Czego amator może nauczyć się od zawodowego triathlonisty (i odwrotnie)?

fot: istock.com

fot: istock.com

Codzienność zawodnika Pro zdecydowanie różni się od codzienności amatora. Jednak są elementy, które obie strony mogą od siebie czerpać. Dlatego warto czasem spojrzeć na siebie nie tylko z perspektywy uczeń-mistrz, ale także dojrzeć w tej drugiej osobie inspirację. Hania i Mateusz (Sportowe Love) zdradzają, co obie strony mogą z korzyścią sobie „podkradać”.

Triathlon to pod kilkoma względami dość specyficzny sport i w związku z tym przyciąga dość specyficzną grupę pasjonatów. Bardzo często jest to drugi, trzeci czy czwarty etap sportowej „zajawki”, a więc dość często zaczynają trenować go ludzie, którzy już udowodnili swoją determinację i przyzwyczaili się do regularnych treningów, albo wręcz nie wyobrażają sobie bez nich życia.

Triathlon to sport wymagający wszechstronnego, a co za tym idzie – zabierającego sporo czasu treningu. To nie bieganie, gdzie (wiemy, upraszczamy) wystarczy dobrze biegać: tu trzeba dobrze biegać, pływać i jeździć na rowerze. I każdy z tych elementów trenować, nawet jeśli na jeden element położymy większy, a na innym mniejszy nacisk. W dodatku wszystkie te elementy trzeba rozwijać harmonijnie, bo zbyt duży nacisk na jeden z nich może pogorszyć wyniki w pozostałych.

Wreszcie triathlon to – nie ma co ukrywać – droga pasja, jeśli myśli się o nim poważnie. Sprzęt, treningi i starty w zawodach potrafią pochłonąć nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych rocznie.
Dlatego triathlon to w dużej mierze sport uprawiany przez ludzi, którzy odnieśli zawodowy, finansowy sukces: menedżerów, cenionych specjalistów.

Perfekcyjna zdolność planowania

Nieraz zadziwiało mnie (mnie, czyli Mateusza), jak moi podopieczni potrafili perfekcyjnie ułożyć sobie plan tygodnia i pogodzić pracę i życie rodzinne z treningami. Ich dzień to przysłowiowe osiem godzin w pracy (a zwykle więcej), godzina-dwie, a nawet trzy w samochodzie (Warszawa…), odwożenie dzieci do szkoły, wyjście do teatru czy restauracji – i jeszcze znajdują czas w kalendarzu, żeby upchnąć dwie godziny treningu! Z każdej chwili wyciskają maksimum efektu. Basen lub siłownia po drodze do domu? Zatrzymają się, potrenują, przeczekując korki. I podwójna wygrana: jednostka treningowa zaliczona, a w dodatku czas spędzony w samochodzie o kwadrans krótszy. Niespodziewane spotkanie? Trochę roszad w terminarzu i zmieści się i spotkanie, i przebieżka na 10 km. A wszystko przebija i tak garnitur MKONa włożony na strój kolarski, żeby móc wskoczyć na rower od razu po biznesowym spotkaniu.

Ludzie trenujący amatorsko triathlon dokonują wręcz cudów w optymalizacji wykorzystania czasu i jeśli moglibyśmy im „podkraść” tylko jedną umiejętność, to byłoby to właśnie to.

Takie wyciskanie ostatnich soków z kalendarza zajęć ma jednak swoje złe strony.

Czego age-grouper może nauczyć się od zawodowca?

Nawet znakomita organizacja kalendarzy age-grouperów nie poradzi sobie z tym, że doba ma tylko 24 godziny. Dlatego…

Lekcja nr 1: Śpij (prawie) jak sportowiec

Pracując na pełen etat, wypełniając obowiązki rodzinne, towarzyskie, trenując i mając pewnie jeszcze jakieś inne hobby niż sport, pewnie nie będziesz mógł sobie pozwolić na to, by odpoczywać tyle, co my – a my odpoczywamy naprawdę zawodowo :-). Profesjonalny zawodnik śpi w nocy 8-10 godzin, do tego dochodzi często drzemka w ciągu dnia. Nie dlatego, że ma tak mało zajęć – ale dlatego, że ma ich tak dużo i tak intensywnych.

Organizm musi się zregenerować po wysiłku, a w czasie snu następuje to najszybciej.
8-10 godzin snu może być marzeniem ściętej głowy, ale jeśli śpisz 4 czy 5 godzin na dobę (a sam pewnie dobrze wiesz, że to nie rzadkość), to prawdopodobnie lepsze efekty sportowe przyniesie Ci dodatkowa godzina snu, niż dodatkowa godzina treningu.

Lekcja nr 2: Jedz (prawie) jak sportowiec

Posiłki zwykle na równi ze snem padają ofiarą przeładowanego kalendarza. Tymczasem profesjonalni triathloniści – i generalnie profesjonalni sportowcy – do diety i pór posiłków przywiązują ogromną wagę. W przypadku sportowców rytm posiłków, czy też w ogóle cały rytm dnia, jest wyznaczony przez rytm treningów. Zajmując się zawodowo zupełnie czymś innym, triathloniści-amatorzy nie mogą sobie pozwolić na takie dopasowanie pór posiłków do pór treningów, ale też nie jest to potrzebne – wystarczy zachować regularność posiłków. Obsługujące coraz większą liczbę biur firmy cateringowe znakomicie to ułatwiają.
O diecie jako takiej nie będziemy teraz wspominać. Ogólne zalecenia z pewnością znacie, a na bardziej szczegółowe nie ma teraz miejsca (ale postaramy się znaleźć je później! :-))

Lekcja nr 3: Odpoczywaj (prawie) jak sportowiec

Tu już wiemy, że przesadzamy – zdajemy sobie sprawę, że nasze dni są luźniejsze, niż większości age-grouperów – mimo że poświęcamy więcej czasu na treningi i są one bardziej intensywne. Wspominamy jednak o odpoczynku po to, żeby rozprawić się z pewną częstą postawą, mianowicie tłumaczeniem „regeneruję się w samochodzie”.

No więc nic bardziej błędnego! Owszem, jazda samochodem nie jest szczególnym wysiłkiem, ale jako forma regeneracji jest bardzo nieefektywna. To naprawdę nie to samo, co wyciągnąć się na kanapie z książką (że już o regularnym masażu nie wspomnimy). Pozycja siedząca osłabia efekt pompy mięśniowej, czyli utrudnia odpływ krwi żylnej z nóg w kierunku serca.

Lekcja nr 4: daj się wymasować (prawie) jak sportowiec

Zdajemy sobie sprawę, że ile byśmy nie mówili o konieczności regeneracji, to triathloniści-amatorzy i tak będą mieli jej za mało. W końcu, co już pisaliśmy, doba ma tylko 24 godziny. Dlatego, mimo mniej intensywnych i obciążających treningów, mniej efektywna regeneracja powoduje, że amatorzy wcale nie są dużo mniej narażeni na kontuzje czy inne negatywne konsekwencje obciążeń fizycznych.

Dlatego gorąco zachęcamy, szczególnie w trakcie okresów większego obciążenia, do wygospodarowania sobie czasu na odwiedziny u fizjoterapeuty i odnowę biologiczną. Masaż, roller czy nogawki do drenażu limfatycznego przynoszą nie tylko uczucie ulgi, ale faktyczną ulgę.

Nie mając czasu na systematyczną regenerację, można – i warto – stosować regenerację doraźną.
Fizjoterapeuta pomoże też dobrać odpowiedni zestaw ćwiczeń profilaktycznych, dostosowany do aktualnego stanu układu ruchu. Pozwolą one zmniejszyć ryzyko kontuzji, a z nimi nikt przecież nie lubi się borykać.

Lekcja nr 6: nie traktuj triathlonu jak sportowiec

Zarówno sportowiec, jak i amator, powinien mieć ze sportu frajdę – amatorowi jest jednak pod tym względem łatwiej. Jedyna presja, jaką amator będzie odczuwać, to ta, którą sam na siebie nałoży. Nie może zawieść trenera i sponsorów, nie będzie niczyją nietrafioną inwestycją, nie ryzykuje brakiem powołania do kadry po słabszym starcie. I to jest ogromny, naprawdę ogromny atut – nieraz widzieliśmy, jak zbawienny wpływ na wyniki wśród amatorów ma „regeneracja mentalna” i zrzucenie z siebie presji.

Niech więc sport będzie dla Was zabawą. Ale to nie znaczy, że macie go traktować na zupełnym luzie. Bawić się przecież można naprawdę ostro! Jak ostro? Będziecie mieli okazję przekonać się sami, w kolejnym tekście napiszemy o tych jednostkach treningowych, które dały nam naprawdę w kość.
Tak więc do zobaczenia wkrótce i odpoczywajcie, bo czeka Was wycisk!

fot. Filip Zubowski

fot. Filip Zubowski

Hania i Mateusz – kim jesteśmy?

Na wstępie powinniśmy się chyba jednak przedstawić, bo mimo że nasze sportowe kariery zaczęliśmy ponad 10 lat temu, to nie jesteśmy na tyle zadufani w sobie, żeby uznać, że cały triathlonowy światek nas zna 🙂 A więc oboje – Hania i Mateusz – startujemy obecnie w barwach kadry narodowej w triathlonie. Oboje mamy na koncie sportowe sukcesy, w tym tytuły Mistrza Polski: Hania w aquathlonie w 2014 roku, Mateusz z kolei na dystansie sprinterskim – w tym samym roku.

A używamy w odniesieniu do siebie liczby mnogiej i piszemy razem, bo żyjemy razem – jesteśmy małżeństwem 🙂

Poza sportem zajmujemy się… sportem. Hania jest fizjoterapeutką, Mateusz od kilku lat trenuje także grupkę age-grouperów. I systematycznie utwierdza się w przekonaniu, że o ile jako zawodnik jest już być może dojrzały, to jako trener jest dopiero na samym początku drogi. Systematycznie także odkrywa, że kontakty zawodowców z amatorami niekoniecznie muszą być relacją mistrz-uczeń.
Mogą być również wymianą doświadczeń. I to nie jest wcale kurtuazja.

baner2

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger