Dominika Stelmach: „Marzy mi się, że kiedyś polscy biegacze długodystansowi będą zdobywali medale olimpijskie”

fot: adidas

fot: adidas

W czerwcu biegaczka zdecydowała, że całkowicie poświęci się bieganiu i zrezygnowała z pracy. W rozmowie z Jarkiem Więcławskim Dominika Stelmach opowiedziała m.in. o powodach tej decyzji, związanych z nią obawach i planach na przyszłość.

Trzy miesiące temu podjęła Pani bardzo ważną decyzję – rzucenie pracy i przejście na „zawodowstwo”. Skąd ta decyzja i dlaczego akurat wtedy?

Decyzja została podjęta w ostatnim momencie, kiedy ma to jeszcze jakiekolwiek szanse powodzenia. Stwierdziłam, że będę kiedyś żałować, jeśli nie spróbuję, a nie mam już 20 lat, aby się z tym wstrzymywać. Jestem w tej komfortowej sytuacji, że do pracy zawsze mogę wrócić, bo mam dość duże doświadczenie. W Warszawie nie ma też teraz problemu z jej znalezieniem. W związku z tym cofnięcie tej decyzji nie byłoby wielką trudnością. Czuję dużą, sportową potrzebę sprawdzenia siebie.

Jak trudno było pogodzić trenowanie z pracą?

Coraz trudniej. Gdy biegałam jeszcze po 70 kilometrów w tygodniu, nie było to wielkim problemem. Jednak gdy zaczęłam biegać po 120 i trenować coraz bardziej poważnie, było już trudniej. Dwójka dzieci, jedno w przedszkolu, drugie w szkole, praca od 9 do 17, czyli w najgorszych godzinach, bo pozostawało bieganie rano albo bardzo późno wieczorem. Ostatnie pół roku dużo mnie kosztowało. Dałam radę, ale nie wiem czy byłabym w stanie się jeszcze poprawiać sportowo w kolejnym roku przy tak dużym obciążeniu.

Czy praca mogła sprawić, że wcześniej nie udało się wyzwolić rezerw? Czy poświęcenie się wyłącznie bieganiu i treningowi ma pozwolić na pokonanie kolejnych czasowych granic?

Tak, taki jest cel, do tego zmierzam. To jest sport, więc niczego nie możemy być tu pewni. Wiem jednak, że mogę znacznie więcej. To, że mam 35 lat nie powinno być czymś, co mnie ogranicza. Nie trenuję od 15 roku życia. Biegam od 13 lat, w tym czasie miałam też dwie przerwy macierzyńskie i jedną spowodowaną kontuzją. Pierwsze lata biegania były tak naprawdę zupełnie amatorskim truchtaniem. Wydaje mi się, że dużo jeszcze przede mną i chcę spróbować.

Jakie są największe plusy przejścia na „zawodowstwo”, a jakie największe obawy?

Aktualnie największym plusem jest to, że mam więcej czasu dla dzieci. Wadą jest niepewność finansowa, a także niepewność czy ten plan się powiedzie. To dodatkowy stres. Pracując, mając zapewniony byt, nie musiałam myśleć o sponsorach, o zarabianiu na bieganiu pieniędzy. Mogłam startować kiedy i gdzie chciałam. Teraz muszę myśleć także o tym, aby z tego zajęcia żyć.

fot: adidas

fot: adidas

Więcej czasu na bieganie, ale chyba też więcej czasu na odpoczynek.

Tak, choć ja nie jestem osobą, która odpoczywa zupełnie biernie, ale mam wreszcie czas, aby trochę zająć się sobą, także jeśli chodzi o sferę regeneracji.

Co zmieniło się przez te trzy miesiące? Jakim zmianom ulega trening?

Na razie wiele się jeszcze nie zmieniło, choć to pierwsze wakacje, które spędziłam trenując przez dwa miesiące, będąc właściwie cały czas poza Warszawą. Dużo z tego czasu spędziłam z dziećmi, więc nie był też to tak do końca obóz treningowy. Opieka nad dziećmi i jednoczesny trening to prawie jak praca na trzy etaty. W wakacje zwiększyliśmy obciążenia, zaczęłam trenować dwa razy dziennie. Na razie to tyle. Przed nami szybki sezon startowy, który jeszcze nie pokaże nam wiele. Liczę, że na wiosnę uda się zaprezentować efekty tej decyzji.

Dzieci chętnie przyglądają się Pani startom w bieganiu?

I tak i nie. Z jednej strony jest to czas, w którym dla nich mamy nie ma. Starszy syn zaczyna już coś rozumieć, a młodszy jeszcze nie do końca wie, o co chodzi. Dla niego mama zawsze wygrywa. Nie rozumie jeszcze rywalizacji i całego ducha sportowego. Ma jednak dopiero 4 lata i ma jeszcze czas, aby to pojąć.

Gdyby w przyszłości dzieci chciały biegać, to byłaby Pani za czy raczej odradzała, bo to trudna droga?

Jeżeli będą chciały biegać, to nie będę im tego odradzać, ale nie będę im też odradzać żadnej innej rzeczy, którą chciałyby w przyszłości robić. Gdy znajdą pasję i coś, co będzie im sprawiać przyjemność, to będę ich w tym wspierać. Nie zamierzam też w żaden sposób na nie naciskać. Bardzo chcę, aby były sprawne i trenowały różne sporty, ale tego czy zostaną w przyszłości sportowcami, nie wiem.

Próbuje Pani swoich sił na różnych dystansach. Skąd pomysł, aby je różnicować?

Widzę, że to przynosi mojej głowie bardzo dużo dobrego. W momencie, gdy nie skupiam się na jednym dystansie, bardzo różnicuję to, gdzie startuję, po prostu mniej się denerwuję. Przy okazji jeszcze góry, które bardzo kocham i dodają mi dużo energii, są odskocznią. Śmieję się, że mój sezon startowy trwa cały rok, ale tak naprawdę większość z tych startów jest dla przyjemności. Nie z potrzeby rywalizacji, ale choćby z chęci udania się w góry lub „pobawienia się” w ultra.

fot: Julita Chudko

fot: Julita Chudko

Są dystanse, biegi, których jeszcze Pani nie spróbowała, ale zamierza podjąć wyzwanie w najbliższym czasie?

Bardzo chciałabym pobiec 3000 metrów z przeszkodami na bieżni. Wiem, że to brzmi śmiesznie, ale taki jest plan na wiosnę, aby się z tym zmierzyć. To będzie bardzo późny debiut. Chciałabym też ogólnie pobiegać więcej na bieżni. Co do bardzo długich dystansów, na razie myślę, że na 100 kilometrach skończę. Cały czas czeka mnie tu rozwijanie prędkości, a nie chcę pójść na łatwiznę. Będę też walczyć o szybki maraton.

Wings for Life World Run organizowany raz do roku zapewnia Pani sporo rozgłosu. Na co dzień trudniej jednak chyba przyciągnąć uwagę kibiców.

Trudniej, bo u nas medialnie to wciąż bardzo niszowa dyscyplina. Moim zdaniem wynika to z tego, że u nas nie ma żadnego cyklu, Grand Prix czy pucharów, czegoś, co jest choćby w sportach zimowych, biegach narciarskich lub skokach. Kibice w takich wypadkach mogą przez dłuższy czas śledzić swoich ulubieńców i im kibicować. Tutaj każdy maraton to głównie czarnoskórzy zawodnicy, dla większości anonimowi. Bardzo dobrzy, biali zawodnicy, często startują tylko raz czy dwa razy do roku, po drodze lecząc kontuzję, na co dzień nie dostarczając emocji widzom. To powoduje, że temu bieganiu wciąż jest bardzo trudno się przebić. Ja staram się być wśród ludzi, startować we wszystkich konkurencjach, często, bo to też jakaś droga, aby być sportowcem rozpoznawalnym, którego ludzie znają i chcą śledzić.

Skąd pomysł na to, aby doświadczeniami z biegania dzielić się na blogu?

Zawsze chciałam, ale nigdy nie miałam czasu, aby to robić. Chcę odkryć karty, nie mam nic do ukrycia. Chcę pokazać coś więcej z biegania, ciekawego i inspirującego, takiego, co może pomóc ludziom zrozumieć, że ograniczenia są tylko w naszej głowie. Marzy mi się, że kiedyś polscy biegacze długodystansowi będą zdobywali medale olimpijskie, a coraz więcej dzieciaków będzie biegać. Wiem, że w dzisiejszych czasach to bardzo trudne. Jeżeli uda mu się zainspirować chociaż kilka osób, pokazać im, że jest na to czas, tylko trzeba chcieć, to fantastycznie.

Młodzi, początkujący biegacze zgłaszają się po rady?

Bardzo dużo osób się zgłasza. Staram się odpowiadać, chociaż nie zawsze mogę. Często wprost piszę, że nie jestem ekspertem, np. gdy ktoś pyta mnie o dietę lub podobne rzeczy, w których nie czuję, że to do mnie powinni się zgłaszać. Mam swoje doświadczenia, mogę powiedzieć, co o danej rzeczy myślę, ale są specjaliści z innych dziedzin, którzy na pewno mają w tej kwestii więcej do powiedzenia. Czasem młodzi biegacze piszą do mnie z pytaniami, które mnie zadziwiają, bo mi wydają się oczywiste. Niewiedza ludzi jest wciąż bardzo duża. Z tego chyba wynika też fakt, iż wiele osób wciąż boi się biegania. Kiedyś spróbowało, ale nie było fajnie, to nie będzie więcej próbować. Trzeba pokazywać, że to nie jest tak straszne i bardzo szybko przychodzi moment, z którym czujemy się z bieganiem fantastycznie.

Wybrała już Pani miejsce, w którym pobiegnie Wings for Life World Run?

Jeszcze nie wiem, gdzie pobiegnę w tych zawodach. Muszę się zdecydować czy będę tam walczyć o kolejny rekord. Jeżeli tak, miejsce będę wybierać pod kątem warunków klimatycznych. Jeżeli nie, to wybiorę się na podbój kolejnego kontynentu. Na liście mam już trzy: Australię, Europę i Amerykę Południową. Nie wykluczam ponownego startu w Chile, bo zakochałam się w tym kraju.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *