Mohamed Farah i sponsorskie ustawki. Dokąd zmierza wyczynowe bieganie? [FELIETON]

Autor: Marcin Nagórek • 17.09.2017

Mo farah

Czwarte z rzędu zwycięstwo Mohameda Faraha w półmaratonie w Newcastle jest przykładem na to, jak duże imprezy zaczynają zamieniać się w sportowe ustawki bez realnej rywalizacji. Dokąd zdąża wyczynowe bieganie?

Na papierze wszystko wygląda dobrze: Mo Farah wygrywa półmaraton w Newcastle w niezłym czasie (1:00:06), na finiszu ogrywając rywala z Nowej Zelandii, Jake’a Robertsona. Kibice zadowoleni, bo wygrywa miejscowy idol. Sponsorzy zadowoleni, bo kibice zadowoleni. I organizatorzy także zadowoleni, bo zadowoleni kibice i sponsorzy. Impreza idealna.

Sęk w tym, że czegoś w tym zabrakło: realnej rywalizacji sportowej. Na półmaraton Great North Run poza Farahem nie zaprasza się żadnych biegaczy, którzy mogliby zagrozić wielkiej gwieździe. 1:00:06 to dla kilkudziesięciu Kenijczyków żaden problem. Kilka lat temu organizatorzy biegu zaprosili wielkie nazwiska do pojedynku z Farahem, dobierając je w sprytny sposób. Haile Gebrselassie to legenda biegów, wtedy już po 40-tce i nie stanowiąca realnego zagrożenia. Kenenisa Bekele – rekordzista świata na 5000 i 10 000 metrów, wtedy od paru lat w kryzysie. Wydawało się, że marketingowo jest wszystko: znani biegacze i jednocześnie pewne zwycięstwo Faraha. Tymczasem Bekele wyciął kibicom i organizatorom brzydki numer – nas finiszu niespodziewanie zaatakował i wygrał. Zamiast fety z udziałem zbrytanizowanego Faraha kibice dostali niesmaczne zwycięstwo Etiopczyka. Lekcja nie poszła jednak na marne – od tego czasu Farah wygrał już czterokrotnie, za każdym razem nie mając z kim przegrać. Zbyt szybkich się tam nie zaprasza, bo zwycięzca może być tylko jeden.

To coraz częściej pojawiająca się tendencja w bieganiu. W ten weekend podobna ustawka odbyła się w amerykańskiej Filadelfii, gdzie Amerykanin Galen Rupp pobiegł po pewne zwycięstwo półmaratońskie. To samo zarzuca się jesiennemu maratonowi w Chicago – że wszystko ustawione jest pod Ruppa, brak rywali, którzy mogą stanowić realne zagrożenie. Bodajże dwa lata temu podobne zwycięstwo w mityngu Diamentowej Ligi, jedyne w historii na 5000 metrów, zaliczył w Nowym Jorku inny Amerykanin. Najlepsi ponownie nie dojechali. Co za zbieg okoliczności – akurat w Nowym Jorku jeden raz w historii bieg na piątkę w Diamentowej Lidze wygrywa miejscowy!

epa03287316 Galen Rupp (R) reacts after crossing the finish ahead of Bernard Lagat (L) to win the men's 5000 meter final at the 2012 Olympic trials in Eugene, Oregon, USA, 28 June 2012. EPA/LARRY W. SMITH Dostawca: PAP/EPA.

epa03287316 Galen Rupp (R) reacts after crossing the finish ahead of Bernard Lagat (L) to win the men’s 5000 meter final at the 2012 Olympic trials in Eugene, Oregon, USA, 28 June 2012. EPA/LARRY W. SMITH
Dostawca: PAP/EPA.

Działania tego typu to oczywista samoobrona przed zalewem kenijskich biegaczy i dawno można było przewidzieć, że coś podobnego nastąpi. Kenijczycy sami z siebie nie mają interesu, a często także funduszy, żeby przyjeżdżać na bieg do Newcastle czy Nowego Jorku. Ktoś zapłaci, przyjeżdżają, wygrywają. Rywalizacja trzydziestu anonimowych biegaczy, podczas gdy miejscowi faworyci zostają w tyle, nikogo jednak nie ekscytuje. Coraz częściej mamy więc imprezy, gdzie biegnie zaproszona gwiazda, a oprócz niej nikt znaczący. Wszystko jest ustawione przed startem, wiadomo kto zwycięży. Oczywiście sam biegacz czy biegaczka muszą jeszcze pobiec, ale organizator idzie im na rękę jak tylko może. W nieco mniejszej skali i z nieco innych powodów widzimy to na ulicznych mistrzostwach Polski – czołówka lekceważy te imprezy, bo nikt im za nie nie płaci. Na starcie stają więc amatorzy i półamatorzy, formalnie zostający mistrzami, ale biegający dużo wolniej niż krajowa, rzeczywista elita.

Nie wiem, jak rozwiązać ten problem, ale jedno jest pewne: taka rywalizacja jest trochę niesmaczna. Co z tego, że faworyt wygrywa, kiedy prawdziwy kibic wie, że bieg był ustawiony i żadne inne rozwiązanie nie wchodziło w grę? Być może w opisie zawodów trzeba podawać, że jest to sponsorska feta na rzecz określonego zawodnika czy zawodniczki, a nie realna rywalizacja. Teoretycznie wydawałoby się, że organizatorowi powinno zależeć na zaproszeniu jak najszybszych biegaczy, bo tego typu biegi często ogłaszają sie jako wielkie imprezy sportowe, odbywające się na wysokim poziomie. Sęk w tym, że najszybsi i jednocześnie tani wygrywacze są albo Kenijczykami, albo Etiopczykami. Nikt ich nie zna, nikt ich nie chce. Można to zrozumieć z ludzkiego punktu widzenia, ale mimo wszystko uważam, że coś tu nie gra. Organizator ma prawo zaprosić, kogo chce, ale nazywanie tego sportem jest nieco chybione.

2 przemyślenia nt. „Mohamed Farah i sponsorskie ustawki. Dokąd zmierza wyczynowe bieganie? [FELIETON]

  1. Tezy ciekawe, jednak w tym konkretnie półmaratonie nieco nie pasuje fakt, że jednak było sporo mocnych biegaczy, chociażby Robertsonowie… Poza tym kto zabroni szybkim zapisać się w tym biegu i go wygrać? Przecież w regulaminie nie ma napisane, że nagroda należy się Mo, tylko najszybszym. Niech jakiś menago przyśle swoich ogierów i zgarnie pulę – kto mu broni?

  2. Jakoś w Łowiczu, Wiązownie czy setce innych, ‚lokalnych’ pólmaratonów w Polsce potrafią się zapisać i wygrać totalnie anonimowi Kenijczycy.
    Reakcja na to była jedynie słuszna – dodatkowy zestaw nagród dla biegaczy z powiatu i gminy w wielu takich biegach.
    Czy wpisowe na Newcastle jest zaporowe? Czy rzeczywiście taki Kenijczyk musi być „zaproszony” ? Ja bym tego nie nazywał ustawką, ani brakiem rywalizacji. Jak ktoś wie, że pokona MoFaraha – to niech wpłaci te kilka(naście) funtów i staje na starcie, i biegnie.

    Co innego, gdyby organizatorzy „chroniąc” swoją lokalną gwiazdę zabraniali startu … ale takie coś nie ma miejsca, prawda?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *