Bieg na Babią Górę babskim okiem (i butem)

Autor: Redakcja • 25.09.2013

Bieg górski w stylu alpejskim. Dystans: 10 km, przewyższenie: ok. 1250 m (+1185/-65). Start: Zawoja Widły przy ośrodku wypoczynkowym „Diablak”, meta: Diablak – szczyt Babiej Góry (1725 m n.p.m.) Tyle na stronie z opisem biegu. Z trasą i profilem Biegu na Babią Górę postanowiła się zmierzyć Olga Łyjak. A jak już dotarła na metę – napisała nam, jak było.

Decyzja

Zawoja, Bieg na Babią Górę, ok. 10,5 km, 1200 m przewyższeń, czyli bieg w stylu alpejskim. Takiego biegu moje nogi jeszcze nie znają, ciekawe, czy dałabym radę, kusi mnie, żeby spróbować – rozmyślam – siedząc na balkonie w Nowym Targu i podziwiając piękną panoramę Tatr. Start za 3 dni, a ja jestem po ciężkim treningu w Gorcach. O biegu dowiaduję się od kolegi Roberta, z którym jeszcze w środę spotykam się na Turbaczu. Szybka konsultacja z trenerem i decyzja podjęta, w czwartek jeszcze lekki trening, w piątek odpoczynek i podróż do Zawoi, w sobotę start.

Bieg na Babią Górę _Profil

Profil trasy

Niestety w piątek, po czwartkowym treningu w deszczową i wietrzną pogodę, dopada mnie lekkie przeziębienie. Kładę się wcześnie spać, ale i tak budzę się kilka razy w nocy, myśląc o tym, co czeka mnie jutro na tej górze. W myślach ciągle analizuję trasę, porównuję do innych biegów górskich i treningów. Z profilu trasy wynika, że na ostatnich 4 km przewyższenie będzie wynosić 760 metrów. Nie przypominam sobie takiego biegu. Próbuję zasnąć, wizualizując sobie, jak pokonuję te kilometry ciągłego podbiegu…

Zagadką jest też pogoda, Robert wspominał, że na ostatnich 2 km, za schroniskiem Markowe Szczawiny (1200 m n.p.m.), po wbiegnięciu na odsłoniętą grań, może bardzo wiać, a jeśli do tego dojdzie deszcz, to może być bardzo zimno. Wymyślam kilka wariantów ubrania na bieg i wreszcie zasypiam…

Przed startem

Pobudka o 7:45 rano, zjadam trzy batony energetyczne, biorę własnej roboty, wypróbowany  izotonik (250 ml miodu, sok z czterech cytryn, łyżeczka soli i pół litra wody) – część do wypicia przed startem, pół litra na bieg – zabieram kilka zestawów ubrań i o 8.30 jadę na start do Ośrodka Diablak.

start_fot. Mirosław Madej

Fot. Mirosław Madej

Ku mojemu zdziwieniu, bo osobiście jestem przerażona tym biegiem bardziej niż maratonem górskim, na miejscu panuje wesoła i przyjazna atmosfera, wszyscy uśmiechnięci, zadowoleni, jakby czekała ich miła górska wycieczka. Odbieram numer startowy i „worek” na depozyt o wymiarach 15×25 cm. Wciskam do niego kurtkę, koszulkę z długim rękawem i buff.

Spotykam Izę Zatorską – faworytkę biegu – zamieniamy klika zdań na temat pogody i jak się ubrać. Iza radzi, by założyć tylko koszulkę z długim rękawem. Długo zastanawiam się, czy brać kurtkę, obawiam się, że moje lekkie przeziębienie po biegu przemieni się w długą chorobę, a ma to być przecież tylko mocny trening przez ważniejszymi startami.

Deszcz na szczęście przestaje padać, więc w ostateczności biegnę tylko w dwóch koszulkach, z długim i krótkim rękawem.

Przed startem krótka rozgrzewka i ustawiam się w tłumie 200 osób, za takimi góralkami i góralami jak Izabela Zatorska, Piotr Czapla i Daniel Wosik.

Start

trasa_fot. Mirosław Madej

Fot. Mirosław Madej

Pierwszy kilometr prowadzi po asfalcie, lekko pod górę, ale nie wyrywam zbyt mocno do przodu, biegnę w tłumie zawodników spokojnie, tempem 4:30. Wiem, że ten błogi stan nie potrwa długo, że zaraz zacznie się prawdziwy bieg górski. Za kościołem z Zawoi wbiegamy na wąski szlak pod górę, już na wstępie wpadam w kałużę i w butach czuję wodę, ale myślę: jakie to ma znaczenie, zaraz i tak o tym zapomnę, albo wpadnę w większe błoto 🙂 Wąski szlak pod górę okazuje się całkiem stromym podbiegiem, gdzie część ludzi już przechodzi do marszu, mogę więc tutaj nadrobić zaległości i wyprzedzić parę osób.

Tętno na wstępie skacze do 170 (dla mnie to bardzo dużo), nie jestem w stanie szybciej napierać pod tę stromą górę niż w tempie 8:0. Następnie wbiegamy na łąkę z łagodniejszym podbiegiem i tam łapię pierwszy oddech, ciągle mam w myślach, że bieg będzie tylko pod górę, bez zbawiennych zbiegów, gdzie można odpocząć i rozpędzić się przed kolejnym podbiegiem.

Trasa prowadzi wąskim szlakiem, z dużą ilością błota, wyprzedzam zawodników, ale staram się nie biec na maksymalnych obrotach i oszczędzać siły. Mimo to nie czuję komfortu, ciężko mi się oddycha i biegnie. A może tak właśnie wygląda szybki bieg pod górę? Do około 5 km wbiegi są jeszcze znośne, to znaczy można spokojnie biec pod górę bez zatrzymywania – utrzymuję tempo ok. 6:0. Dopiero w połowie biegu mój organizm przyzwyczaja się do wysiłku i tętno stabilizuje się na poziomie 160. Czuję się lepiej, ale nie na długo.

przed metą_fot. Łukasz Smogorowski

Fot. Łukasz Smogorowski

Na ok. 6 km zaczynają się prawdziwe schody – dosłownie schody, nie ma już relatywnie łagodnych podbiegów, lecz schody pod górę ułożone z kamieni, takie podejścia przeplatane są krótszymi łagodniejszymi podbiegami, na których ciężko złapać oddech i przejść z marszu do biegu. Marsz pod górę po kamieniach to niesamowity wysiłek. Brakuje mi zbawiennych zbiegów, które umilają czas na maratonach górskich, brakuje mi tej chwili wytchnienia i rozluźnienia.

W połowie dystansu doganiam zawodniczkę w różowych skarpetach kompresyjnych. Gdy tylko chcę ją wyprzedzić, ona przyspiesza i tak nakręcamy się wzajemnie, aż w końcu po ok. 2 km znika mi z oczu. No tak, to jest prawdziwa góralka, myślę sobie.

Dobiegam do schroniska Markowe Szczawiny (1200 m n.p.m.), ok. 7,5 km, ciężko jednak ten odcinek nazwać biegiem, to raczej szybkie pokonywanie stromych podejść. Tam grupka turystów zagrzewa do walki. Do szczytu jeszcze ok. 3 km i 525 m przewyższeń! Czyli nic łatwiej!

Za schroniskiem strome podejście po kamieniach, a potem wbiegamy na grań, kończy się las i pojawia się zbawienny wiatr. Przyjemny zimny wiatr, cudownie chłodzi moje zmęczone ciało. Nie widać szczytu, mgła, widoczność ok. 50 m.

Na grani można miejscami pobiec szybciej po śliskich kamieniach, ale te krótkie odcinki delikatnego podbiegu przeplatane są stromymi podejściami po głazach. Niektórzy dosłownie wdrapują się pod górę na ugiętych nogach, łapiąc rękami za skały.

Na grani dostrzegam różowy kolor, doganiam moją konkurentkę. Czuję, że mam jeszcze trochę sił i postanawiam wyprzedzić ją zaraz przed stromym podejściem. Od tego momentu zaczynam prawdziwą walkę z samą sobą. Nie wiem, czy to dobrze czy źle, że ją dogoniłam, chciałam trochę odetchnąć na tej odsłoniętej grani, ale ambicja każe mi wykrzesać z siebie wszystkie siły i nie dać się dogonić.

Staram się podchodzić po skałach jak najszybciej, a na w miarę „płaskim” terenie biec ile sił, choć jest to bardzo trudne. Wyprzedzam kolejnych zawodników, co chwila oglądam się, czy we mgle nie przebija się jakiś różowy kolor, prawie nic nie widać. Po paru minutach kolor znika, ale nadal cisnę do przodu ze wszystkich sił. Jeszcze niecały kilometr biegu. Z góry zbiegają już pierwsi zawodnicy, mówią, że już niedaleko, jeszcze tylko klika podbiegów, a raczej podejść i trochę „płaskiego” biegu. Przede mną dostrzegam kolejną zawodniczkę, widzę ją po raz pierwszy na trasie. Zdaję sobie sprawę, że mogę już jej nie dogonić, albo ona, gdy mnie zobaczy, nagle przyspieszy. Ale ryzykuję, wyciskam z siebie wszystkie siły i przeganiam ją na lekkim podbiegu, ale ona ciśnie za mną. Okazuje się, że jeszcze ok. 100 m do mety. Ludzie schodzący z góry krzyczą, że przed nami ostatnie podejście.

Nagle wyłania się przede mną kupa głazów, z której próbują schodzić zawodnicy, którzy ukończyli bieg. Dociera do mnie, że na szczycie tej kupy skał jest meta. Zaczynam się wdrapywać, nogi ślizgają się na mokrych kamieniach, nie wiadomo gdzie postawić nogę, gdzie wyciągnąć rękę, żeby najlepszą drogą wspiąć się pod górę. Ale nie zastanawiam się na tym zbyt długo i cisnę chaotycznie przed siebie po głazach. Trzy metry za mną jest zawodniczka, którą niedawno wyprzedziłam. Boję się, że się potknę, złamię nogę i to będzie koniec. Ale brnę pod górę, ile tylko mam sił, pomagając sobie rękami.

Bieg na Babią Górę_meta_fot. Łukasz Smogorowski

Fot. Łukasz Smogorowski

Meta – mgła, kupa głazów i wielkie szczęście

Wreszcie docieram na górę, a tam widzę jakąś taśmę, dobiegam ile sił w nogach, ktoś spisuje czas, ktoś wręcza drewniany medal, przynosi depozyt, nie mogę złapać oddechu. To już koniec, koniec wyścigu. Udało się! Radość, szczęście, ulga.

Szczyt to kupa głazów, mgła, nic nie widać, żadnych pięknych widoków, które mogłyby wynagrodzić trud biegu. Żadnego bufetu, żadnego picia ani jedzenia, schronienia, gdzie można  schować się przed zimnem i wiatrem. Teraz wiatr zaczyna już przeszkadzać.

Gratulujemy sobie nawzajem z dziewczynami. Szybko się przebieram, na kurtkę zakładam jeszcze koszulki, w których biegłam i znowu bieg, tym razem w dół. Takiego „roztruchania” po biegu to jeszcze nie miałam 🙂

Dekoracja

BIeg na Babią Górę - dekoracja

Na dole wychodzi słońce. Przy ośrodku Diablak, gdzie o godz. 14 ma być dekoracja, odbywa się lokalna impreza. Można wypić grzane wino, posmakować lokalnych specjałów: opiekane ziemniaki, gotowana kapusta, chleb z zasmażaną cebulą i ogórkiem kiszonym. Same pyszności J Różne mięsa z grilla, których się nie tykam J Kupuję miód i świeże zioła.

Dekoracja odbywa się w bardzo przyjemnych okolicznościach. A po dekoracji koncert muzyki ludowej różnych górskich zespołów.

Bieg wygrał Andrzej Długosz ustanawiając rekord trasy (57:32), wśród kobiet – niepokonana Iza Zatorska (1:14:26).

Ja z moim czasem (1:22:43) byłam 5. wśród kobiet i 3. w kategorii wiekowej.

Czekam na kolejny start!

Jestem bardzo zadowolona z tego biegu, muszę przyznać, że nawet mnie to wciągnęło, nie mogę się doczekać kolejnego takiego startu, to niesamowite uczucie przeć ile sił pod górę bez chwili wytchnienia. Nie da się tego porównać ze zwykłym biegiem górskim, gdzie można „odpoczywać” na zbiegach. A wbiegnięcie na szczyt, gdzie znajduje się meta – niesamowite uczucie szczęścia!

Zwycięzcy:

OPEN:

1 Andrzej Długosz 57:32.5
2 Daniel Wosik 1h00:32.0
3 Piotr Czapla 1h01:52.4

Kobiety:

1 (26) Izabela Zatorska  1h14:26.5
2 (43) Gabriela Ekiert 1h17:54.3
3 (48) Halina Gałuszka 1h19:46.3

Ukończyło 191 osób.

Pełne wyniki – [KLIK]

Autor relacji: Olga Łyjak, autorka bloga Maraton3h .

Zdjęcia: Mirosław Madej, Łukasz Smogorowski.