, droga robi się coraz bardziej malownicza a ja, choć raz nie w roli kierowcy, bawię się w DJ’a, puszczając muzykę z YouTube’a i Spotify’a. Jest nieśmiertelny temat z Rocky’ego ale też „Euphoria” (DJ Street Style) czy „Not Givin In” (Rudimental).

Po ponad godzinie dojeżdżamy do Lądka Zdroju, który zdecydowanie żyje w tym dniu bieganiem. Zatrzymujemy się przy samym Parku Zdrojowym, gdzie usytuowano start (i jednocześnie metę) biegów.
Tuż niedaleko naszego auta dostrzegam przebierających się Sylwię i Jacka – bezsprzecznie wyjadaczy biegów górskich. Zamieniamy kilka słów, życzymy wzajemnie powodzenia i już lecę za Pelą, z Trollem pod pachą, po odbiór pakietu. Przed biurem zawodów wpadamy na kolejne znajome twarze – jest Peli Treneiro: Artur i koleżanka z Dream Runu: Marta. Jak się niebawem okaże, Treneiro przyjechał wygrać we wspaniałym stylu Złoty Maraton a Marta zajmie II miejsce open kobiet w Złotym Półmaratonie. Cykamy fotkę i za chwilę idziemy z Pelą w stronę startu, gdzie Teść Bogdan – największy fan swojej córki, znający na pamięć chyba wszystkie jej wyniki, znalazł już najlepsze miejsce na robienie zdjęć ze startu. Babcia Sabina zabiera Zoi, a my przeciskamy się przez kolorowy tłum biegaczy. Jeszcze moment, przybijam Peli piątkę i za chwilę słychać wystrzał startu. Pobiegli.

Po starcie, w Parku Zdrojowym nie robi się wcale dużo spokojniej. Kibiców jest mnóstwo, rozsiadają się wygodnie na trawie, rozkładają koce, popijają lekkie piwa z rzemieślniczych browarów, zagryzając przysmakami sprzedawanymi z ustawionych w uliczce namiotów. Słońce praży niemiłosiernie, z głośników leci miła muzyka, coraz więcej dzieci skacze po pochyłej fontannie. Piknik, sielanka.
Zbieramy się z Dziadkami i idziemy coś zjeść.

A RMW biegnie. Od samego startu jest gdzieś w czołówce. Trasa jest trudna, techniczna, podbiegi są niemiłosiernie długie, na dodatek upał cały czas rośnie. Ale tym razem mogła założyć soczewki i w końcu widzieć normalnie przebiegającą pod nogami trasę. Jak później relacjonuje, w okolicy ósmego kilometra zaczyna się uśmiechać do siebie. Góry Stołowe nie odpowiedziały na wszystkie jej wątpliwości, nie czuła się tak, jak jej obiecywali znajomi. Może dlatego, że nie widziała połowy trasy i zamiast zbiegać musiała schodzić, koncentrować się na każdym kamieniu i każdej gałęzi. Tutaj też jest trudno, jest ciężko ale tego właśnie chciała, o to przecież w tym chodzi. Już wie, że nie będzie źle, że potraktuje ten start jako kolejny krok w nauce biegania. Przed nią biegnie Sylwia, Pela będzie się jej przyglądać, będzie się od niej uczyć. Całą drogę powtarza jak mantrę słowa, które usłyszała od Patrycji, biegowej „góralki” z klubu: „każda górka ma swoje z górki”.

zl

Wracamy z Dziadkami i Zoi na trawę do Parku Zdrojowego. Wyciągam z samochodu koc i leżaki. My z Zoi też biegamy – tylko, że za hauhauami. Im większy pies, tym bardziej staramy się zajrzeć mu w gardło i sprawdzić, czy mała główka Trolla zmieści się do środka. Żar leje się z nieba, dzieci skaczą na płycie fontanny. Atmosfera pikniku trwa w najlepsze. Co chwilę wbiegają na metę uczestnicy różnych tras. Mamy sobotę, a ci najbardziej zwariowani zaczęli biec w czwartek, 20. lipca o 20.00. Dystans – bagatela – 240 km. Ale bieg kończą też ci, którzy mają w nogach 130, 110, 68 czy 21 km. Każdego wita radosna wrzawa „piknikowiczów”.

Tymczasem gdzieś w górach, Pela cały czas trzyma się Sylwii. Na prostych, bardziej płaskich etapach dogania rywalkę, wyprzedza. Praktycznie cały dystans biegną razem. Na zbiegach Sylwia jest nie do złapania. Mijani przez nią panowie podobno zbierali szczęki z podłogi.

Ostatecznie Pela wbiega na metę niecałe 2 min. za Sylwią. Czas 5:15:07,50 daje RMW piąte miejsce wśród kobiet open. Oczywiście, pierwsze o co spyta, to: „Gdzie jest Zoi, gdzie jest mój Troll?”

Wygląda lepiej niż po starcie w Górach Stołowych. Na pewno lepiej niż ja, po jakimkolwiek biegu na piątkę… Jest uśmiechnięta, szczęśliwa. Dlaczego? Tak po prostu. Bo kocha bieganie. I na pewno polubiła góry. Po Maratonie Gór Stołowych musiałem podnosić ją za ramiona, gdy schodziła u rodziców z kanapy. Po raz pierwszy w życiu widziałem, jak nie może sama wstać, wyprostować nóg z przysiadu. I jednocześnie dawno nie była tak szczęśliwa.

Po Złotym Maratonie, chwilę po ukończeniu biegu mówi, że w przyszłym roku chce spróbować 110 km. Albo chociaż 68…
Ja tam się cieszę, dzięki RozbieganejMatceWariatce częściej lądujemy z Zoi w najróżniejszych częściach świata, zazwyczaj w przepięknych okolicznościach przyrody. Do Lądka Zdroju wrócimy na pewno.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger