Masz ponad 30 lat, nadwagę i palisz papierosy? Możesz zostać klasowym maratończykiem!

Autor: Jakub Karasek • 27.03.2018
FALMOUTH - AUGUST 16: Master runners Steve Plasencia, left, and Keith Anderson, right, came in together to finish the Falmouth Road Race. (Photo by Evan Richman/The Boston Globe via Getty Images)

FALMOUTH – AUGUST 16: Master runners Steve Plasencia, left, and Keith Anderson, right, came in together to finish the Falmouth Road Race. (Photo by Evan Richman/The Boston Globe via Getty Images)

Zadając pytanie, „co zrobić, by w bieganiu osiągnąć sukces?” w odpowiedzi najczęściej usłyszymy, że trzeba ciężko i regularnie trenować, dbać o zdrowie, właściwą dietę i najlepiej zacząć w młodym wieku. O ile regularny trening i ciężka praca to konieczne składniki sukcesu, o tyle pozostałe aspekty nie zawsze odgrywają najważniejszą rolę. A przynajmniej, jak pokazuje historia Keitha Andersona, nie przez całe życie.

Brytyjczyk Keith Anderson zaczął biegać w wieku 30 lat. Wcześniej nie należał do ludzi zbyt aktywnych. Pracował jako szef kuchni, co niekorzystnie odbijało się na jego tuszy, palił ponad 20 papierosów dziennie, nie stronił od alkoholu i raczej nie był wzorem do naśladowania, jeśli chodzi o zdrowy styl życia. Nie wiadomo, czy był to przedwczesny kryzys wieku średniego, chęć zatroszczenia się o swoje zdrowie, czy po prostu uznał, że ma dość takiego funkcjonowania, ale pewnego dnia postanowił coś w swoim życiu zmienić. Tak właśnie zaczął biegać, wyruszając w niesamowitą podróż, dzięki której w ciągu kilku lat stał się zupełnie innym człowiekiem.

Pierwsze kroki nie były łatwe. Jak sam wspominał, po prostu zakładał buty i wychodził biegać, czasami starając się utrzymać tempo bardziej doświadczonych biegaczy z okolicy. Początkowo jednak nie myślał wcale o ściganiu się, zależało mu przede wszystkim na tym, by schudnąć i zbudować kondycję. Chęć rywalizacji przyszła z czasem, kiedy dostrzegł, że bieganie dostarcza mu sporo satysfakcji. I że ma do tego smykałkę. W swoim debiucie na 10 km osiągnął wynik 31:05 i to już w pierwszym roku treningów! Tym samym Anderson odkrył w sobie żyłkę sportowca i chciał nie tylko biegać szybciej, ale także wygrywać.

Ciało Brytyjczyka ulegało przemianie. W krótkim czasie zrzucił ponad 20 kg, co znalazło odzwierciedlenie w samopoczuciu. Jednak wciąż chciał więcej. Biegając często po naturalnych ścieżkach zauważył, że dobrze radzi sobie ze zbieganiem. I własnie od biegów górskich, gdzie ta umiejętność była niezwykle cenna, rozpoczął swoją wyczynową karierę. W 1991 r. po 4 latach regularnych treningów wywalczył tytuł Mistrza Wielkiej Brytanii w tej dyscyplinie. Całkiem niezły początek, jak na (jeszcze niedawno) lekko otyłego palacza po 30-tce.

Chcąc rozwijać się dalej, Anderson zanurzył się w lekturze czasopism i książek na temat treningu biegowego. Zainspirowany poradami nabył pulsometr i nawiązał kontakt z dr. Tony’m Trowbridge’m z Uniwersytetu w Sheffield. Od tego czasu jego trening uległ całkowitej zmianie i był oparty o wyniki badań wszelkich parametrów, które dało się wówczas zmierzyć. Anderson miał w sobie wiele determinacji, zakupił nawet bieżnię mechaniczną, by móc realizować szybsze jednostki w jak najbardziej kontrolowanych warunkach w swoim garażu. To na niej wykonywał zdecydowaną większość swoich akcentów. Zmienił również nawyki żywieniowe i ograniczył podaż węglowodanów, chcąc spalić tkankę tłuszczową i poszukując dalszych rezerw w formie.

Optymalizacja treningu i stylu życia szybko przyniosły efekty. Anderson coraz częściej zaczął pojawiać się na biegach ulicznych i popularnych na Wyspach przełajach. Okazało się, że również w takich warunkach radzi sobie doskonale. W 1994 r. zajął 4. miejsce w mistrzostwach Wielkiej Brytanii w biegach przełajowych, a rok później został Mistrzem Szkocji w tej samej konkurencji (jego rodzice pochodzili ze Szkocji). Swoje życiówki na ulicy wyśrubował do poziomu 13:46 na 5 km, 29:04 na 10 km, 48:15 na 10 mil i 1:04:20 w półmaratonie.

Pierwszą poważniejszą przeszkodą w rozwoju kariery Andersona była niespodziewana śmierć jego trenera dr. Trowbridge’a. Naukowiec miał ogromy wpływ na trening stosowany przez zawodnika, dbając przede wszystkim o odpowiednią regenerację i dobierając bodźce tak, by nie przeciążać organizmu. Po latach Brytyjczyk przyznał, że brak trenera spowodował rozluźnienie kontroli nad procesem treningowym. Anderson wybrał się m.in. na obóz treningowy do Font Romeu i po powrocie postanowił zarobić nieco pieniędzy na swoim bieganiu. Nic w tym dziwnego, biorąc pod uwagę, że nawet pomimo późnego rozpoczęcia swojej przygody z bieganiem, w wieku 40 lat był już raczej bliżej końca swojej kariery niż jej początku. Jednak wylot do Stanów i 6 startów tydzień po tygodniu poprzedzonych ciężką pracą na obozie było dużym obciążeniem dla organizmu. Chociaż zgarnął kilka nagród pieniężnych, jego wyniki z tygodnia na tydzień były coraz słabsze.

Na szczęście biegacz zorientował się, że to zbyt duży wysiłek zaczął zbierać swoje żniwo i postawił na odpoczynek oraz spokojny trening. W przerwie między sezonami 1997-1998 udał się nawet na obóz treningowy do Kenii, gdyż postanowił przygotować się do startu w maratonie. Na początku roku 1998 wrócił do USA, gdzie znów wystartował w kilku zawodach przede wszystkim w celach zarobkowych. Z tego powodu do maratońskiego debiutu w Bostonie podchodził nie w pełni wypoczęty. Mimo tego wynik, który osiągnął w pierwszym w karierze biegu na królewskim dystansie na poziomie 2:17:08 nie był powodem do wstydu. Zwłaszcza, że osiągnął go w wieku 41 lat.

Występ w Bostonie zaowocował powołaniem do reprezentacji Wielkiej Brytanii na Igrzyska Wspólnoty Narodów w Kuala Lumpur. Coś, co 10 lat wcześniej, kiedy Anderson rozpoczynał swoją przygodę z bieganiem, wydawało się nie do pomyślenia, stało się faktem. Były palacz i otyły szef kuchni, pomimo braku przeszłości zawodniczej, miał reprezentować swój kraj na międzynarodowej imprezie. Do tego wyzwania podszedł bardzo poważnie, podporządkowując wszystko pod przygotowania do tego biegu. Jak wspominał, czuł, że biegnie nie tylko dla siebie, ale dla wszystkich 40-latków, którzy pomimo statusu weterana marzą o udziale w tego typu zawodach. Swoją postawą chciał pokazać, że wiek nie musi być przeszkodą w realizacji sportowych celów. I nie zawiódł – zajął 10. miejsce przybiegając na metę z niespełna 4-minutową stratą do zwycięzcy.

Po tym wydarzeniu Anderson uznał, że osiągnął swój prywatny szczyt i spełnił sportowe marzenia. W wieku 41 lat zakończył zawodową karierę i zajął się m.in. trenowaniem innych. Jego syn Tom Anderson również został biegaczem, jednak wciąż nie poprawił rekordu ojca w maratonie. Najlepszy jak dotąd wynik Toma w karierze to 2:19:36 (Londyn 2017). Biorąc jednak pod uwagę fakt, że ma „zaledwie” 28 lat, czasu na poprawę ma jeszcze sporo.

Historia Keitha Andersona to dowód na to, że wiek czy dotychczasowy styl życia nie muszą być przeszkodą na drodze do realizacji sportowych marzeń. Nawet czynniki, które pozornie wydają się dużym obciążeniem, jak nadwaga czy nikotynowy nałóg można przezwyciężyć. W przypadku Brytyjczyka, decyzja o rozpoczęciu biegania w wieku 30 lat zaważyła na jego dalszym życiu i pozwoliła mu odkryć w sobie ogromne możliwości. Możliwości, dzięki którym napisał niezwykle motywujący i interesujący rozdział biegowej historii.

3 przemyślenia nt. „Masz ponad 30 lat, nadwagę i palisz papierosy? Możesz zostać klasowym maratończykiem!

  1. W wiele mogę uwierzyć, ale z trudem w to, że miś kanapowy z 20 kg nadwagą w pierwszym roku trenowania nabiega 31 min. na 10k.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger