Maraton Pokoju 1980. „Jak zajechać Kenijczyka”?

Autor: Marek Tronina • 19.05.2018

Z ARCHIWUM MARATONU WARSZAWSKIEGO

14 września 1980 roku Maraton Pokoju odbył się w Warszawie po raz drugi. Ukończyło go 2289 osób, w tym 70 kobiet. Ten rekord maratońskiej frekwencji ustanowiony w 1980 roku udało się poprawić w dopiero po 27 latach w Poznaniu. I to zaledwie o 35 osób. O wydarzeniach w polskim bieganiu w tamtym czasie i o treningu dziś opowiada Darek Kaczmarski.

Pamiętasz pierwszą „Solidarność”?

– Tak, to były moje czasy. Jak ZOMO interweniowało w Nowej Hucie, to po drodze zaglądało pod akademiki AWF, żeby uciszyć skandujących studentów. Nie będę mówić, co skandowaliśmy, bo to niecenzuralne. Później chodziliśmy do Huty na tzw. gonitwę – atakowaliśmy bandę ZOMO, oni nas gonili, a myśmy uciekali. W Hucie łatwo uciekać, bo bloki są rzadko rozstawione. Dobra zabawa z dużą domieszką adrenaliny.

Na jesieni 1980 r. wystartowałeś w Maratonie Warszawskim.

– Tak, i to drugi raz. Rok wcześniej był szum w telewizji w sprawie pierwszego maratonu zrobiony przez Hopfera. Byłem wtedy na II roku technikum, tam była silna sekcja lekkoatletyczna, moi koledzy trenowali. Wiosną 1979 r. założyłem się z jednym kolegą, że potrenuję dwa-trzy tygodnie i go ogram. Potrenowałem… i go nie ograłem. Ale ja ambitny jestem. I na jesieni wystartowałem w maratonie.
Dostaliśmy ze szkoły starą nyskę i pojechaliśmy na maraton całą grupą. Tylu było chętnych, że zabrakło siedzeń, trzeba było do samochodu wstawiać zwykłe krzesła. Pojechaliśmy z trenerem Andrzejem Będkowskim (był potem burmistrzem Skarżyska i posłem na Sejm). Pierwszy raz uczestniczyłem w większych zawodach. Bez większego przygotowania ukończyłem maraton całkiem przyzwoicie jak na debiutującego szesnastolatka – 3:20.

Wracaliście w euforii?

– W drodze złapała nas milicja za poważne przekroczenie prędkości. Jak powiedzieliśmy, że wracamy z maratonu, to zasalutowali tylko, że nas ograniczenia prędkości nie obowiązują.

I tak zostałeś biegaczem.

– W niedzielę biegałem maraton, w środę mieliśmy zawody szkolne sześć razy 1500, a w następną niedzielę pierwszy raz w życiu startowałem na stadionie Błękitnych Kielce w biegu na 2 tys. metrów z przeszkodami. I wylądowałem po tym wszystkim w szpitalu z podejrzeniem niedomykania się zastawek. Do treningu wróciłem za dwa miesiące. A na jesieni 1980 r. pobiegłem drugi maraton, już lepiej przygotowany. Złamałem trzy godziny.

Czuło się w tym starcie solidarnościowy karnawał?

– Ten start był szczególny. Było widać integrację ludzi na starcie. Ta ilość ludzi była czymś niesamowitym, dwa tysiące w jednym miejscu. Dookoła milicja, czuło się, że na nas patrzą, bo oni się bali, co z tego będzie. Jakieś transparenty były na maratonie, ale co było na nich napisane, nie kojarzę.

Jak złamałeś te 3 godziny?

– Treningi były ustawiane na taki wynik i udało się. Chociaż wtedy nie było tylu książek, poradników, tylu trenerów, którzy mogliby doradzić, jak się przygotować. Uczyliśmy się na sobie, to później dało wielu z nas podstawę do bycia dobrymi trenerami.
Poszedłem na AWF do Krakowa, byłem zawodnikiem AZS Kraków razem z Jurkiem Żołędziem, dziś jednym z najlepszych fizjologów w Polsce. Mieliśmy dobrego trenera, prof. Edwarda Mleczkę. On miał imponujące rekordy życiowe – 13:33 na piątkę, 28:20 na 10 km i to na żużlu. A był wtedy studentem Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, gdzie naprawdę trzeba było się uczyć, a nie tylko biegać. Od niego się nauczyłem podstaw moich metod treningowych. Dlaczego Edek tak szybko biegał piątkę i dychę? Bo jak miał 45 minut czasu między wykładami, to wkładał kolce i po 5 minutach rozgrzewki zapychał piątkę na maksa.

Twój najlepszy maraton?

– 2:14:15 w Berlinie, drugi „dorosły” maraton w moim życiu (bo tych dwóch warszawskich nie liczę) w 1989 r. Byłem 10., zarobiłem 2,5 tys. dolarów, wróciłem w niedzielę wieczorem, w poniedziałek poszedłem do Peweksu i za 1360 dolarów kupiłem sobie nowego małego fiata. Zostało mi 800 dolarów, przez cały tydzień piliśmy w Wierzynku za te pieniądze. To były czasy, mnie ten komunizm naprawdę nie przeszkadzał.
Jurek Żołądź robił wtedy doktorat w Amsterdamie, załatwiał mi starty. Ja w każdy piątek wsiadałem w samolot (bilet do Holandii był wtedy bajecznie tani, 36 dolarów), tam biegałem, zarabiałem 200-300 dolarów, a wtedy średnia polska pensja wynosiła 10-15 dolarów. I tak żyliśmy póki ktoś mnie kiedyś nie wypatrzył w telewizji i mnie zdyskwalifikowali na pół roku. Bo nie pojechałem na jakąś ligę, tylko na zawody w Holandii. Dzięki tym wyjazdom poznałem język, nawiązałem masę kontaktów. I w 1991 roku wyjechałem na 4 lata do Belgii. Biegałem zawodowo.

Zawodowo?

– To była praca na bazie sportu i marketingu. Byliśmy grupą zorganizowaną jak grupy kolarskie. Wtedy powstawały takie grupy w bieganiu, nasza była sponsorowana przez wodę Vittel. To było inne bieganie. Niby starty na ulicy, a naprawdę praca reklamowa.
Byli w grupie zawodnicy reprezentujący od 8 do 12 narodowości. Przyjeżdżaliśmy do organizatora małego biegu i mówiliśmy, że mu zrobimy wielkie międzynarodowe zawody. Na liście startowej był Polak, Ruski, Chilijczyk, zawodnik z Burundi. Gazety zaczynały się tym interesować.
Jak startowaliśmy na rynku, to się ścigaliśmy, a jak wpadaliśmy w kukurydzę za miastem to biegliśmy po 4:00 na kilometr, żeby się nie zmęczyć, bo za tydzień kolejne zawody. Później wywiady, show na trybunach, banery wody Vittel, czapeczki reklamowe i długopisy, typowy marketing. Organizator zadowolony, sponsor zadowolony, my zadowoleni.

Cyrk z biegania.

– Tak, o to chodzi. Tak jak kolarstwo jest cyrkiem na kółkach. Napędzaliśmy koniunkturę do biegania. Bo zawody były kolorowe, na podium ktoś coś ciekawego powiedział. Moja kariera rozkręcała się na bazie polityki. Jedna gazeta napisała o biegu, w którym ścigali się Polak zwany Walesa i Chilijczyk zwany Pinochetem. Tak to się spodobało, że każde miasteczko chciało nas mieć na swoich zawodach, wokół tego robić promocję biegu. To było symboliczne, bo ja z kraju właśnie oswobodzonego, a Chilijczyk musiał uciekać przed Pinochetem, jego brata junta zabiła. To się bardzo dobrze sprzedawało w mediach.

Nie było ci szkoda, że to nie jest prawdziwy sport, że to już nie te treningi z lat 80?

– Nie, bo ja nie byłem zawodnikiem wysokiej klasy. W Polsce trenowałem uczciwie, ale wtedy tyle się działo, że nie byliśmy skoncentrowani tylko na sporcie. Mój najlepszy wynik z biegu na 3000 m z przeszkodami to 8:36, czyli średnio. Byłem 10. w Polsce, więc nie miałem szans na wejście do kadry. Co dwa lata jeździłem na akademickie mistrzostwa świata w przełajach, w 1986 r. nawet medal zdobyliśmy drużynowo.
W biegach ulicznych i maratonach miałem więcej zabawy. To była typowa zawodowa grupa, mieliśmy kontrakt na 15 biegów i wyposażenie: samochody służbowe, kontrakty z firmami sportowymi na buty i ubrania, sponsorowali nam obozy sportowe w górach francuskich. Startowaliśmy we Francji, Holandii i Belgii.
Ja byłem też odpowiedzialny za przygotowanie zawodników pod względem sportowym. Tam się nauczyłem, że przygotowuję biegaczy nie do jednego występu, w którym mają szczyt formy, tylko do stałej wysokiej dyspozycji w tym całym cyrku. A niestety czasem się przyjeżdżało na bieg, a tu był jakiś dobry Ruski albo Kenijczyk i trzeba się było ścigać, bo team nie mógł przegrać.

I jak wygrywaliście?

– Mieliśmy taktykę, jak zajechać Kenijczyka. Wyznaczaliśmy dwóch naszych, którzy ruszali pierwszy kilometr w 2:30, Kenijczyk pędził za nimi, oni jeszcze przyspieszali i po 3 kilometrach Kenijczyk był ugotowany. Wtedy następnych dwóch jako zające podwozili jeszcze jednego naszego, który potem wygrywał. Ważne było, żeby team Vittel wygrał, a kto – to było mniej istotne.

Ty też wygrywałeś?

– Tak, bo ja miałem taką zaletę, że mówiłem po francusku i to w dodatku niedobrze. To było świetne, bo jeśli ktoś mówi dobrze, to nie jest śmieszne, a jeśli kaleczy język, to zwraca uwagę całej gawiedzi. Kto był we Francji to wie, że dla Francuza lepsza kiepska francuszczyzna niż perfekcyjny angielski. Co z tego, że wygrałby ktoś inny jak na podium ani be, ani me, a jeśli już to po angielsku. Ja się lepiej sprawdzałem.

Jak wtedy trenowałeś? Wiem, że jesteś zwolennikiem krótkich i szybkich akcentów zamiast długich i wolnych wybiegań.

– Dokładnie. W Polsce trenuje się za długo i za wolno. My nawet przygotowując się do maratonu rzadko kiedy robiliśmy trening dłuższy niż godzina i 10 minut. Ale biegaliśmy bardzo szybko. Wychodziło się z domu i pierwszy kilometr w 3:40, a ostatni w 3:00. Jeden taki trening rano, drugi po południu. Żadnej filozofii.

Jurek Skarżyński, guru biegaczy amatorów, doradza wolne bieganie.

– Tacy guru odpowiadają za poziom polskich biegów. Dla polskiego maratończyka 28 minut na dychę to czarna magia, złamanie 14 minut na piątkę to powód do dumy. A to na świecie jest nic. Przez tę filozofię wolnego biegania nie mamy szans w biegach długich.
W mistrzostwach Belgii dziesiąty zawodnik przybiega z czasem 28:40 i nikt na niego nie zwraca uwagi. Nie wierzę, że 10 białych, pracujących na co dzień w innych zawodach, Belgów jest w stanie biegać lepiej niż nasi zawodnicy, którzy mają wszystko: dobrego trenera, sprzęt, obozy.

Powiedz dokładniej, jak biegaliście.

– Mieszkaliśmy w kilka osób, wychodziła grupa na trening i biegało się w zależności od samopoczucia najlepszego.

Nie najsłabszego tylko najlepszego?

– Tak. Najlepszy prowadził, reszta grupy trzymała tempo. Kto nie dał rady po sześciu kilometrach, wracał truchtem do domu. A reszta leciała razem z nim, ile wytrzymała. Były czasem wolniejsze treningi dla odpoczynku, ale rzadko. Z zasady każdy trening to były wyścigi. Po pół roku takiego biegania jesteś zajechany. Trzeba jeszcze wytrzymać następne pół roku i biegasz na zupełnie innym poziomie. U nas jak ktoś spróbuje takiej metody, to po kilku miesiącach wpada w panikę, wraca do człapania. Tylko tym człapaniem nigdy nie dojdzie do poziomu 10 km poniżej 28 minut. Albo się zajedzie, albo głowa nie wytrzyma. Polskimi metodami nikt nie będzie biegał 10 km w 27:30. To czysta matematyka. Na obozie spotkaliśmy kiedyś Boba Kennedy’ego, białego biegacza, który łamał 13 minut na piątkę. On wziął kalkulator i mówi: „Chłopaki, chcecie biegać piątkę w 13 minut? To policzcie sobie, po ile trzeba biegać koło”. Liczymy, wychodzi, że 400 m trzeba robić w 62 sekundy. I on wtedy mówi, że trzeba biegać 400-metrówki po 58 sekund i to dwa razy tyle, co dystans 5 km. No, powiedzmy 15-18 razy 400 m po 58 s. z przerwą po 45 s. Powiedz to polskiemu zawodnikowi, to ci odpowie, że go zarzynasz.

Ile miałeś na dychę?

– 29:11. Bez specjalnego przygotowania. Bo ja na bieżni trenowałem krótsze biegi, a potem przerzuciłem się na maratony. Między 1989 a 1996 r. przebiegłem 24 maratony, wszystkie na Zachodzie, większość między 2:15, a 2:16.
Przez ostatnie dwa lata na Zachodzie oprócz biegania bawiłem się trochę w trenerkę, trenowałem Vincenta Rousseau, białego maratończyka z Francji, którego doprowadziłem do poziomu 2:07. A jak skończyłem karierę, wróciłem do Polski. Od profesora Mleczki dostałem propozycję pracy na krakowskim AWF – jako asystent, a zarazem trener i kierownik sekcji LA w AZS. Odszedłem po trzech latach, rozgoryczony, bo moje poglądy na bieganie nie były do zaakceptowania dla większości ludzi. Poszedłem do biznesu, jestem dyrektorem technicznym w średniej firmie produkującej opakowania. Ze sportem nie zerwałem, organizuję biegi w Krakowie.

Zamąciłeś mi w głowie. Jak powinien biegać amator?

– Szybko. Mam grupę 30 amatorów, którą szykuję do maratonu. W sobotę biegaliśmy 30 razy 200 metrów po 38 sekund. To tempo na 3:15-3:20 na kilometr. Wszyscy wytrzymują i się poprawiają. Nie tupią.
Zwykle amator tupie. Nie ma ani techniki, ani siły biegowej. Większość biegaczy nie ma siły do biegania, jakby podejść do nich po trzech kilometrach i popchnąć, to by się przewrócili. Jeśli się trenuje za dużo, to nie ma się siły do biegania.

A co z wolnym bieganiem? Zakazać?

– Jak ktoś zaczyna, to dobrze, niech biega wolno, żeby się przyzwyczaić. Ale jak amator trenuje już 5-6 lat i chce mieć wyniki, to musi przyspieszyć. Te plany treningów na 2-3 godziny! Nikt tego nie wytrzyma psychicznie, jest zarżnięty, pracować nie może. To plan dla kogoś, kto nic nie robi, może po południu spać.

Można startować w maratonach bez bazy długich wybiegań w zimie?

– Tak. Zrób sobie wybieganie raz na 10 dni. Chyba, że to lubisz, to proszę bardzo, możesz nawet cztery razy w tygodniu. Jeśli nie, to szkoda czasu. Ja nie mam tyle wolnego, bo czasy się zmieniły. Dzięki szybkim i krótkim bodźcom jestem w stanie wyrobić się z pracą i bieganiem oraz osiągać dobre wyniki.

Ile kilometrów tygodniowo radzisz biegać?

– 30-40. Po co więcej? Robisz 15 razy 400 i masz ósemkę. Tylko jedna rzecz: takiego treningu nie da się zrobić samemu, będziesz zwalniał. Musi być grupa, która się motywuje. Lekkie ściganko. Sport to nie jest dostosowywanie się do fizjologii, tylko jej łamanie. Wolne treningi nie łamią jej w wystarczający sposób.

Swoją grupę szykujesz na Berlin. Nie kusi cię start w Warszawie?

– Trochę kusi. Ale maraton nie jest zdrowy. Ani to widowiskowe, za długo trwa. Ani zdrowe dla stawów, rozwala całą fizjologię. Daje może kopa psychicznego, ale to można przebiec raz-dwa razy, żeby się dowartościować i starczy.
W ogóle w Polsce jest zła struktura biegów. Po co tyle półmaratonów, piętnastek? Po co to tyle tupać? Znajdź u nas dobry bieg na piątkę albo na trzy mile? Nie ma. Te półmaratony są bez sensu. Marketingowo tego nie sprzedasz, bo kto ci kupi bieg, w którym startuje 300 osób? Zawsze będzie problem ze znalezieniem sponsorów, więc impreza będzie dziadowsko zorganizowana.
Bieganie jest całym moim życiem, ale… czasami mam go dosyć. Teraz wolę jeździć na rowerze. Nie ma po wysiłku ponadrywanych włókien mięśniowych. To przyjemniejsze.

Rozmawiał Marek Tronina

Tekst pochodzi z książki „Maraton Warszawski. 30 lat wielkiego biegu”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger