Grzegorz Gajdus. Sto lat za Murzynami

Grzegorz Gajdus. Fot. Adam Klein

Grzegorz Gajdus. Fot. Adam Klein

Wystartował w maratonie po raz pierwszy, gdy miał 13 lat. Nabiegał 3:20. Później, już w dorosłości, przez 9 lat był rekordzistą Polski na 42,2 km. Oto jego wspomnienia z czasów kariery wydane w książce: „Maraton Warszawski. 30 lat wielkiego biegu”.

Grzegorz Gajdus – były rekordzista Polski w maratonie. Wynik 2:09:23 uzyskany 12 października 2003 roku w Eindhoven był rekordem do 3 marca 2012 roku. Cztery razy zdobywał tytuł mistrza Polski – w biegu na 10 000 m, półmaratonie i biegu przełajowym.

Jak to było tak naprawdę z tym pierwszym startem w Maratonie Pokoju w 1980 roku? Miałeś wtedy 13 lat. To nie jest normalny wiek na bieganie maratonów.

Na wuefie to ja się za bardzo do biegania nie przykładałem. Kiedyś nauczyciel mówi do mnie: „Gajdus, biegniesz pętle w parku tak jak stoisz”. Przebiegłem, a wuefista mówi: „Gajdus, ty dobry jesteś”. Potem podsłuchałem rozmowę, że nauczyciel jedzie do Warszawy na maraton. Zgłosiłem się, a on mówi: „Jak potrenujesz 2 tygodnie to cię wezmę ze sobą”. Dali mi trampki i trenowałem. Przebiegłem dobrze sprawdzian, no i pojechałem. Tak pobiegłem w tej Warszawie, że z czasem 3:20 wyprzedziłem mojego nauczyciela. Dzięki Maratonowi Warszawskiemu, a wtedy Maratonowi Pokoju polubiłem bieganie, bo tak naprawdę to ja wywodziłem się ze środowiska, w którym najważniejsza była motoryzacja i piłka nożna. To właśnie maraton w Warszawie zaszczepił we mnie chęć do biegania.

Jak potoczyła się dalej Twoja kariera?

Potem były biegi szkolne. Wygrywałem nawet ze starszymi od siebie uczniami. Szło mi dobrze i tak trafiłem do szkoły w Gdańsku pod opiekę trenera Szałacha, który wypatrzył mnie wcześniej. Wtedy zaczęły się dla mnie profesjonalne treningi i pierwsze sukcesy krajowe i międzynarodowe.

Pierwszy dorosły maraton pobiegłeś w 1992 roku w Carpi.

Dostałem plany treningowe od Bogusława Psujka i zacząłem je realizować. Bieg poszedł mi doskonale – z czasem 2.12.36 wygrałem i to był mój pierwszy duży sukces maratoński uzyskany od razu w debiucie. To mi otworzyło drzwi do kolejnych startów.

Nie miałeś swojego trenera i do startu przygotowałeś się sam.

Zawsze powtarzam, że zawodnik musi dać coś od siebie. I to niemało, bo trener może dać zawodnikowi jakieś 5, może 10%. Nie ma co ukrywać, że zawodnik musi być utalentowany, musi przestrzegać reguł profesjonalizmu i mieć poukładane w głowie. Takie jest moje zdanie.
Zanim pobiegłem maraton w Carpi już od 2 lat podpatrywałem różnych zawodników: Huruka, Bebłę, Psujka. Dzienniczki treningowe tego ostatniego dokładnie sobie przejrzałem. Podpytywałem tych zawodników o różne sprawy. Jeździłem też do Włoch i tam też szukałem wiedzy.

Nie żałujesz mimo wszystko, że w pewnym momencie na twojej drodze nie pojawił się trener z prawdziwego zdarzenia?

Muszę powiedzieć, że na starcie mojej kariery bardzo pomógł mi Bogusław Mamiński. Przyjechał na zgrupowanie do Szklarskiej Poręby i mieszkaliśmy razem w pokoju. Do tej pory miałem kontakt z krajowymi zawodnikami, a tu zobaczyłem nagle klasowego zawodnika międzynarodowego formatu. Mocno mu zaufałem. On mi tak naprawdę wszystko wytłumaczył, poukładał mi w głowie, powiedział na czym polega bieganie. Chciał się mną poważnie zająć ale pech polegał na tym, że kupił ośrodek w Międzyzdrojach i w roku olimpijskim znowu zostałem sam.

Opowiedz o swoim jedynym olimpijskim starcie.

Do Atlanty pojechałem dobrze przygotowany, ale przekombinowaliśmy z piciem. Ja już jakieś doświadczenie maratońskie miałem i wiedziałem, że picie mi nie służy. Przyjechaliśmy do Atlanty na 3 tygodnie przed startem, a tam była tak potworna wilgotność, że trzeba jednak było coś pić w trakcie treningów. Korzeniowski wygrał chód na 50 km i nasz trener skontaktował się z fizjologiem Korzenia i wspólnie przygotowali nam napoje. Najpierw nie chciałem korzystać, ale potem stwierdziłem, że bez napojów się odwodnię, a jest trochę czasu by tę miksturę wypróbować. No i na treningach wszystko było super i czułem się strasznie mocny.

To co się w takim razie stało?

Teraz już wiem, że żołądek przy dużym wysiłku nie wytrzymuje silnych wstrząsów. Organizm nie jest w stanie tego znieść. Trzeba nawadniać się wcześniej, dzień przed startem, żeby tego paliwa starczyło na cały maraton. Na dwudziestym kilometrze biegu jestem z przodu i czuję, że jest strasznie wolno. Chcę zaatakować, ale z drugiej strony trzeba trzymać się taktyki i zaatakować dopiero na 30 kilometrze. Czułem się rewelacyjnie, może to była jakaś euforia tych zawodów. A trzy kilometry później – skurcz żołądka, torsje, raz, drugi, trzeci i staję. Ale igrzyska trzeba było skończyć, więc dobiegłem. Na 60. miejscu, totalnie wyczerpany.

Trenowałeś w grupie Gabriela Rosy.

Po wygraniu maratonu w Carpi dostałem możliwość podpisania kontraktu z firmą FILA. Dyrektorem tego klubu był Gabriele Rosa, wybitny szkoleniowiec, który wyspecjalizował się w szkoleniu Kenijczyków, bo interesowały go tylko rekordy świata. To jest człowiek, który opracował program szkoleniowy dla najwybitniejszych kenijskich biegaczy. Dzięki temu kontraktowi miałem możliwość wyjeżdżania do Kenii i trenowania tam razem z elitą biegaczy pod okiem Rosy.

Jak wyglądały kenijskie treningi?

Pierwszy trening o 6.00 rano na czczo. O 9.00 śniadanie. Kolejny trening dopiero o 17.00, więc można było odpocząć, nawet pospać. Wcześniej był jeszcze obiad. Po drugim treningu kolacja i spanie. Całkowita koncentracja na trenowaniu. W górach, gdy się biega wcześnie rano, w powietrzu jest więcej tlenu. W Kenii potrafiłem biegać na czczo zarówno długie 30-kilometrowe treningi jak i krótkie. Cała światowa czołówka tak biega.

Czy treningi z kilkudziesięcioma świetnymi Kenijczykami nie były dla ciebie przytłaczające? Każdy z tych czarnych chłopaków ma przecież olbrzymi potencjał.

Nie, działało to na mnie nawet mobilizująco. Gdy byłem tam sam wiedziałem, że to jest moja życiowa szansa. Patrząc na swoje dzienniczki po powrocie dziwiłem się, że takie treningi w ogóle można było wykonać. Byłem tam tak skoncentrowany, że istniał dla mnie tylko trening, jedzenie i spanie.

Mogę powiedzieć, że prawdziwych metod treningowych nauczyłem się w Afryce, a nie w Europie. To jest tak, że my naprawdę jesteśmy w bieganiu daleko za Murzynami. Tam są ogromne pieniądze inwestowane w Kenijczyków, dlatego chłopak z Polski czy z Europy ma trudniej, żeby się przebić. Tam kształtuje się fenomenów biegania. Myślę, że gdyby w Polsce ktoś zainwestował milion dolarów w grupę 13-latków stworzoną od podstaw to moglibyśmy mieć niesamowite efekty. Ale tych pieniędzy w Polsce nie ma. Z tego miliona dolarów w Kenii rodzą się fenomenalni biegacze i rekordy świata. Te pieniądze sponsorom zwracają się naprawdę bardzo szybko.

Osobny rozdział to Twoja walka o pobicie rekordu Polski, który przez 13 lat należał do Antoniego Niemczaka.

W pierwszym maratonie pobiegłem 2:12, w drugim 2:11, w trzecim 2:14 i w czwartym – 2:09 w Londynie w 1994 roku, właśnie po treningach w Kenii. W Londynie na 37. kilometrze ruszył Meksykanin Ceron, a ja poszedłem za nim. To był mój błąd. Wytrzymałem z nim 2 kilometry i dostałem totalnych skurczy w łydkach, a do mety miałem 2,5 kilometra. Minął mnie wtedy Etiopczyk Mekkonen, potem jeszcze Meksykanin Silva i myślę sobie: już po podium, bo nie czas był wtedy dla mnie ważny, a „pudło”. Było mi obojętne czy będę czwarty czy szósty. Skończyłem bieg z wynikiem 2:09:49 – 8 sekund gorzej od rekordu Polski. Po raz drugi byłem blisko rekordu 4 lata później w Wiedniu. Zająłem tam drugie miejsce i miałem świadomość, że walczę o rekord Polski. Tym razem zabrakło mi 4 sekund, ale nie byłem tego dnia w stanie pobiec ani sekundy szybciej.

Wcześniej był jeszcze niesamowity maraton w Wenecji, w którym doszło do nietypowej sytuacji.

W 1995 roku w Wenecji wyprzedziłem prowadzącego Kenijczyka i biegłem pierwszy. Przede mną jechał radiowóz, który skręcił w lewo a trzeba było pobiec prosto. Mój błąd. Przebiegłem około 100 metrów i gdy zawróciłem byłem chyba piąty. Na mecie byłem trzeci z czasem 2.10.06.

A rekord Polski Niemczka wciąż był nie pobity.

W 1994 roku byłem wściekły, że w Londynie nie byłem na podium. Naprawdę nie myślałem o rekordzie Polski. Przy takiej progresji wyników mnie nie interesowało już 2.09 – chciałem biegać 2.07 i urwać z jego rekordu minuty, a nie sekundy! Tak mi się wtedy wydawało. Byłem znowu w Kenii, przygotowywałem się do kolejnego startu, przyjechałem do Międzyzdrojów, dostałem gorączki i okazało się, że mam objawy malaryczne. Cała wiosna była zmarnowana. Malaria nie była bardzo silna, bo w Kenii stosowałem profilaktykę, jednak biegało się już gorzej.

Ale nadszedł rok 1998. Znowu byłem podbudowany. W Paryżu pobiegłem 2.12 ale to było za słabo jak na mnie – tak sobie myślałem. W 7 tygodni później pobiegłem Wiedeń i uzyskałem właśnie 2:09:45, a na jesień szykowałem się na Eindhoven. Warunki były fatalne, wygrałem ten maraton z czasem 2.10.51. Gdyby warunki były lepsze sam pobiłbym tam ten rekord. Był wiatr, było zimno i nie było zająca, który dobrze poprowadziłby bieg.

W 1999 czułem się bardzo dobrze, liczyłem na kolejną olimpiadę w Sydney. Biegłem w tym roku maraton w Japonii i znowu pechowo trafiłem na złe warunki pogodowe – były 4 stopnie, a po kilku minutach od startu zaczął padać rzęsisty deszcz, który strasznie schładzał mięśnie. Skończyłem trzeci z czasem 2.11.05. Wtedy miałem taki poziom wytrenowania, że mogłem w każdym starcie biec 2.09, 2.08, może 2.07 – gdyby tylko temperatura była trochę wyższa.

Potem nastąpiła katastrofa, bo na dzień przed startem przed kolejnym maratonem w Wiedniu poczułem bóle w odcinku lędźwiowym. Zostałem wymasowany i wystartowałem ale po 5 kilometrach zszedłem. Wróciłem do domu, pozbierałem się, poszedłem na pielgrzymkę w tej intencji i jakoś to się rozeszło. Niestety, od sierpnia zaczęły się bóle w podbrzuszu i w praktyce straciłem 2 lata. A dwa lata bez biegania to bardzo dużo. Proszę sobie wyobrazić, że biega się na jakimś poziomie i nagle taka przerwa. PZLA i klub postawiły już na mnie krzyżyk. 35 lat…

…to już wrak człowieka.

Na szczęście jeszcze w 1999 roku w Zagrzebiu na Igrzyskach Wojskowych zdążyłem zdobyć złoty medal. To pozwoliło mi utrzymać się na wojskowym etacie w trakcie kontuzji. Właśnie za ten medal. To był nasz pierwszy złoty medal w NATO, więc przyjechał generał i ze strony wojskowej zyskałem bardzo dużo, bo utrzymałem się w klubie. W 2002 roku po takiej przerwie wystartowałem w Eindhoven i zająłem drugie miejsce z 2:10:49. Łatwość, z jaką uzyskałem ten wynik pozwoliła mi w wieku 35 lat myśleć jeszcze o dobrym bieganiu. Wtedy pojawił się pomysł pobicia rekordu Polski. No bo ile będę miał w końcu lat jak będę bił ten rekord?

W rok później wystartowałem znowu w Eindhoven. Na 30 kilometrze zaatakowali Kenijczycy. Czułem się rewelacyjnie, ale nie poszedłem za nimi, bo kontrolowałem czas na rekord Polski. Na 35 kilometrze cały czas było dobrze i w tempie na rekord. I padł ten rekord: 2.09.23. Dobiegłem czwarty, a na mecie czułem się tak, że w ogóle nie byłem zmęczony. Dlatego, że cały bieg bardzo mocno kontrolowałem.

Czy mogłeś osiągnąć więcej jako zawodnik?

Podsumowałem już jakoś swoją karierę. Mimo kilku sukcesów, rekordu Polski myślę, że
przebiegła ona pod znakiem pecha. Kontuzja Achillesa w roku przedolimpijskim 2003, malaria, 2 lata przerwy w startach, inne kontuzje – dużo tego. Miałem taką myśl, żeby trochę odpocząć i w wieku 40 lat biegać rekordy masters. Potoczyło się to jednak tak jak się potoczyło – wiek emerytalny, odszedłem z wojska i dostałem propozycję trenowania biegaczy. Objąłem to stanowisko i sprawa własnego biegania skończyła się.

Chciałbyś, żeby któryś z Twoich podopiecznych pobił twój rekord Polski? (Wywiad pochodzi z 2008 roku, wówczas Grzegorz Gajdus był jeszcze rekordzistą – przyp. red.)

Tak, chciałbym. Jeżeli dalej będziemy realizować te szkolenia, obozy wysokogórskie, to jest szansa. Na obozie w St. Moritz mówiłem im, że wciąż trenujemy za słabo. My musimy wstać, najeść się, a potem dopiero trenować. Nasz trening jest podobny do amatorskiego! Moi zawodnicy mówią, że gdybyśmy mieli takie wspomaganie, taki doping jak najlepsi to byśmy trenowali mocniej. Nie ma co ukrywać, że w sporcie zawodowym doping jest na porządku dziennym, ale ja mówię im, że my trenujemy na wynik 2.09 a nie na 2.06. A 2.09 można biegać bez dopingu.

Na rosole?

Na rosole, jeżeli to będzie rosół z ekologicznego gospodarstwa, z wspomaganiem warzyw i suplementów witaminowych. Wiem przecież o czym mówię. Biegałem 2.09, a przy odrobinie szczęścia biegałbym i 2.08, a może i 2.07. Jeżeli będziemy mieli obozy wysokogórskie to na 2.09 jestem w stanie ich przygotować. Chcę ich w tym utwierdzać, bo jeżeli zawodnik myśli o dopingu to za długo nie pobiega. A tak myśli w Polsce wielu zawodników.

W którym ze swoich startów zarobiłeś największe pieniądze?

Miałem ten komfort, że mój pierwszy maraton w Carpi, którego sponsorem był bank,
dał mi relatywnie bardzo dobre pieniądze. Tam nie płacono startowego, więc za wygranie dostałem 70 milionów lirów, co w przeliczeniu dało ponad 30 tysięcy dolarów. Wtedy, w 1992 roku to były dobre pieniądze. To był zastrzyk finansowy. Potem było trzecie miejsce w Londynie i startowe rzędu nawet 25 tysięcy dolarów. Zdarzały się biegi takie jak maraton w Japonii i 20 tysięcy dolarów startowego, ale tam pobiegłem słabo i nie wygrałem żadnej nagrody. Innym razem startowe było małe, ale załapałem się na premię finansową. W latach 90-tych to się kręciło wokół 30 tysięcy dolarów, a po wejściu euro to były sumy 20-25 tysięcy euro.

Na zakończenie sprawa rekordu trasy Maratonu Warszawskiego. W 2005 roku pobiłeś ten rekord, który wtedy miał już 10 lat. Za rok wystartowałeś jako zając i znowu był rekord – Ukraińca Szafara. W zeszłym roku rekord padł ponownie – poprawił go Paweł Ochal. Rozwiązałeś worek z rekordami trasy Maratonu Warszawskiego.

Myślę, że widać tu doświadczenie organizatorów Maratonu Warszawskiego. To nie za moją sprawą są bite rekordy trasy. Wiecie już jak to organizować, wiecie jak to działa, żeby rekordy padały. Macie już niezbędne doświadczenie, żeby to robić. Powiem wprost, że ja do 2005 roku nie biegałem w Polsce maratonów. Gdańsk i Warszawa to były moje pierwsze polskie maratony. Nie ma co ukrywać, że przez lata organizacyjnie i finansowo byliśmy daleko za europejskimi czy światowymi imprezami. Teraz Maraton Warszawski to już jest impreza, która ma swoją oprawę, markę i renomę. Gdyby to było 15 lat wcześniej to myślę, że pobiegłbym ten maraton w latach 90-tych i rekord byłby jeszcze lepszy, bo trasa Maratonu Warszawskiego jest nawet szybsza niż w Londynie. Tu można naprawdę szybko biegać. Sekret tej trasy polega na tym, że gdy jest dobra pogoda do biegania to w Warszawie czuć takie rześkie, maratońskie powietrze ze wschodu. Najlepsza pogoda do biegania i bicia rekordów to temperatura nawet do 11 stopni, lekkie słońce i to rześkie powietrze, które ma właśnie Warszawa.

Rozmowa pochodzi z książki: „Maraton Warszawski. 30 lat wielkiego biegu”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger