Gorce Maraton 2013 okiem dziewczyny z nizin

Autor: Redakcja • 04.09.2013

start 2_fot. Paulina i Fabio Mikołajczyk

Gorce Maraton – bieg prawie czterdziestokilometrowy, różnice wysokości sięgające od 1010 metrów w dół do 1810 metrów w górę. Trasa naszpikowana licznymi podbiegi i zbiegami. Słowem – nie ma lekko. Poniżej relacja Olgi Łyjak, warszawianki,  która na górskich ścieżkach 31 sierpnia zajęła drugie miejsce wśród kobiet.

W Gorcach zakochałam się od razu, gdy w lipcu pojechałam tam z koleżanką pobiegać. Dorota przygotowywała się do TDS w Chamonix, ja zaczynałam dopiero treningi po kontuzji i nie myślałam jeszcze o forsownych startach w górach. Ale tak bardzo spodobały mi się te przepiękne górskie szlaki z widokiem na Tatry, że postanowiłam zapisać na Maraton Gorce, który miał odbyć się 31 sierpnia 2013 roku. Znałam już część trasy, odcinek Lubań – Przełęcz Knurowska przebiegłam 4 razy, raz byłam na Turbaczu. Wiedziałam, że nie będzie łatwo, jak na górski maraton to „tylko” 40 km, ale za to 1810 m przewyższeń w górę i 1404 m w dół, trasa trudna technicznie, bardzo interwałowa, strome podbiegi i strome zbiegi po kamieniach i korzeniach.

Ale decyzja zapadła, biegnę!

ja_fot. Szymon Sawicki

Około 14 km. Fot. Szymon Sawicki

Przygotowania

To miał być mój trzeci maraton górski w całej mojej przygodzie biegowej i trzeci w przeciągu ostatnich dwóch miesięcy. W przeciwieństwie do dwóch pierwszych maratonów: Maratonu Gór Stołowych i Maratonu Karkonoskiego, które biegłam treningowo, do tego biegu trochę się przygotowywałam. Przez dwa miesiące, od lipca, po wyjściu z kontuzji, przebiegłam 640 km, z czego 480 w górach. Byłam dwa tygodnie na obozie biegowym w Szklarskiej Porębie, chodziłam na treningi funkcjonalne. Miałam więc spore oczekiwania wobec siebie: pobiec lepiej niż Maraton Karkonoski i przede wszystkim pobiec na 100% możliwości. Nie widziałam, jak mój organizm zareaguje na 40 km biegu na maksymalnych obrotach, zwłaszcza, że jeszcze czułam lekki ból w kolanach – przeciążenie po treningach w górach.

Na bieg wzięłam pół litra izotoniku własnej roboty: 200 ml miodu, 4 cytryny i sól, 250 ml żelu własnej roboty: 3 banany, 150 ml miodu, 100 gram daktyli, parę orzechów włoskich – wszystko zblendowane na jednolitą masę o konsystencji żelu. Zapomniałam dodać soli, co miało się odezwać później… Dodatkowo wzięłam jeden normalny żel, a w depozycie na Przełęczy Knurowskiej (na 22 km) zostawiłam 3 żele.

Przed startem

Biuro zawodów mieściło się na Długiej Polanie w Nowym Targu. Pakiet odebrałam wieczorem w piątek, zapamiętałam pytanie organizatora Szymona Sawickiego, wypowiedziane z nutką zdziwienia i może podziwu: „To Pani z Warszawy? Powodzenia!”. Pomyślałam wtedy: „Zobaczycie, że Warszawa też potrafi biegać po górach” 🙂

Po odebraniu pakietu zajęłam się szukaniem noclegu w pobliżu biura zawodów (ten, który miałam zarezerwowany w centrum miasta nie nadawał się do mieszkania). Bardzo uprzejmi ludzie udostępnili mi wielki czteroosobowy pokój za niewielką cenę w dużym i ładnym pensjonacie „U Gazdy”, ok. 2 km od Długiej Polany. Wprowadziłam się tam po godz. 21 i zamiast szybko iść spać, zajęłam się przygotowywaniem żelu z bananów i izotoniku z miodu. W nocy oczywiście mało spałam, jak zwykle przed startem.

W sobotę trzeba było stawić się na Długiej Polanie o godz. 8:20, bo o 8:45 autobusy miały zawieźć 170 uczestników (taki jest limit biegu, który zapełnił się w całości) na start do Krościenka nad Dunajcem. Oczywiście wyszłam za późno z domu i o 8.20 pędziłam biegiem na Długą Polanę. I tu po raz kolejny spotkała mnie uprzejmość ludzi, zatrzymał się samochód z dwojgiem biegaczy, którzy podwieźli mnie do biura zawodów 🙂

Przed wyjazdem do Krościenka można było zostawić depozyt na metę i na Przełęcz Knurowską, z czego z chęcią skorzystałam. Panowała przyjazna atmosfera, bardzo życzliwi organizatorzy odpowiadali cierpliwie na wszystkie moje pytania: jak będzie oznakowana trasa, czy się nie zgubię, czy nie będzie problemu ze znalezieniem depozytu na Przełęczy Knurowskiej, co będzie do picia, jedzenia, etc.

Pogoda była przepiękna, ciepło, słonecznie, prawie bezchmurne niebo (mimo zapowiadanego deszczu). Ale jakoś nie martwiłam się tym za bardzo, byłam skupiona na zbliżającym się biegu 🙂

Trasa nie jest zbyt długa, ok. 40 km, ale wymagająca, przewyższenia w górę wynoszą 1810 m, a w dół 1404 m. Zaczyna się w Krościenku nad Dunajcem (400 m n.p.m.), a kończy na Długiej Polanie w Nowym Targu, prowadzi przez trzy szczyty: Lubań (1211 m n.p.m.), Kiczorę (1282 m n.p.m.) i Turbacz (1255 m n.p.m.). Do Turbacza trasa pokrywa się w całości z czerwonym szlakiem turystycznym, z Turbacza do Nowego Targu ze szlakiem zielonym.

Bieg zaczyna się długim 10-cio kilometrowym podbiegiem na Lubań, gdzie znajduje się pierwszy punkt odżywczy. W trakcie tego podbiegu jest parę krótkich stromych zbiegów i stromych mniejszych podbiegów. Z Lubania trasa prowadzi do Przełęczy Knurowskiej (846 m n.p.m.), kolejnego punktu odżywczego na 22 km. Na tym odcinku biegnie się generalnie w dół, ale ciągłe interwały, strome zbiegi i strome podbiegi powodują, że tętno skacze do góry. Poza tym trasę urozmaicają kamienie, skały, korzenie i wąwozy, jak to w górach bywa 🙂 Z Przełęczy trasa znowu prowadzi pod górę na Kiczorę, a potem pod Turbacz, ostatni punkt odżywczy na 31 km. Na tym odcinku tak samo jak na Lubań, trzeba zmagać się z licznymi zbiegami i stromymi podbiegami. Natomiast z Turbacza do Długiej Polany w Nowym Targu jest stromo w dół, bardzo męczący kamienisty zbieg, zakończony prawie 500 metrowym podbiegiem do mety. Meta znajduje się w Bacówce u Winiarskich przy Długiej Polanie.

profil_trasy

„Do biegu, gotowi… start!”

Wiedziałam, że powinnam się od początku oszczędzać, bo bieg zaczął się 10 kilometrowym podbiegiem na Lubań (ponad 800 metrów przewyższeń). Mimo to zaczęłam mocno. Od początku starałam się trzymać dwóch zawodniczek z czołówki: Ewy Majer (tegorocznej zwyciężczyni Chudego Wawrzyńca 80 km i wielu maratonów górskich) i Sabiny Wydra (wielokrotnej zwyciężczyni Maratonu Gorce). Dziewczyny cisnęły bardzo mocno pod górę, ale wiedziałam, że Ewa – wytrawna zawodniczka – wie co robi i że utrzyma takie tempo do końca, a Sabina, która ten bieg pokonała już kilka razy ze świetnym wynikiem (w 2012 roku 3.54.45!), na pewno nie popełni błędu zaczynając za mocno.

Gdy dziewczyny zaczęły mi uciekać, uświadomiłam sobie, że gonienie ich nie ma większego sensu i biegłam dalej swoim tempem. Mimo to 10-cio kilometrowy podbieg na Lubań pokonałam dość szybko, bo w 1:05. Na punkcie odżywczym na Lubaniu czekały na zawodników smakołyki (czekolada, banany), ale ja tylko szybko uzupełniłam wodę i popędziłam dalej.

Lubań_punkt odżywczy_fot. Szymon Sawicki

Punkt odżywczy na Lubaniu. Fot. Dawid Ancew

Z Lubania czekał mnie masakrycznie stromy zbieg po wielkich kamieniach, który znałam już z mojego pobytu w Gorcach. Kto tam był, wie, że turyści mają kłopoty nawet z zejściem. Ale w końcu nie po to trenowałam zbiegi na obozie biegowym, żeby teraz wymiękać. Cisnęłam więc w dół po kamieniach w moich ultra lekkich startówkach Saucony Kinvara. Na tym odcinku dziewczyn przed sobą już nie widziałam, ale czułam się jeszcze bardzo dobrze. Zgubiłam też większą grupę biegaczy, którzy do Lubania deptali mi po piętach. Miałam tylko jednego towarzysza, który uciekał mi na podbiegach, a na zbiegach zostawał w tyle, aż w końcu całkowicie mnie opuścił (tzn. ja jego 🙂

Na ok. 14 km ekipa organizacyjna krzyknęła do mnie, że do Sabiny mam tylko 4 minuty straty i żebym ją goniła, bo jej nie zależy. Pomyślałam: „Niezła ściema, mówią tak, żeby dodać mi otuchy” 🙂 Wiedziałam przecież, że skoro Sabina na takim odcinku zyskała przewagę czterech minut, to nie mam szans jej dogonić, jeśli utrzyma tempo, chyba, że… będzie mieć kryzys. Odkrzyknęłam, że nie ma mowy o żadnym gonieniu, biegnę swoim tempem.

Kiedy sił zaczyna brakować…

Parę kilometrów później to ja miałam kryzys! Zaczęłam słabnąć, kręciło mi się w głowie. Mimo, że zjadłam cały 250 ml żel bananowo-miodowy, czułam, że kończy mi się energia, a żołądek zaczyna boleć. Miałam wrażenie, że jeśli się zatrzymam, to zemdleję. Dotarło do mnie, że zapomniałam do żelu dodać soli! Po biegu doczytałam, że to mogły być objawy hiponametrii, czyli niedoboru sodu. Piłam, ale woda nie chciała się wchłaniać i ciążyła w żołądku. Nie chciało mi się jeść. To było gorsze niż ból nóg, na który już przestałam zwracać uwagę.

Dobiegłam do drugiego punktu odżywczego na Przełęczy Knurowskiej (22 km) z nadzieją, że jeśli napiję się wody, to kryzys przejdzie. Czekały tam na mnie trzy żele w depozycie, wzięłam dwa, ale nic nie zjadłam, nawet nie spojrzałam, co było w bufecie. Wypiłam za to bardzo dużo wody, która w ogóle się nie wchłonęła i żołądek bolał jeszcze bardziej, a ja miałam coraz mniej sił. Od tego momentu ten bieg to była walka ze swoim organizmem, który wołał: dość, zatrzymaj się, połóż, odpocznij! Ale nie mogłam się zatrzymać. Nie chciałam. Zegarek pokazywał, że jeśli dalej pociągnę w takim tempie zmieszczę się w 4 godziny i 10 minut. Wydawało mi się to niewyobrażalne. Przed biegiem szacowałam, że jeśli pobiegnę szybciej niż Maraton Karkonoski to może uda się zmieścić w 4:30, 4:20…

ja_fot. Paulina i Fabio Mikołajczyk

Przed punktem na Przełęczy Knurowskiej, po mojej twarzy widać, że cierpię. Fot. P. i F. Mikołajczyk

Musiałam wykrzesać dosłownie wszystkie siły, żeby poruszać się do przodu jak najszybciej. A przede mną był kolejny długi i stromy podbieg na Kiczorę (1282 m). Gdy pod górę zwalniałam i przechodziłam do marszu kręciło mi się w głowie, miałam wrażenie, że zemdleję, a gdy się zatrzymam, to już nie ruszę. Próbowałam jeść żele, ale napoczęte wyrzucałam, bo żołądek bolał po nich jeszcze bardziej. Myślałam tylko o tym, żeby dobiec do Turbacza, ok. 9 km głównie pod górę, a potem już będzie z górki. Moim marzeniem było znaleźć się jak najszybciej na mecie. Przestałam już myśleć o bólu mięśni, to było niczym w porównaniu z okropnym bólem żołądka. Dodatkowo na tym odcinku trasa prawie w ogóle nie była oznaczona, organizatorzy mówili, żeby trzymać się czerwonego szklaku. Nie jest tajemnicą, że nie mam dość dobrej orientacji (potrafię zgubić się na prostym zjeździe z autostrady! 🙂 Nikogo nie było, ani za mną, ani przede mną i miałam jakąś „paranoję”, że się zgubiłam. Mimo, że biegłam tędy w lipcu dwa razy, każdego napotkanego turystę pytałam, czy to jest czerwony szlak na Turbacz. Za każdym razem słyszałam: „Tak, dobrze pani biegnie!”.

Zastanawiałam się, co jeszcze mogę zrobić (poza myśleniem o mecie :)), żeby choć trochę złagodzić trud.  Jedyne co mi przyszło do głowy, to podziwianie widoków 🙂 Po lewej stronie rozciągał się widok na Tatry, bo prawej – Beskidy.

IMG_1954

Widok na Tatry z trasy biegu. Fot. z treningu w Gorcach

Na ok. 27 km na stromym podbiegu na Kiczorę dogoniłam Sabinę Wydra i jeszcze jednego zawodnika. Pomyślałam, że musi mieć jeszcze większy kryzys niż ja, skoro szła pod górę. Wyprzedziłam ją szybkim marszem. Potem próbowałam biec pod górę, aby nie dać się dogonić, wiem, jak wyprzedzanie działała na zawodnika.

doganiam Sabinę Wydra na podbiegu przed Kiczorą_fot. Szymon Sawicki

Doganiam Sabinę na podbiegu przed Kiczorą. Fot. Dawid Ancew

Aby do przodu…

Wbiegnięcie pod Turbacz, gdzie znajdował się ostatni punkt odżywczy (31 km), było dla mnie niewyobrażalnym wręcz wysiłkiem. Mimo to udało mi się zwiększyć przewagę nad Sabiną do ok. 300 metrów. Teraz moim jedynym celem było cisnąć ile sił w nogach w dół. Czekał mnie ok. dziewięciokilometrowy zbieg do Długiej Polany w Nowym Targu, zakończony 500 metrowym podbiegiem do mety. Ten odcinek to była męka, mimo, że bardzo lubię techniczne zbiegi. Cały czas stromo w dół i kamienie. Żołądek bolał jeszcze bardziej od wstrząsów i szybkiego tempa, starałam się nie schodzić powyżej 4:30, choć było to trudne w tych warunkach. Nawet nie myślałam o tym, jak bardzo bolą mnie nogi.

Co chwilę patrzyłam na zegarek na mijające kilometry i odmierzałam minuty do końca. Mijałam turystów, których na tym odcinku nie brakowało. Rozbawiło mnie stwierdzenie grubszej pani, która spacerując w dół wzdychała do swojego męża: „Ale mi ciężko…” No tak, każdy ma swoją perspektywę 🙂 Mnie było masakrycznie ciężko! Oglądałam się co chwilę za siebie, ale nie widziałam Sabiny. Mimo to cisnęłam najszybciej jak mogłam, nawet na ostatnich pięciu kilometrach wszystko może się zdarzyć.

Gdy wreszcie po ośmiokilometrowym zbiegu wybiegłam na prawie płaski asfalt, miałam wrażenie, że nogi są jak z waty i  ledwo poruszają się do przodu, choć zegarek pokazywał tempo 5:00. Wtedy przegonił mnie mój znajomy z Maratonu Karkonoskiego, Robert, cały oplastrowany. Nie poznałam go, pomyślałam tylko: „Zazdroszczę, ma więcej siły i zaczyna mocno napierać na zbliżający się stromy podbieg do mety, a ja ledwo biegnę”. Gdy zaczął się podbieg, poczułam prawdziwą niemoc, jakiej jeszcze nigdy w życiu nie doświadczyłam. To nie był tylko ból mięśni, nie miałam kompletnie energii, od 15 km przecież nic nie jadałam. Szłam pod górę tylko siłą woli.

Radośnie kibicowali mi biegacze, którzy już dobiegli i właśnie schodzili w dół. Prosiłam, żeby ktoś mi pomógł, pociągnął w górę, byłam wykończona! Ale oni tylko zachęcali mnie do biegu. Zobaczyłam zbawienne tabliczki (podobnie jak na Maratonie Gór Stołowych) 400 metrów, 300 metrów, 200 metrów do mety – co za ulga! Jeszcze tylko chwila trudu i będzie koniec. I niespodzianka, ostatnie 100 merów w dół, cudownie! Nie doczołgam się do mety, ale dobiegnę!

meta_fot. Szymon Sawicki

Meta. Fot. Dawid Ancew

Meta!

Minęłam metę i 5 metrów dalej rzuciłam się na ziemię, leżałam i nie wiedziałam co się dzieje dookoła. Wolontariusz przyniósł mi drewniany medal i wodę. Obok siedział Robert, który przybiegł 2 minuty wcześniej. Podał mi wodę, ale nie dałam rady pić. Przyniósł mi depozyt, ale tego faktu nie pamiętam (mimo, że pytał o numer). Mówię do niego, że chyba zaraz zemdleję i muszę wymiotować. Zrobiłam to i poczułam ulgę, ból żołądka od razu zniknął i wypiłam duszkiem pół litra wody, a potem jeszcze kolejne pół. Doszłam do siebie w kilka minut i dopiero wtedy poczułam olbrzymie szczęście! Dziewczyna z nizin jako 2 kobieta i 22 w open z czasem 4:07:27 (na 170 zawodników).

Na mecie panowała super atmosfera, wszyscy bardzo życzliwi i pomocni. Razem z jednym z wolontariuszy szukaliśmy depozytu, który przecież już przyniósł mi Robert, ale ja nic nie pamiętałam z 10 minut po przybiegnięciu. Dostaliśmy kwitki na jedzenie. Nie byłam w stanie nic zjeść i przekazałam mój kwitek Robertowi, który później zameldował: „Dzięki za makaron! 🙂 Dołożyłem do tego 3 drożdżówki, co stanowiło idealny zestaw regeneracyjny!” Ja zregenerowałam się piwem 🙂 A dopiero wieczorem wciągnęłam wegańską pizzę bez sera 🙂

z Robertem_1

Na mecie z Robertem

Z piwem w ręku pobiegłam w dół do mojego pensjonatu, żeby się przebrać i wykąpać. Mijałam dobiegających zawodników, kibicując i wspierając na tych ostatnich metrach, tak jak jeszcze kilkanaście minut wcześniej, to mi kibicowano. Mam nadzieję, że na mój widok z piwem w ręku ktoś miał więcej sił 🙂 Po przebraniu się znowu pędziłam, tym razem na dekorację na godz. 16. I znowu spotkała mnie uprzejmość mieszkańców: jakiś miły kierowca zaproponował mi podwózkę, pytając, czy biegnę, bo trenuję, czy się gdzieś spiszę. „I to i to” powiedziałam i wsiadłam do auta.

Około godziny 16 rozpoczęła się dekoracja w kategorii kobiet.

Od władz Nowego Targu odebrałam nagrodę i przepiękną drewnianą statuetkę z profilem trasy 🙂

puchary_fot. Szymon Sawicki

Statuetki. Fot. Dawid Ancew

Podczas dekoracji spora widownia. Organizatorzy zadbali o to, aby każdy dostał nagrodę za ciężki bieg. Po dekoracji odbyło się losowanie nagród, prawie każdy, kto został, wylosował jakiś upominek (koszulki, skarpetki, czapki, bluzy, zegarki…)

regeneracja po biegu_fot. Szymon Sawicki

Meta – Bacówka u Winiarskich

Czy warto?

Jeśli ktoś lubi biegać po górach, bardzo polecam ten maraton! Organizacja biegu celująca! Super zorganizowane depozyty na Przełęczy Knurowskiej, na bufetach nie brakowało wody, izotoników, ani jedzenia. Bardzo fajnie zorganizowany przejazd do Krościenka i zakończenie imprezy. Jedyne co bym zmieniła, to częściej oznaczyłabym trasę. Nie każdy potrafi w zmęczeniu odnaleźć szlak namalowany na drzewie 🙂  I oczywiście zwiększyłabym limit zawodników, myślę, że na szlaku zmieści się więcej niż 170 osób 🙂

Maraton Gorce to prawdziwe górskie bieganie! 🙂

PS. Dziękuję dobrym ludziom za znalezienie moich rzeczy, o których zapomniałam po biegu i Szymonowi Sawickiemu za ich przechowanie.

Wyniki Gorce Maraton 2013

Mężczyźni:

1. Jacek Żebracki – 3:17:57
2. Józef Pawlica -3:21:35
3. Jan Wydra – 3:24:35

Kobiety:

1. Ewa Majer – 3:52:23
2. Olga Łyjak – 4:07:27
3. Sabina Wydra – 4:09:05

Olga prowadzi też bloga o biegniu, który znajdziecie [TUTAJ]  

 Autorka: Olga Łyjak

Komentarze