Bob Graham Round – 42 szczyty w 22 godziny

Bob Graham Round

Historia ogrodnika we flanelowej koszuli, który postanowił nietypowo uczcić swoje 42 urodziny (wspinając się na 42 szczyty w regionie Lake District schodząc poniżej 24 godzin) jest niezwykła, porywająca i zdumiewająca, zwłaszcza dla człowieka, który pojechał zmierzyć się z tym wyzwaniem. Tym razem wróciliśmy z tarczą w garści, a nie powaleni, przeżuci i wypluci. Przypominamy historię Bob Graham Round, opowieść o swojej pierwszej próbie i dzielimy się relacją z ostatniej, udanej próby.

Skoro pisząc o igrzyskach w Londynie powołujemy się na pierwsze poważne bieganie z 1908 roku, czy na „Wyścig Starej Baby o Garść Herbaty”* z 1850 roku, zaczynając opowieść o biegu w angielskiej Krainie Jezior, również powinniśmy wytoczyć opowieść ze starych ksiąg. I da się. Bo choć tekst będzie sławił wytrzymałość współczesnych górskich biegaczy z Wyspy, to oprze się na ogrodniku w koszuli od piżamy. Posłuchajcie o Bobie Bobie Grahamie i jego górskiej pętli.

* Jednym z prekursorów współczesnego ruchu olimpijskiego był niejaki William Penny Brookes, który od 1850 roku organizował imprezy nawiązujące do greckich Igrzysk. To on zainspirował Barona de Coubertina żeby powołać Międzynarodowy Komitet Olimpijski. Zawody w Wenlock w zachodniej Anglii (których tradycja przetrwała do dzisiaj) oprócz poważnych konkurencji, zawierały nieco „jaj” jak na przykład Wyścig Starej Baby o Garść Herbaty – niestety, nam nie udało się ustalić na czym polegał. Być może było to coś podobnego do „Biegu za Świnią przez Miasteczko” – innego punktu programu.

Bob Graham i pacemakerzy na Dunmail Raise 1932

Bob Graham i pacemakerzy, Dunmail Raise, 1932. Fot. irunfar.com

Opowieść zaczyna w 1931 roku w Keswick – dwie godziny pociągiem od Manchesteru i jeszcze godzinkę autobusem po krętych drogach w polodowcowych dolinach. Powietrze pachnie tam północnym Atlantykiem, a w słoneczny dzień widoczność dochodzi do 100 kilometrów. Problem w tym, że słonecznych dni jest tu niewiele.

W miasteczku budynki nie wyrastają powyżej trzech pięter, a na ulicach dziś spacerują głównie podsuszeni emeryci w polarach i kurtkach z gore-texu. Od drzwi knajpek czuć rybą i fryktami, a sklepów ze sprzętem biegowym i górskim jest tu więcej niż oscypków w Zakopanem. Czasem przewinie się Japończyk z aparatem. Częściej śmignie rowerzysta, czy biegacz ruszający na poranny trening.

Dżentelmen

To tu Bob Graham prowadził swój mały hotelik, po tym jak porzucił pracę ogrodnika. Hoteliki w Keswick mają po kilka pokoi, wspólne saloniki pełne książek i przeszklone jadalnie z oknami wychodzącymi na ulicę. Bob nie był biegaczem. Raczej łazikiem – w wolne dni potrafił wyjść bladym świtem na szlak, a wrócić dopiero o zmierzchu – brudny i zmęczony. Nie wzbudzał sensacji w otoczeniu. Wielu było takich jak on. Już pod koniec XIX wieku w lokalnych gazetkach można było przeczytać o górskich trasach po 80-90 km, które lokalni dżentelmeni pokonywali w ciągu jednego dnia. Zatem pomysł by 41 urodziny uczcić wejściem na 41 szczytów wpisał się doskonale w krajobraz. Problem w tym, że plan się nie powiódł.

Dopiero rok później, gdy wyzwanie zostało przedłużone do 42 wierzchołków – Bob z dumą stał na rynku w Keswick i pokazywał znajomym przebieg swojej trasy. Na nogach miał tenisówki, podkolanówki w wełniane szorty. Przed chłodem chroniła go koszula od piżamy. W ciągu ostatniej doby zjadł kilka jajek, zagryzł chlebem z masłem i popił wodą ze strumieni. Jego towarzysze, którzy wraz z nim pokonywali trasę sztafetą, nieśli mu także trochę owoców i słodyczy. Kroniki milczą o tym co było by dalej – ja obstawiam, że poszli na piwo. Historia zaginęłaby wraz z dziesiątkami podobnych gdyby nie kolejne lata.

Kosmita Billy i Mark Maszyna

O tym, że 24 godziny to wyjątkowy wynik, przekonali się Ci którzy próbowali pójść tropem Boba. A było ich wielu. Przez 28 lat żaden nie zmieścił się w limicie 24 godzin. Rekord musiał poczekać, a w międzyczasie zaczął obrastać legendą i publikacjami w prasie. Dopiero gdy w 1960 roku pod Moot Hall, gdzie tradycyjnie startuje pętla, pojawili się – Ken i Alan Heatonowie – padł.

Było jeszcze kilka powtórzeń, wykonanych przez osoby z tego samego kręgu, a potem znów 10 lat bez powodzenia. Starzejący się Bob lubił z uśmiechem powtarzać, że jego pętla może być pokonana przez każdego. Po czym robił pauzę i dodawał: kto jest naprawdę bardzo sprawny.

W latach 70. powoli rosła liczba zdobywców pętli – pojawiły się także mutacje. Jedni starali się uzyskać jak najkrótszy czas na trasie prowadzącej przez 42 szczyty, inni wydłużali pętlę próbując utrzymać reżim 24 godzin. W 1977 roku Jean Dawes z czasem 23 godzin i 37 minut otworzyła listę kobiecych rekordów. Panowie windowali liczbę szczytów. Najpierw 60, potem 61,63, 72, 76 by w 1997 roku osiągnąć liczbę 77 wierzchołków zdobytych w ciągu doby. Jeśli ta wartość wydaje się Wam abstrakcyjna – może bardziej obrazowe będzie przeliczenie jej na odległość – ponad 160 km, głównie po bezdrożach i jakieś 15 000 metrów podejść. Autor tego rekordu nazywa się Mark Hartell i jest amatorem trenującym co dzień po pracy.

Lake Distric, trening do Bob Graham Round

Trening do Bob Graham Round w maju 2013. Pomiędzy Skiddaw a Great Calva nie ma sensownych ścieżek, a podłoże jest z reguły bardzo podmokłe.

Nadal niewzruszeni? To zerknijmy na wyniki i parametry najbardziej prestiżowego biegu w Alpach – Ultra Trail du Mont Blanc. Dystans – ciutkę dłuższy (167 km), ale różnice wysokości już zupełnie inne. Na UTMB jest o jakieś 5500 metrów mniej do podejścia! Z czasem poniżej 24 godzin Mark znalazłby się w pierwszej dziesiątce. Ale, ale – żeby porównać go ze zwycięzcą – UTMB Kilianem Jornetem, należałoby tego drugiego poprosić jeszcze żeby szybciutko wszedł na szczyt Mont Blanc (jakieś 4000 m powyżej dna doliny i dla formalności przebiegł się jeszcze 30 razy na skocznię w Chamonix i z powrotem).

Widziałem też tereny obu biegów – o ile UTMB jest elegancko oznakowaną ścieżką, tak angielska pętla jeży się od luźnych kamieni, chlupie błotem, mlaszcze podmokła trawą i zgrzyta śliskimi skałami. Dodatkowo przebieg jest nieoznakowany. I nigdy nie będzie. Anglicy są pod tym względem konsekwentni jak w miłości do swojej królowej. Skoro pierwszy zdobywca zrobił pętlę bez drogowskazów, znaczków, szarf i innego śmiecia – Ty też musisz sobie poradzić.

Drugi biegacz, który zasługuje na nie mniejszy rozgłos to Billy Bland – szczupły łysiejący blondyn o krzaczastych brwiach. Jego wynik na klasycznej Bob Graham Round z 1982 roku wynosi 13 godzin i 53 minut jest niczym skok w dal Boba Beamona na Igrzyskach w Meksyku. Ci którzy towarzyszyli Billy’emu i pomagali utrzymać założone tempo relacjonują, że na nielicznych asfaltowych odcinkach osiągali 3:45 minuty na kilometr. Może Henryk Szost by był w stanie nawiązać walkę (w końcu rekordzista Polski w maratonie wywodzi się z biegów górskich), ale i tak nie obyło by się bez specjalistycznego treningu. No i runda to wyścig tylko o pietruszkę i wpis w wikipedii. Nagrody pieniężne nie przystoją dżentelmenom.

Nie słychać nawet by ktoś się przymierzał do bicia rekordu Billy’ego, choć co roku liczba powtórzeń pętli rośnie i w zeszłym roku do „Klubu 24h” dołączyło ponad 90 osób.

Podejście pierwsze – nokaut

Wykładam karty i mówię „sprawdzam!”

Po tym wstępie nie pozostaje nic innego niż założyć buty, stanąć na rynku w Keswick i na własnej skórze poczuć co oznaczają 24 godziny przedwojennego ogrodnika. Kapituła klubu nakazuje notować międzyczasy na poszczególnych wierzchołków i mieć co najmniej jednego świadka na każdym fragmencie trasy.

Mam więc kartkę papieru, zegarek i żonę. Zgłaszamy nasze podejście do Bob Graham Round i otrzymujemy potwierdzenie od Głównego Sekretarza. Tak to się robi. Nie ma linii startu ani mety, nie ma sędziów. Przyjeżdżasz kiedy chcesz i startujesz o dowolnej godzinie. Byle byś nie oszukiwał.

Startujemy równo o północy, wybierając najbardziej popularny wariant – pętlę zgodną z ruchem wskazówek zegara i ustalając tempo na ukończenie krótko przed limitem.

Bob Graham Round podejście pierwsze. Moot Hall, maj 2012

Pierwsze podejście do Bob Graham Round. Startowaliśmy o 00:00 pewnego majowego dnia w 2012 roku. Patrzę na mapę z ufnością, niewiadoma co mnie czeka.

Jest początek sezonu – drugi weekend maja. Śnieg niedawno zszedł z najwyższych wierzchołków, które sięgają 800 metrów ponad dna dolin (dużo słabiej brzmi ich bezwzględna wysokość – Scafell Pike sterczy 977 metrów nad poziomem morza). Lekki wiatr i temperatura kilku stopni powyżej zera w samym miasteczku działa na wyobraźnię.

Półtorej godziny później mamy już okazję sprawdzić co dzieje się wyżej. Wiatr pchający chmury po wierzchołkach sprawdza szczelność naszych kapturów i testuje membrany kurtek. Łykając mroźne powietrze wpychane mi do ust, zastanawiam się z czego była wykonana piżama Boba. Ale biegnę spokojnie. Pierwszy wierzchołek – Skiddaw jest łatwo dostępny, prowadzi do niego szeroka wydeptana droga, którą trudno zgubić nawet w świetle czołówki rozjaśniającej głównie krople wody w chmurze.

Angielska pętla jeży się od luźnych kamieni, chlupie błotem, mlaszcze podmokłą trawą i zgrzyta śliskimi skałami.

Bieganie nocą w górach, zwłaszcza w przemoczonych butach to jedna z najbardziej perwersyjnych przyjemności. Woda wychodzi ponad poziom skarpetek wkrótce po tym gdy mija druga w nocy. O ile szczyty są raczej suche i zamarznięte, tak doliny porasta wrzos i kożuchy traw (?) kożuchy czegoś co słabo widzę w nocy, a co jest miękkie, czasem chwyta za nogi i jest nasączone jak gąbka. Mimo, że nie da się w tych warunkach szybko biec – śmieję się do siebie i bawię całą sytuacją.

Opóźnienia w rozkładzie

Plan startu o północy nie jest przypadkowy. Pierwsze kilka godzin poruszamy się po dosyć łatwym terenie, ale końcówka pierwszego sektora trasy (sketorem nazywam kolejne masywy, pomiędzy którymi przechodzą asfaltowe drogi) prowadzi skalną żyletką. Na pocztówkach wyglądała prześlicznie. Zsuwając się po niej w szarości poranka zastanawiam się czy bardziej nadaje się do golenia czy do biegania. Zamiast kremu pokrywa ją warstewka lodu, a długość ostrza trudno określić bo oba końce giną gdzieś w chmurze.

Gdy jesteśmy na dole i widzimy, że szarość nieba powoli ustępuje błękitowi – rodzi się nadzieja, że uda się przyspieszyć. Bo mimo naszego dobrego tempa – Bob w tenisówkach dokłada nam już 15 minut.

Dalsza część szlaku to marzenie – szczyty pokryte tylko trawą, i widoki rozpościerające się na… jakieś 20 metrów. Po przekroczeniu poziomicy 700 metrów znów nie widać nic. Kamienie porasta szron. Jest parę minut po szóstej. Ludzie w dole przewracają się na drugi bok. My rozbijając warstewkę lodu na kałużach budzimy czasem zbłąkane owce. Biegnie się dobrze, choć nogi powoli odnotowują że już mają ochotę na postój. Nie będzie zatrzymywania. Nie przy tak niskim tempie. Ze zgrozą zauważamy, że rozkład minut na wbiegi na poszczególne wierzchołki zaczyna się nam rozjeżdżać. Nawet na łagodnych przelotach trwających po kwadrans tracimy minutę lub dwie.

– Drań tu biegł! Bob nie był łazikiem! Był ultramaratończykiem i to z kamienną łydką!

A może definicja biegania jest tu trochę inna? Zaczynam się zastanawiać, gdy na podejściu tak stromym, że muszę podpierać się rękami tracę kolejne 10 minut. Może to ich przeklęta angielska flegma każe wszystko bagatelizować? I natychmiast staje mi przed oczami George Mallory w tweedowej marynarce na stokach Everestu. Cholerni Anglicy!

Gdzieś na czterdziestym kilometrze w poziomie i trzecim w pionie, chmury rozchodzą się i pokazują całe piękno Krainy Jezior. W dole zieleń i błękit wody, na horyzoncie zębate granie, a nad nimi cumulusy. Można by tu zamieszkać, gdyby nie przeciągi i brak ogrzewania. Biegniemy więc dalej – przez Helvellyn, FairField – szczyty piękne, a wcześniej nam zupełnie nieznane.

Bob Graham Round podejście pierwsze. Okolice Helvellyn, maj 2012

Krzysiek w okolicach Helvellyn, maj 2012. Pierwsza próba Bob Graham Round.

Bo kto słyszał o górach w Anglii? W Szkocji to jeszcze, ale na południe od Muru Hadriana były tylko Big Beny, Beatlesy i Stonehenge. Zatem zbliżając się do końca opowieści godzimy się z porażką w górach niższych niż Gubałówka za to bardziej bezwzględnych niż polityka Margaret Thatcher.

Na 46 kilometrze – gdzieś w okolicach Calf Crag tempo spadło już tragicznie. Co gorsza, nie żonie, a mi. Przeliczanie kolejnych międzyczasów we mgle moich skołatanych myśli dawało rezultat rzędu 30-33 godziny na pokonanie 105 kilometrowej pętli. Zastanawialiśmy się jeszcze, czy to kwestia niedospania ostatnich nocy, ogólnego przemęczenia przed wyjazdem, czy słabszej kondycji. Sprawdzimy to może za rok.

Zeszliśmy po 11 godzinach w terenie. Poddaliśmy się. Bob Graham – ogrodnik i łazik zniknął w oddali.

Bob Graham Round podejście pierwsze. Okolice Helvellyn, maj 2012

To po prostu jest bardzo trudna trasa. Maraton zrobiony poniżej trzech godzin wcale nie daje pewności na jej ukończenie w ciągu doby. Podobnie jak zrobienie 100 km Biegu Siedmiu Dolin w nieco ponad 12 godzin. Nie dajcie się zwieść, gdy przeczytacie, że Yannis Tridimas zrobił 60-szczytową wersję Bob Graham Round na swoje 60-te urodziny, albo sprawdźcie kim była miła dziewczyna z marketingu lokalnej firmy która wcześniej opowiedziała Wam jak „Kiedyś pobiegła z kolegami i się pogubili, tak że już myśleli że się nie uda, ale skończyli w 20 godzin” Mi Google wypluło: Natalie White – dwukrotna mistrzyni Wielkiej Brytanii w biegach górskich.

Krzysztof Dołęgowski, „1,75 szczytu na godzinę”, Bieganie, lipiec-sierpień 2012

Podejście drugie – wracamy z tarczą

Stoimy pod Moot Hall w Keswick, w miejscu, z którego w 1932 roku wyruszył Bob – gość we flaneli, który wyrósł w naszych oczach niemal na bożka. W ręku dzierżymy mapę, po butelce wody i rozkład na 23 godziny i 30 minut. Późniejszego nie dało się rozpisać za pomocą strony internetowej, której używaliśmy. Obok nas stoi Steve Jones, uśmiechnięty gość, który zgodził się pobiec z nami pierwszą część. Po przeczytaniu książki „Feet in the clouds” przekonałam się jak ważne jest to żeby mieć ludzi do pomocy. Na każdym odcinku trasy trzeba mieć ze sobą kogoś, kto poświadczy, że było się na szczycie, ale taka osoba pomaga również nawigować, niesie jedzenie i picie, zabawia rozmową gdy przychodzi kryzys. Bardzo ważne jest też to żeby mieć kogoś z samochodem, kto przywiezie zapasy jedzenia i picia w kilka miejsc, w których przecina się asfalt. Tym razem postanowiliśmy się nie wygłupiać i nie próbować zrobić całości samemu. Support samochodowy zapewnili nam przyjaciele, którzy wybrali się z nami na wakacje do Lake District. Na trasę zrekrutowaliśmy Steve’a. Spotkaliśmy go w Planet Fear – sklepie biegowo-outdoorowym w Keswick. – Szukamy kogoś, kto chciałby się z nami przebiec. Na którymkolwiek odcinku. Właściwie to… desperacko potrzebujemy pomocy! – jęczałam szefowi sklepu, któremu zwierzałam się ze swojego przerażenia. – Steve, nie przebiegłbyś się z dwójką Polaków, którzy chcą zrobić BGR? – zapytał Hugh. Steve chciał. Na szczęście. I rzeczywiście pojawił się pod Moot Hall.

Bob Graham Round - podejście drugie. Steve Jones. 15 lipca 2013

Steve Jones – nasz pomocnik podczas pierwszej części Bob Graham Round. Znaleźliśmy go w sklepie w Keswick. W zamian za pomoc podarowaliśmy mu dwie butelki Tyskiego, z czego bardzo się ucieszył.

Pierwszy sukces: pokonać lokalsa

Gdy wybiła godzina „0”, co dla nas oznaczało 1 w nocy, Steve narzucił mocne tempo i poprowadził nas przez rozmaite skróty i opłotki, potwierdzając jak ważna jest znajomość okolicy, jak wiele można zyskać lub stracić. Steve otwierał przed nami bramki i grymasił gdy zaczynałam przechodzić do marszu. Efekt był taki, że na pierwszym szczycie byliśmy… o 10 minut za wcześnie! – Przyjdzie nam za to zapłacić – myślałam w duchu i sapałam sobie po cichu. Okazało się jednak, że przyszło nam raczej wziąć odwet na Stevie. Na Blencathra – szczycie, który w ubiegłym roku był spowity mgłą i mrokiem, a zbieg po żyletce był oblodzony i przerażający – tym razem byliśmy w momencie gdy zaczynało świtać. Szybko okazało się, że Steve’a za nami nie ma, a my poczynamy sobie całkiem żwawo. Do Threlkeld wpadliśmy o 4:35, budząc nasz zdezorientowany support – Martę i Olka, którzy spodziewali się nas w tym miejscu jakieś pół godziny później. Byli zdumieni jak owce, które spotkaliśmy nocą, o minach jednoznacznie mówiących: „Pogrzało was?!”. Po Stevie nie było ani śladu, mieliśmy na koncie pierwszy sukces – pokonaliśmy człowieka, który tu mieszka i trenuje, na zbiegu z Blencathra.

Bob Graham Round. Support, który dowiezie jedzenie i zmotywuje jest nieoceniony

Marta Szewczuk i Olek Tittenbrun - najwytrwalsza pomoc podczas Bob Graham Round

Marta Szewczuk i Olek Tittenbrun – nasze największe wsparcie podczas Bob Graham Round. Wycieczka na Helvellyn na kilka dni przed pętlą.

Gdzie się podziały bagna?

– Niedobrze – powiedział cicho przejęty Krzysiek, a mi trudno było się z nim nie zgodzić. Czułam się dobrze, ale czerwona lampka paliła się żywo. Chyba lecimy za szybko. Warunki były jednak o niebo lepsze niż niemal 1,5 roku wcześniej. Tam, gdzie nie byliśmy w stanie biec nawet po płaskim, bo nogi zapadały się w wodę powyżej kostek, tym razem było sucho. Czasem na zboczach lub płaskich okolicach szczytów łapaliśmy zanurzenie, ale nie dało się tego porównać do ubiegłego roku. Bardzo dobra była też widoczność, nie trzeba było biegać na wyczucie, nawigując we mgle i szukając kopczyków na płaskowyżu w okolicach Great Dodd, Watson Dodd czy Stybarrow Dodd. Wiele podejść zmalało w naszych oczach dzięki temu, że byliśmy w Lake District kilka razy żeby trenować na trasie BGR. Druga część była przyjemnością w porównaniu do ubiegłego roku.

Bob Graham podejście 2. Podejście pod Steel Fell zaczyna się niewinnie, potem pokazuje zębiska

Robi się gorąco

Stres powrócił w okolicach Dunmail Raise, miejsca, w którym po raz drugi przecina się asfalt. Powinniśmy tu być o 9:39, byliśmy o 8:25. Przewaga względem planu rosła, a nasze oczy otwierały się coraz szerzej. Pamiętałam to miejsce doskonale. Wspinaczka bardzo stromym, trawiastym zboczem. W ubiegłym roku, w maju wdrapywaliśmy się tutaj dramatycznie powoli, czasem na kolanach i rękach, dysząc ciężko, z obolałymi stopami i mięśniami. Tym razem znaleźliśmy malutką ścieżynkę, a do góry wszedł z nami Olek Tittenbrun. Co gorsza, na górze Krzysiek powiedział, że źle się czuje, a ja już miałam w oczach powtórkę z ubiegłego roku. To tu, niedaleko, na Calf Crag padliśmy. Stąd wracaliśmy na tarczy, nasze tempo zrobiło się dramatycznie powolne, nogi bolały, stopy, rozmoczone i obtarte bolały jeszcze bardziej. Teraz czułam się dużo lepiej. Całe ciało bolało, co nie wróżyło dobrze, ale nadal mogłam biegać, poruszać się całkiem żwawo. To był dobry znak. Zrobiło się już paskudnie gorąco. Oddech zrobił się płytszy, mięśnie skrzypiały, słońce paliło i tam, gdzie nie było przewiewu, bywało nieznośnie. Z wielką radością przywitałam strumień, wzdłuż którego szliśmy na Sergeant Man i High Raise. Zmoczyliśmy koszulki, piliśmy długo i łapczywie. Olek zostawił nas w okolicach High Raise, musiał przecież pobiec z powrotem i przejechać samochodem do Wasdale, dokąd nie ma szybkiej drogi autem. Dla nas zaczął się dramat.

Bob Graham Round podejście 2. Jest sucho ale gorąco

Spotkania na szczycie

Było ciepło, byliśmy już zmęczeni, a stojące wysoko na niebie słońce paliło skórę. Widziałam swoje czerwone ręce i ramiona, czułam ból. W dodatku było mi niedobrze. Nie mogłam jeść w marszu. W dodatku Krzysiek powiedział, że musimy zbiec w dolinę i podejść po kamienistym, stromym zboczu, na którym nie widać było żadnej ścieżki, z po prawej nieopodal widziałam możliwość obejścia całego tego syfu. Byłam zrezygnowana. Już widziałam jak tyka zegar, jak wiele tracimy, dawałam upust swojemu niezadowoleniu, choć niezbyt agresywnie. Raczej marudziłam niż protestowałam. Gdy Krzysiek wpadł po kolana w bagienko w Martcrag Moor, pomyślałam, że może jednak się popłaczę. – Strasznie wd*piliśmy – mówię. Trzeba było iść ścieżką. Stracimy na tym wariancie – biadałam. Ale gdy wdrapywaliśmy się między skałami po niknącej ścieżynie pod górę oczom mym ukazał się w malutkiej kałuży błota ślad dobrze mi znanych butów. – Może jednak to nie był taki zły pomysł, chyba jesteśmy na dobrej drodze – pocieszałam się. Na Rossett Pike spotkaliśmy turystów i wydało mi się to abstrakcyjne. Na chwilę przyszły chmury więc schowaliśmy się wśród skał i postanowiliśmy coś zjeść. – Najgorsze na tym etapie już za nami – pocieszył mnie Krzysiek. Wielką radość dał mi fakt, że ten odcinek pokonaliśmy jednak dokładnie w takim czasie jak planowaliśmy. – Jest dobrze – myślałam, ale mężowi się nie przyznałam. Od Esk Pike byliśmy już w terenie, który znaliśmy z treningu. Czasem lecieliśmy trochę szybciej niż zakładane międzyczasy, czasem troszkę wolniej. Gdy było poniżej planu moje usta zwijały się w podkówkę i zaczynałam cierpieć, gdy było powyżej planu – cieszyłam się jak wariat. Jeszcze przyjemniejsze było niespodziewane spotkanie z polskimi turystami. Chłopaki poznali, że jesteśmy Polakami po flagach na koszulkach. Przywitali się, a ja od razu uprosiłam ich o wodę. Dostaliśmy od serca. Porozmawialiśmy chwilę. Pragnienie na tym odcinku było dojmujące i niezaspokajalne. Co za szczęście, że można spotkać serdecznych turystów!

Bob Graham Round podejście 2. Idziemy na Yewbarrow

Jazda po kamieniach

Radość dawał mi również fakt, że nie będziemy wspinać się na Broad Stand. To przejście pomiędzy Scafell Pike a Scafell (Scafell Pike 977 m n.p.m. to najwyższy szczyt Anglii), które wymaga umiejętności wspinaczkowych. Nie jest trudne, ale jeśli coś pójdzie nie tak – można się przelecieć ponad 100 metrów w dół, a taki upadek ciężko przeżyć. Ponieważ nigdy nie widzieliśmy Broad Stand i nie mieliśmy nikogo z liną do pomocy – wybraliśmy wspinaczkę po piargu po prawej stronie od przełęczy. To droga dłuższa ale bezpieczniejsza. Chociaż oczywiście gdy zsuwałam się w dół po kamieniach, jadąc tyłem na czworakach, wczepiona paznokciami w głazy, nie uważałam że to jakieś wybitnie łatwe miejsce. Było stromo i technicznie. Najpierw pod górę, potem w dół i znowu w górę. Na szczycie turysta zapytał nas czy idziemy ze Scafell Pike. Zdezorientowani odpowiedzieliśmy, że tak, a na moją twarz wypełzł dziki uśmieszek gdy wyobraziłam sobie go na piargach. Wybrał jednak bezpieczną i dłuższą drogę obchodzącą trudności – przez Foxes Tarn.

Bob Graham Round podejście 2. Wasdale

Bob Graham Round - podejście 2 - podarte skarpetki

Jeszcze pełen euforii zbieg ze Scafell, po różowym, drobnoziarnistym piargu, po którym niemal surfowaliśmy w dół i zobaczyliśmy Olka wspinającego się do nas z Wasdale. Tu zrobiliśmy 20 minut przerwy. Jedliśmy, piliśmy, zmienialiśmy skarpetki. Krzyśkowe okazały się mieć wielkie dziury, jakby stado myszy próbowało sobie w nich uwić gniazdko. – Czułem, że coś jest nie tak, ale tego się nie spodziewałem – śmiał się.

Bob Graham Round podejście 2. Wasdale

W krainie legendarnego Jossa

Yewbarrow to najdziwniejsze podejście na całej pętli. Mrozi krew w żyłach gdy patrzy się na nie na mapie. Poziomice, przypominające warstwy w sękaczu, usiane są tak gęsto, że ciężko je policzyć. I jest długie – 550 metrów. Gdyby nie to, że w listopadzie znaleźliśmy ścieżynę, która prowadzi pod górę – teraz mielibyśmy ciężki orzech do zgryzienia. Do góry poszliśmy we czwórkę – my, Marta i Olek. Powolutku, krok po kroku, mozolnie, długo. Podejście miało nam zająć 50 minut, uporaliśmy się z nim w 42. Kolejny „powód do radości, wspaniały jak tęcza” – jak śpiewał Łona. Kilka dni wcześniej rozgrywały się w tej okolicy zawody – Wasdale Horseshoe Fell Race, na których wygrał nasz kolega Ben Abdelnore. Krzysiek i Olek poszli kibicować na Pillar, jeden ze szczytów Bob Graham Round, gdy my z Martą czerpałyśmy energię z kosmosu nad jeziorem. Tego dnia poznałam osobiście Jossa Naylora – tutejszą legendę. Człowieka, który poszerzył BGR do 72 szczytów i zmieścił się poniżej 24 godzin! Gdy powiedziałam o naszych planach zapytał: – Masz odpowiednio dużo podejść w nogach? – i uśmiechnął się szelmowsko. Teraz, podchodząc pod Yewbarrow chciałam żeby Joss nas zobaczył. Dotarliśmy tu, nieprawdopodobne! Stojąc na starcie marzyłam o tym żeby móc wspinać się na Yewbarrow. Żeby w ogóle dotrzeć do Wasdale.

Bob Graham Round podejście 2. Yewbarrow

Łomot potrafi być taki piękny…

Trochę problemów pojawiło się w okolicach Red Pike. Napotkani turyści wprowadzili nas w błąd, gdy zapytaliśmy czy to już ten szczyt. Było na to jeszcze za wcześnie. Wdrapałam się więc na kopiec, przyłożyłam rękę do kamienia, a po kilku minutach znaleźliśmy właściwy wierzchołek. Tutejsze szczyty czasem są ewidentne jak piorun przecinający niebo, a niektóre to zwieńczenia płaskowyżów. W dodatku pojawiają się na nich irytujące, oszukańcze kopczyki. Gdy się wespniesz myśląc, że to już tu – widzisz za kilkadziesiąt metrów trochę wyższy kopczyk. Tutaj Krzysiek stracił trochę poczucie orientacji, motaliśmy się. Na szczęście kolejny szczyt jasno pokazał nam gdzie jesteśmy. Steeple przypomina płetwę grzbietową rekina i nie da się pomylić z niczym innym. Okolica na północ od Wasdale jest bardzo skalista i iście alpejska. Bardzo tu pięknie i nawet jeśli człowiekowi brakuje już sił, nie da się nie zachwycać pięknem krajobrazu. Po prostu cieszy się, że tu jest. Na podejściu na Kirkfell znaleźliśmy na drodze malutkie źródełko. Czekaliśmy długo aż uzbiera się kilka łyków wody z drobnymi kamykami. Piliśmy i piliśmy. A potem wybrałam drogę pod górę, za którą plułam sobie w brodę. Najpierw ciężkie podejście piargiem, potem wspinaczka po skałach i luźnych kamieniach. W każdej chwili na tym odcinku spodziewaliśmy się ujrzeć Natalie White. Miała po pracy wyruszyć z Honister Pass w naszym kierunku by poprowadzić nas do końca. Wyglądałam jej, zwłaszcza że obiecała, że zabierze jakieś łakocie. Brak zasięgu spowodował, że nie mogła się do nas dodzwonić i dać nam znać, że kontuzja pleców jednak nie pozwoli jej biegać z nami. Na Kirkfell znowu byliśmy na „swoim”. Te miejsca znałam z treningów i z wycieczki, którą zrobiliśmy z Martą i Olkiem kilka dni temu. Podziwialiśmy wówczas Great Gable jako szczyt górujący nad okolicą i tak majestatyczny, że wyglądał jakby nie dało się na niego wejść. Wygląda jak ogromny turystyczny garnek położony do góry nogami. Wreszcie zbiegliśmy do Honister Pass. Stąd już tylko 3 godziny. Jedliśmy, piliśmy, zaczęliśmy marznąć. Ciała były już zmęczone, za nami było prawie 19 godzin ciężkiego napierania.

Bob Graham Round podejście 2. Wasdale

Podejście na Dale Head dłużyło się, a na horyzoncie pojawiały się kolejne szczyciki oszukańcy. Pilnowałam jednak międzyczasów i wiedziałam, że nie ma co się podpalać, że to już. Bałam się asfaltu na koniec. Aż 8 kilometrów. Wyobrażałam sobie, że stracimy na nich całą przewagę nad planem i będziemy jeszcze walczyć o przetrwanie. Matematyka nie była moją mocną stroną, jak zwykle podczas takiego wysiłku.

Joss Naylor - legenda Lake District

Joss Naylor – legenda Lake District

Moot Hall na horyzoncie

Ogromnym zaskoczeniem były dla mnie moje nogi. Stopy miały się dobrze, mięśnie – bolały i to całkiem poważnie, ale nie utrudniały w miarę szybkiego poruszania się w dół. Nie było płaczu, śpiewania. Może to efekt wycieczek, które zrobiliśmy na początku wyjazdu? Było dobrze. Na ostatnim zbiegu byłam już spokojna. Na asfalcie dołączyła do nas Marta Szewczuk i rozmawialiśmy. Krzysiek opowiadał o tym co przydarzyło nam się tego dnia, wspominał rzeczy, które miały miejsce zaledwie parę godzin wcześniej, a były już tak odległe. Jakieś 1,5 kilometra przed Moot Hall zorientowaliśmy się, że jest szansa zejść poniżej 22 godzin. Jęczałam i pędziłam ile sił, a może nawet na kredyt. Biegnąc główną ulicą w Keswick krzyczałam, warczałam, robiłam mnóstwo hałasu. Niemal rozbiłam się jak mucha o drzwi Moot Hall. Zegarek zatrzymał się na 21:58:38. Skołowana, niedowierzająca ściskałam się z Krzyśkiem, Martą i Olkiem. Za nami było 105 km i jakieś 9500 metrów podejść. Szaleństwo, które się udało. Niezwykłe wyzwanie. Bob Wightman z Bob Graham 24 Hour Club powiedział, że jesteśmy pierwszymi Polakami, którym się udało i chyba pierwszymi, którzy w ogóle spróbowali zmierzyć się z pętlą. Czujemy, że zrobiliśmy coś wyjątkowego, zakończyliśmy pewien etap w naszym biegowym życiu, który wiele nas nauczył. Przyniósł zupełnie inne wrażenia niż ściganie w Alpach czy na pustyni. Wspaniale jest mieć coś takiego za sobą.

Bob Graham Round podejście 2. Moot Hall po 21 godzinach i 58 minutach

Dziękujemy za pomoc Marcie Szewczuk i Olkowi Tittenbrunowi, którzy zapewnili nam doskonały support, wspierali nas logistycznie, psychicznie, nawigacyjnie. Dziękujemy również Jossowi Naylorowi za inspirację i za porady dietetyczne przed Bob Graham Round.

Magda Ostrowska-Dołęgowska

Koszty

Bilet lotniczy do Manchesteru – od ok. 200 zł (Ryanair w dwie strony)
Pociąg do Manchester – Windermere – Manchester  – ok. 200 zł
Autobus Windermere -Keswick – Windermere  – ok. 80 zł
Nocleg w Keswick – ok 300zł za pokój/noc.
Mapa z naniesioną trasą – ok. 50 zł
Najlepsze warunki panują od maja do października.
Zdarzają się zimowe przejścia, ale ich poziom trudności
jest znacznie wyższy.
Polecamy spędzić kilka dni w okolicy, zaaklimatyzować się
i przeczekać ewentualną złą pogodę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger