Maraton Pokoju 1979. „Kilka pięciozłotówek na hot dogi”

Autor: Marek Tronina • 27.12.2017

Z ARCHIWUM MARATONU WARSZAWSKIEGO_nagroda

30 września 1979 roku, w pierwszym Maratonie Pokoju w Warszawie startuje 1861 osób, w tym 59 kobiet. To był pierwszy masowy bieg maratoński w naszym kraju i największy maraton w Europie w tamtym roku! Otwarty dla amatorów i zawodowców. Otwieramy cykl wspomnień związanych z bieganiem w Polsce. Opowieści pochodzą z książki „Maraton Warszawski. 30 lat wielkiego biegu”.

Józef Węgrzyn – dziennikarz i producent telewizyjny. Był zastępcą redaktora naczelnego „Sztandaru Młodych”, i redaktorem naczelnym „itd”. Później związany z Telewizją Polską, inicjator i realizator popularnych programów informacyjnych w TVP Teleexpress i Panorama.

Jaka była pogoda 30 września 1979 r.?

– Rano było nerwowo i mgliście. Później przebiło się słońce i niestety trochę zawiało.

Wyspał się Pan dobrze ostatniej nocy?

– Wcześniej się przebudziłem, chyba ze zdenerwowania. Martwiłem się, czy sobie poradzę, czy z trasy nie zejdę. A zaraz potem, czy ludzie przyjdą, czy wszystko się uda. Ponad rok organizowaliśmy ten maraton z Tomkiem Hopferem z telewizji i Zbigniewem Zarembą, który odpowiadał za stronę sportową.

Staje pan na starcie I Maratonu Pokoju. I co?

– I nie ma Zdzisława Krzyszkowiaka, który ma być starterem. Orkiestra kolejowa miała odegrać hymn państwowy, a tu zjawia się sam kapelmistrz, że na Kijowskiej zepsuł im się autobus i ugrzęźli. Przywieźliśmy ich Berlietem, który pełnił rolę pomieszczenia dla sędziów. Krzyszkowiak też się w końcu znalazł 10 minut przed rozpoczęciem telewizyjnej relacji na żywo.

A sam moment startu?

– Wpada góral z Nowego Targu, przyjechał w ostatniej chwili. Zrzuca ubranie między transparenty i staje obok w stroju sportowym. Ostrzegam go, że może tak będzie wracał do domu, a on, że „najważniejsze to wystartować”. Taka była w ludziach determinacja, to był pierwszy w Polsce maraton, w którym wystartować mógł każdy. Nawet dzieci, najmłodszy zawodnik miał dziewięć lat – Mariusz, syn nauczyciela WF z Sopotu, dotarł do mety.
Sięgnąłem do kieszeni po kilka rodzynek, bo wziąłem sobie zapas na drogę. I usłyszałem strzał Krzyszkowiaka. Jak wystartowaliśmy to dwa tysiące ludzi spontanicznie krzyknęło „Hurra!”.

Wcześniej w tygodniku „ITD”, którego Pan był szefem, drukowano zalecenia, żeby ustawiać się według numerów – pierwszy rząd od 1 do 100, drugi od 101 do 200.

– Wszystko się oczywiście pomieszało. W ostatniej chwili przyjechało 300 osób, które wcześniej się w ogóle nie zapisały.

Znalazłem też w „ITD” zalecenie, żeby na trasę wziąć kilka pięciozłotówek na hot dogi, które miały być sprzedawane na punktach odżywczych! Tylko woda, klub-cola, herbavit, herbata i cukier miały być nieodpłatnie.

– Niektórzy pozawieszali sobie na szyi małe woreczki z drobnymi. Ale w końcu udało się znaleźć pieniądze i wszystko było za darmo. Wysłaliśmy prośby do 4 tys. zakładów pracy o wsparcie maratonu. Tomek Hopfer siedział w redakcji i wszystkie własnoręcznie podpisywał. Chodziło nie tylko o pieniądze, ale też, żeby władze nie wycofały się ze zgody na bieg, skoro zaangażowanych jest tyle instytucji. Pieniądze dostaliśmy od 400 zakładów. Np. Uniwersytet Warszawski dał 10 tys. złotych, to były wtedy dwie dobre pensje. A POM w Miejscu Piastowym – 300 złotych. Uzbieraliśmy półtora miliona.

To było dużo?

– Pół miliona wydaliśmy na samą imprezę – 2,5 tys. numerów po 64 zł, 10 tys. agrafek, 200 sędziów, 100 kg farby. 800 tysięcy za 100 nagród – dzieł sztuki. Bo 80 najlepszych oraz 20 wylosowanych zawodników dostało obrazy najwybitniejszych twórców – Kantora, Hasiora, Stażewskiego, Starowiejskiego. Zawodnicy woleli wprawdzie pieniądze, ale nam chodziło o laur olimpijski, połączenie sportu ze sztuką. Zresztą wtedy wypłacanie nagród pieniężnych nie było łatwe.

Maraton wystartował ze Stadionu Dziesięciolecia, tam była meta. Ale trasa w większości prowadziła za miastem.

– Pamiętam ze startu takiego biegacza, pana Andrzeja z Zarządu Wydawnictw Statystycznych, który bardzo się z tego cieszył. Bo bał się, że jak będziemy biegli po mieście, to ludzie się będą śmiali. Pisali wtedy do „ITD” czytelnicy, że trenują o świcie albo bardzo późnym wieczorem, żeby nikt ich nie widział.
Chcieliśmy wprawdzie trasę w centrum – start z Placu Zamkowego, a meta na Stadionie Dziesięciolecia – rok wcześniej chodziłem pięć razy do prezydenta Warszawy w tej sprawie. Odpowiadali, że zatrzymanie ruchu w mieście to niewyobrażalne koszty. Woleli ukryć ten maraton. Tomek Hopfer chciał, żeby maraton organizował tygodnik studencki, a nie TVP, bo wiedział, że partia nie pozwoli telewizji wyprowadzić dwóch tysięcy ludzi na ulice. Do ostatniej chwili obawiano się, że maraton przerodzi się w zamieszki uliczne.

Skąd wzięła się nazwa Maraton Pokoju?

– Pomyśleliśmy z Tomkiem, że dobrze by było, gdyby ten wysiłek służył jakiejś idei.

Idei socjalistycznej? Związek Radziecki walczył o pokój, PZPR walczyła o pokój, młodzież walczyła o pokój…

– Myśli Pan, że „pokój” należał do komunistów? Myśmy w „ITD” mieli najwięcej ingerencji cenzury ze wszystkich tygodników. Byliśmy otwarci na świat. Manifestacje czy biegi pokoju odbywały się wtedy w Niemczech, w Anglii. Stamtąd braliśmy przykłady. A mnie pokój najbardziej kojarzył się z nauką Jana Pawła II.
Wtedy z biegaczy ludzie się śmiali. Chodziło o to, żeby ten maraton powiązać z większą ideą, żeby to nie było samo bieganie. Stąd Maraton Pokoju, stąd te dzieła sztuki jako nagrody.

A partia się nie wtrącała?

– Mam zdjęcie z otwarcia wystawy tych dzieł sztuki w Empiku, na którym stoi I sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Ale na żadne narady przed maratonem nikt z partii nie przychodził. Na biegu też nikogo nie widziałem.

Mówi się, że frekwencję w maratonie podniosły grupy żołnierzy, które startowały na rozkaz.

– Nic o tym nie wiem. Organizowałem wcześniej bieg w Słupsku, gdzie z 5 tys. startujących ponad połowa to byli wojskowi. Ale w maratonie? Może zgłosiła się jakaś jednostka wojskowa, ale zgłaszały się też Ludowe Kluby Sportowe, wyższe uczelnie. Księży też mieliśmy.

Kto pracował przy organizacji maratonu?

– Dużo robiło miasto. Zorganizowali objazdy, sprzątanie po imprezie. PZLA dał sędziów, od nich był też Zaremba, który odpowiadał za stronę sportową.

I wymierzenie trasy – która okazała się o około kilometr krótsza.

– Niestety. Na punktach obsługi na trasie pracowali ludzie skierowani przez PZLA, sprawdzona ekipa z Mistrzostw Polski w maratonie. Coś im płaciliśmy. W „ITD” pięć osób zajmowało się tylko maratonem – korespondencją z zawodnikami, przyjmowaniem zgłoszeń.

Gorączka polityczna wam nie przeszkadzała?

– W pracy tak, ale bieganie było jakąś odskocznią. Przed przyjazdem do Warszawy byłem trenerem biegów w ośrodku przygotowań olimpijskich w Resovii Rzeszów. Trenowałem kadrę juniorów. Płakałem ze szczęścia, jak moi zawodnicy wygrywali. Po roku treningów: 1,53 na 800 m albo 14:37 na 5 km. Siedmiu mistrzów Polski.
Kiedy jeszcze sam startowałem osiągnąłem 2,26 na kilometr. I też startowałem w reprezentacji juniorów.

Dlaczego pan odszedł ze sportu?!

– Na trzecim roku studiów polonistycznych w Rzeszowie, założyłem miesięcznik „Prometej”. Rzuciłem się w wir dziennikarstwa. Pismo uznano za najlepsze w kraju i zaproponowano mi funkcję zastępcy naczelnego w „Sztandarze Młodych”. Potem objęcie tygodnika studenckiego „ITD”. Nie pozwolono na maraton w „Sztandarze”, to spróbowałem w „ITD”. Rozpoczęliśmy z Tomkiem porady „jak biegać” w TVP. Na łamach pisma zamieszczał poradniki Zbigniew Zaręba.

Z „ITD” trafił pan do Telewizji Polskiej.

– Dlatego nie wystartowałem już w kolejnym maratonie. Kiedy byłem w Kurierze Telewizyjnym, byłem tak zmęczony pracą, że nie miałem siły na bieganie. Trzy dzienniki dziennie: Kurier, Teleexpress i Panorama Dnia. Te dwa ostatnie sam wymyśliłem. Potem były inne programy. Pamiętam, co to znaczy być cały czas zmęczonym. Jak w młodości dużo trenowałem, to byłem najsłabszym uczniem w technikum. Nauczyciele o mnie mówili: słaby uczeń, ale najlepszy sportowiec.

Nigdy pana nie kusił widok maratończyków na ulicach Warszawy?

– Bardziej podobają mi się teraz biegi, w trakcie których ludzie się bawią, a nie biegną do upadłego. Ale w Maraton Warszawski włączyłem się jeszcze w 1991 r., kiedy organizatorom zabrakło pieniędzy na imprezę. Pomogłem, bo firmę Rok Corporation, której byłem prezesem stać było na pokrycie kosztów nagród i organizacji.

Ale pytam o to, czy pan nie chciał pobiegać?

– W tym czasie miałem na głowie „Wiktory”, „Bliżej Świata”, serial „W labiryncie”, „Telewizja nocą”, „Z batutą i humorem” – mam jeszcze wymieniać? Dużo uruchamiałem programów. Teraz też robię programy, już w swojej firmie Media Corporation, m.in. „Jaka to melodia?”, „Europa da się lubić”. Od lat jeżdżę dużo na rowerze, w domu mam siłownię. Bieganie maratonów wymaga jednak innego stylu życia, na który mnie nie stać.

Jak Panu poszedł w końcu tamten pierwszy maraton?

– Chciałem zacząć spokojnie, ale mnie poniosło za najlepszymi. Pierwsze dziesięć kilometrów zrobiłem w 38 minut, chociaż planowałem w 50. Już na początku mnie przytkało. Dlatego pod koniec trochę stawałem, szedłem, znów biegłem. 6 kilometrów przed metą podjechał do mnie meleksem Wojtek Zieliński z mikrofonem i kamerą. Przez 10 minut opowiadałem mu w biegu o biegu, ale nie pamiętam ani słowa. Tomasz Hopfer, który relacjonował imprezę ze stadionu, też na chwilę się wyrwał i podjechał spojrzeć na trasę jak biegnie 13-letnia córka Monika, która z trudem zmierzała do mety.

Jak pan kończył bieg?

– Mój duch był bardzo ochoczy – ale ciało mdłe. Dobiegłem w 3 godziny 17 minut 35 sekund.

Zadowolony?

– Za słabo jak na byłego profesjonalistę. 2 godz. 58 min. by mnie zadowoliło. Choć dużo radości sprawiło mi to, że pierwszy maraton się jednak udał!

Wtedy to był największy bieg maratoński w Europie. Nie żal Panu, że nie pociągnął pan tego biegu w następnych latach?

– Ja ten maraton zrobiłem dla Tomka.

Jak to: dla Tomka?

– Ja się bardzo przyjaźniłem z Hopferem. Poznaliśmy się w Rzeszowie, a potem jak ja przyjechałem z prowincji do Warszawy, to on był dla mnie jak ojciec. Na obiady do niego chodziłem. On mnie wciągnął do telewizji. On mnie namawiał na ten maraton przez kilka lat. A w następnym roku Hopfer był zajęty olimpiadą w Moskwie, ja pracą w telewizji. I była grupa ludzi, która to dalej pociągnęła.

Rozmawiał: Marek Tronina

Tekst pochodzi z książki „Maraton Warszawski. 30 lat wielkiego biegu”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger