„Bałam się biegać”. Niewidoma Joanna Mazur opowiada o swojej drodze na szczyt

Joanna Mazur, Michał Stawicki

Niewidząca Joanna Mazur i jej przewodnik Michał Stawicki współpracują dopiero dwa lata, ale w tym czasie osiągnęli już sukcesy, na które wiele osób pracuje latami. Zdobyli aż trzy medale Mistrzostw Świata – złoto na 1500, srebro na 800 i brąz na 400 metrów oraz cztery medale w Mistrzostwach Europy. W rozmowie z Jarkiem Więcławskim zawodniczka opowiedziała o tym, jak współpraca z przewodnikiem wygląda z jej punktu widzenia.

Wywiad z Joanną Mazur przeprowadzony został w styczniu 2018 r.

Minęły już dwa tygodnie od waszego pierwszego sukcesu w 2018 roku – zwycięstwa w plebiscycie na najlepszego niepełnosprawnego sportowca minionych 12 miesięcy. To musiało być dla was duże wydarzenie.

Tak, już tuż po otrzymaniu statuetki powiedziałem, że to było coś czego się nie spodziewaliśmy. Byliśmy bardzo, bardzo mile zaskoczeni. To było dla nas duże wyróżnienie.

Gala to też dobra okazja na pokazanie się szerszej publiczności, nie tylko kibicom, ale także sponsorom. Jak w waszym wypadku wygląda kwestia finansowania? Nie macie problemów z przyciągnięciem sponsorów?

Mamy problem. Sport osób niepełnosprawnych w Polsce to bardzo niszowy rynek. Trudno jest pozyskać sponsorów. U nas jest to gorzej rozwinięte niż w innych krajach na świecie, właściwie w Polsce to dopiero „kiełkuje”. Mam nadzieję, że to bardzo szybko się zmieni.

Podczas gali wystosowała też Pani apel do ministra sportu o ponowne rozpatrzenie wniosku o stypendium. Coś już ruszyło w tej sprawie?

Apel medialny do ministra wystosowałam po zdobyciu złotego medalu na Mistrzostwach Świata, tuż po biegu, gdy jeszcze nie miałam krążka w ręku. Nie dostałam wtedy żadnej odpowiedzi, ale nie była to też forma pisemna. Gala odbyła się 10 tygodni po formalnym złożeniu wniosku o przyznanie stypendium specjalnego. Nie otrzymaliśmy odpowiedzi, więc postanowiliśmy poruszyć ten temat na gali. Już po dostaliśmy wezwanie do złożenia dokumentów oraz otrzymaliśmy maila, że przeszliśmy kolejny etap, angażujący osoby do programu Team100. Mam nadzieję, że teraz wszystko idzie tak jak powinno.

Jak wygląda kwestia popularności sportu osób niepełnosprawnych? Po sukcesach zauważyliście wzrost zainteresowania ze strony fanów?

Po finałowym biegu MŚ, gdy całość lub jego skróty były udostępniane na różnych grupach internetowych, zdarzyło się, że akurat nagrywaliśmy program i zupełnie nieznana mi osoba podeszła do nas, pogratulowała mi i podziękowała za emocje, których dostarczyliśmy. Taka sytuacja była dla mnie zupełną nowością. W kinie, gdy ze znajomymi wybraliśmy się na film „Najlepszy”, to też wszyscy czuli, że ludzie się na nas oglądają. To takie pojedyncze przejawy, aż tak wiele się nie zmienia. Może trochę więcej osób poznaje mnie w środowisku sportowym, przybije piątkę i pogratuluje.

Nagroda dla waszej dwójki to też pewien symbol – dostaliście ją wspólnie, bo na bieżni musicie być jednością. Nie od razu chyba jednak wszystko wyglądało tak dobrze. Jak rozpoczęła się wasza współpraca?

Nasza współpraca rozpoczęła się w 2015 roku. Zostałam po raz pierwszy powołana na zgrupowanie kadry narodowej. Michał był tam trenerem. Wtedy nie radziłam sobie już ze swoją niepełnosprawnością, nie potrafiłam samodzielnie wykonać treningu, więc postanowiłam poprosić go o pomoc. Razem biegaliśmy odcinki, Michał otrzymał ode mnie opaskę, z którą biegałam w Krakowie ze znajomymi. Wtedy po raz pierwszy poczułam się niemal tak, jakbym widziała, dlatego mówię, że Michał jest moimi oczami. Dla mnie niesamowite było to, że mogłam tak szybko zaufać człowiekowi, który tak pewnie mnie prowadził. Czułam się przy nim swobodnie, nie obawiając się o swoje bezpieczeństwo.

Po zgrupowaniu każde z nas rozjechało się w swoją stronę, ja do Krakowa, a Michał, który jest z Bełchatowa, wtedy mieszkał w Gorzowie. Próbowałam znaleźć kogoś na jego wzór. Wiedziałam jak powinno wyglądać moje bieganie, jak powinnam się podczas niego czuć. Nikogo takiego nie znalazłam. Niektóre osoby rezygnowały, bo bardzo dużo musiały poświęcić, aby ze mną biegać. Nie chciałam rezygnować z rozwijania swojej pasji. Miesiąc czy dwa przed pierwszym mityngiem zostałam bez przewodnika. Wtedy spytałam Michała czy będzie chciał ze mną biegać. Zgodził się i od tej pory biegamy wspólnie.

POLECAMY RÓWNIEŻ WYWIAD Z MICHAŁEM STAWICKIM, PRZEWODNIKIEM JOANNY MAZUR

Kiedy uznała Pani, że bieganie może być sposobem na życie?

Nie traktuję tego jako sposób na życie, tylko jako ogromną pasję. To dla mnie najważniejsze. Nie mogę też powiedzieć, że utrzymuję się z tego, kiedy sama muszę płacić za swoje zgrupowania ze stypendium, którego na to nie wystarcza. Postawiłam wszystko na jedną kartę. Zrezygnowałam z pracy, łączyłam studia z treningami, a pracy fizycznej w pewnym momencie było za dużo. Pracowałam na stanowisku masażystki. Po igrzyskach w Rio, gdy Michał został moim trenerem, postawił mi warunek, że albo podejdziemy do tego w 100% profesjonalnie albo wcale. Rozwój zawodowy mi nie ucieknie, może poczekać. Bieganie to tylko pewien wycinek życia, w którym mogę robić to na najwyższym poziomie.

Jak radziła sobie Pani z bieganiem przed poznaniem Michała?

Słabo. Nie widziałam już na tyle, żeby móc biegać samej. Zawsze musiałam biegać z kimś, kto będzie mi mówił „biegnij w prawo, lewo”. Obawiałam się też biegania, bo wiele razy przewróciłam się, uderzyłam w kogoś, o coś potknęłam, wywróciłam na płotkach z innych torów. To powodowało lęk. Wiedziałam, że muszę pogodzić się z tym, że mój wzrok jest coraz słabszy i trzeba nauczyć się z tym żyć. Przede wszystkim było też trzeba przyznać to przed samym sobą i szukać przewodnika.

Były próby startu bez przewodnika?

Próbowałam biegać bez przewodnika. Na zawodach ustawiałam się tak, żeby zawsze mieć obok kogoś znajomego. To były starty kontrolne, w których mogłam sobie na to pozwolić, bo wiedziałem, że ktoś z mojej grupy też będzie biegł. Ktoś, kto wie, że nie widzę i potrzebuję jego wsparcia. Taka osoba nie mogła biegać „swojego”, tylko musiała biec pode mnie. Na początku było w miarę ok, ale później to stało się problemem. Każdy chcę się rozwijać, a ja też nie chciałam nikogo hamować. Gdy czułam, że mogę biec szybciej, a komuś brakuje siły, to musiałam zwalniać, bo sama sobie nie radziłam.

Znalezienia odpowiedniego partnera do biegania zajęło dużo czasu?

Można to nazwać zbiegiem przypadków, choć nie do końca wierzę w przypadki. W tym wypadku ułożyło się bardzo szybko. Zgrupowanie było na przełomie w października/listopada 2015 roku, a w lutym 2016 biegałam już z Michałem.

Treningi realizujecie wspólnie czy na bieżnię wychodzi też Pani sama?

Na stałe jestem w Krakowie, a Michał w Bełchatowie. Żeby móc razem trenować, musimy być razem. Zdarza się jednak, że jesteśmy oddzielnie, jedziemy do domu na parę dni. Dostaję wtedy plan, który muszę wykonać. Jest to trening zastępczy, który mogę wykonać na bieżni mechanicznej albo w terenie, biegając z kimś. Nie są to takie prędkości, na które mogę pozwolić sobie przy Michale. Zdarza się, że biegam też w towarzystwie kogoś, kto jedzie obok na rowerze. Nie czuję się bezpiecznie podczas takiego biegania, ale jest to trening alternatywny i podtrzymujący. Staramy się, żeby było tego jak najmniej. Zdarzyło się, że wyszłam biegać z osobą, która widziała, a ja mogłam wylądować pod tramwajem czy samochodem, bo zabrakło im uwagi.

Co decyduje o tym, jak układa się wasza współpraca? Czego przede wszystkim oczekuje Pani od swojego trenera/przewodnika?

Dużym plusem jest to, że bardzo dobrze dogadujemy się jako ludzie. Poza tym, że Michał jest moim przewodnikiem i trenerem, to jest też moim przyjacielem. To klucz do sukcesu. W relacji, w której spędza się tak wiele dni w roku razem, bardzo ważne jest, aby się dobrze rozumieć i lubić. Poza pracą trenera i przewodnika, jest dla mnie wielkim autorytetem i podziwiam go za to co robi, to jeszcze jest prywatnie świetnym człowiekiem. Zapewnia mi bardzo duże poczucie bezpieczeństwa. Wiem, że cokolwiek by się nie działo, uchroni mnie przed niebezpieczną sytuacją. Czasem jest tak, że od razu wiadomo jak się kogoś pozna, czy to „zagra”, a czasem od początku wiadomo, że się z kimś nie dogadamy. U nas zdecydowanie była to pierwsza sytuacja.

Jak w praktyce wygląda wasza współpraca na bieżni?

Cały trening robimy wspólnie. Taka jest specyfika mojej grupy. Nie widzę i potrzebuję cały czas osoby obok siebie. Michał poza tym, że ma plan w głowie, mierzy czas jak trener, mówi jako przewodnik, gdzie się wszystko znajduje, biegnie obok mnie połączony opaską, wydaje komendy, żeby wiedzieć, w którym miejscu na bieżni się znajduję. Jako trener musi też obiektywnie spojrzeć na technikę biegu. Ma bardzo dużo funkcji, które musi ze sobą pogodzić. Dodatkowo dba też o bezpieczeństwo i całe zaplecze okołotreningowe.

Rozmawiacie w trakcie zawodów o tym, co dzieje się na bieżni, ale też szerzej, o trybunach, stadionie, etc.?

Nie. W trakcie zawodów otrzymuję tylko najpotrzebniejsze informacje. Tak jest od samej rozgrzewki. Michał nie opowiada mi o moich rywalkach. Skupiam się tylko na sobie. Nie rozmawiamy o takich rzeczach. Znam założenia na bieg, wiem jak powinnam się czuć podczas rozgrzewki, czy mam poczuć wszystkie mięśnie w pełnej gotowości, pełen układ ruchu i oddechowo-krążeniowy, aby wszystko działało jak należy. Gdy wychodzimy na bieżnię, po sprawdzeniu wszystkiego, Michał mówi, z której strony podchodzimy, z której mamy tor. W trakcie biegu dostaję tylko komendy, które otrzymuję także w trakcie treningu. Nie wiem, na którym jestem miejscu, ile tracimy lub o ile wyprzedzamy rywalki. To nie jest mi potrzebne do biegania. Skupiam się tylko na starcie, a o tym dowiaduję się na mecie.

Zaczynaliście od krótkich dystansów, ale największy sukces osiągnęliście na 1500 metrów. Jak długo trzeba była Panią do tego namawiać?

Nie trzeba mnie było szczególnie namawiać. Bardzo lubię biegać. Michał ma, pewnie użył tej nazwy, „wizjonerskie oko”. Zna moje predyspozycje, wie jak reaguję na trening. Rozmawialiśmy o tym, powiedział o możliwości biegania dłuższych dystansów. Na początku się wystraszyłam. Jak to biegacz na 400 metrów, zawsze mówiłam, że wszystko powyżej tego dystansu będę jeździć na rowerze. Dłuży dystanse wymagają innego treningu, ale warto spróbować. Faktycznie lepiej się na nich czuję.

Zróżnicowanie dystansów, na których Pani bieg stanowi sporą trudność?

Nie. To tylko kwestia treningów i innego podejścia. Po prostu trzeba biegać. Najgorsze co można zrobić to zablokować się w środku i zniechęcić do tego. Jak zacznie się liczyć, ile kół do końca, można się pogubić. Trzeba mieć plan, który należy realizować etapami. Biegów na MŚ mieliśmy sporo, ale mnie interesowało to, co czeka mnie w konkretnym dniu, niezależnie od dystansu.

Poświęcenie się bieganiu wymagało wielu wyrzeczeń z Pani strony?

Ważna decyzja, którą musiałam podjąć nie była związana z rzuceniem pracy na rzecz sportu, ale dotyczyła tego, że będę rozwijać się sportowo, trenować, ze świadomością, że trening, który doprowadza do tak wielkiego zakwaszenia i zmęczenia, będzie wpływał na przyspieszenie postępu mojej wady wzroku. To była najtrudniejsza decyzja. Postawiłam na realizację swoich marzeń, dążenie do celu. Bycie po prostu szczęśliwą.

Przewodnik nie ma bezpośredniego wpływu na to, że pobiegnie Pani szybciej, jego szybszy bieg nie pozwoli Pani biec szybciej, ale dobry przewodnik pozwala chyba osiągnąć lepsze rezultaty.

To prawda. Przewodnik w żaden sposób nie może mnie napędzać. Nie pozwoli mi biec szybciej. Gdy biegnę swoją maksymalną prędkością, a nastąpi jakieś szarpnięcie, to tylko wybije mnie z rytmu i mnie spowolni. Dobra komunikacja i współpraca na bieżni przekłada się na płynność biegu i lepszy wynik.

Wyobraża sobie Pani współpracę z innym przewodnikiem?

Nie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger