Nie biegam dla przyjemności. Biegam, żeby cierpieć

Autor: Marcin Nagórek • 29.03.2018

marcin-nagorek-resize

Jeśli przyjrzeć się historiom większości biegaczy, można dojść do wniosku, że jest to ciąg niekończących się nieszczęść. Pękające kości, naciągnięte mięśnie, choroby, depresje, urazy, anemie, gęsie stopki, łokcie tenisisty, hemoroidy i przetrenowanie. Pierwsze, co mi się nasuwa na myśl, gdy patrzę z boku: to przecież niemożliwe, żeby ktokolwiek robił to dla przyjemności!

Niedawno ogłoszono, że naukowcy, prawdopodobnie amerykańscy, bo to zawsze muszą być naukowcy amerykańscy, są o krok od wynalezienia pigułki formy. Odkryto geny, hormony albo inne tajemnicze substancje, które decydują o tym, w jakim kierunku przebudowuje się ludzkie ciało. Podobno nie ma skutków ubocznych i już niedługo będzie teoretycznie możliwe, że połknie się tabletkę, a potem można leżeć na kanapie i oglądać w lustrze, jak rośnie forma. Nie trzeba nic robić, można jeść chipsy i dłubać w nosie. Tu więc szybkie pytanie do Ciebie, towarzyszu biegaczu i towarzyszko biegaczko: czy gdyby wprowadzono na rynek taki produkt, skorzystalibyście z oferty? Bo ja, po namyśle, doszedłem do wniosku, że raczej nie. Jeśli macie podobnie, to witajcie w klubie i przestańcie się oszukiwać, że biegacie dla formy, zdrowia lub przyjemności. Ten ciąg nieszczęść wymieniony z początku, to nic przyjemnego. Biegacie, bo lubicie cierpieć, ot co!

Jeśli chodzi o mnie, to szczerze nienawidzę biegania. Powiedzmy to wprost: nie ma nic przyjemnego w unoszeniu ciężkich nóg, poruszaniu opornymi rękami i ogólnym męczeniu się. Gdybym miał robić coś prawdziwie dla przyjemności, leżałbym w łóżku i żarł czekoladę kilogramami. Na pewno nie miałbym problemów ze znalezieniem interesujących, pozabiegowych, pionowych bądź poziomych rozkoszy. Połowa moich znajomych twierdzi, że biega dla zdrowia, a jednocześnie ich biegowe życie to pasmo nieprzyjemnych przypadłości i ciągłe problemy zdrowotne wynikające właśnie z treningu. Kto nigdy nie miał kontuzji, niech pierwszy rzuci pękniętym piszczelem. Kontuzje i przetrenowanie są wpisane w bieganie jak szaleństwo w osobowość ministra Antoniego. Nienawidzę tego, ale i kocham nienawidzić. Druga połowa znajomych rzekomo biega dla przyjemności, ale nie widzę nic pociągającego w tym, że męczę się, dyszę jak pies i ociekam potem. Jest wręcz odwrotnie: biegnąc, zazdroszczę niebiegającym. Podziwiam dostojnych spacerowiczów, że mają w sobie na tyle odwagi i silnej woli, aby nie biegać i pozwolić naczyniom krwionośnym zarastać cholesterolem. A najbardziej irytujący są jeźdźcy konni, którzy nie tylko nie biegają, nie tylko wygodnie siedzą i nie ociekają zmęczeniem, ale dodatkowo przemieszczają się w pięknych okolicznościach natury. Niby coś robią, a w gruncie rzeczy nic nie robią, siedzą jak przed telewizorem i mają czelność twierdzić, że to czas spędzony aktywnie.

Oczywiście po treningu odczuwa się coś na kształt przyjemności. To trochę jak w tym dowcipie o masochiście, który wyznaje lekarzowi, że kładzie przyrodzenie na stole i wali w nie młotkiem. – „Czy panu to sprawia przyjemność?” – pyta lekarz. – „Tak, gdy nie trafię” – odpowiada masochista. Podobny rodzaj wątpliwej przyjemności odczuwa się po maratonie. Jeśli chodzi o mnie, nigdy na mecie maratonu nie miałem myśli typu „Ale było przyjemnie, jutro zrobię to znowu”. Znacznie częściej, a właściwie zawsze, jest to raczej: „Nareszcie koniec. Nigdy więcej tego szaleństwa”. W przypadku spożywania czekolady takie myśli nigdy mnie nie nachodzą. Po jednej tabliczce mam chęć na następną, a potem jeszcze jedną. Gdyby jedzenie czekolady powodowało wzrost formy, byłbym absolutnie bezkonkurencyjny, lepszy od Małysza, Stocha i Justyny Kowalczyk razem wziętych. Ojczyzna byłaby ze mnie dumna, a medale na igrzyskach kosiłbym hurtowo.

Ustaliliśmy już, że w bieganiu nie ma nic, ale to absolutnie nic przyjemnego. Szczególnie w Polsce, szczególnie przy pogodzie takiej jak obecnie. Jest możliwe, że Amerykanie, Francuzi czy Hiszpanie biegają z innych powodów niż my, nie potrafię ogarnąć psychiki narodów, które tak niedawno nauczyły się używać widelców. Na pewno jednak cierpienie sprawia przyjemność Japończykom. W Japonii istnieje długa i chwalebna tradycja harakiri, dlatego nasi skośnoocy bracia są tak mocni w maratonie i kochają Szopena. Bez genu autodestrukcji nawet nie ma co marzyć o maratońskich sukcesach. Nikt normalny nie poddaje się aktywności, która zamienia mięśnie w obolałą masę spazmatycznie kurczącej się, nieskoordynowanej galarety.

W Polsce biegamy, bo po prostu lubimy cierpieć. Nawet nasz narodowy wieszcz pisał o tym, że cierpi za milijony. Nie na darmo jesteśmy narodem wybranym, który nie może zdzierżyć, gdy wszystko idzie zbyt dobrze i dzieje się zbyt zwyczajnie. Definiuje nas ciągły kryzys, poszukiwanie maratońskiej ściany, o którą można się z rozkoszą rozbić samolotem; nasza historia to stulecia poświęceń, umartwień, rozbiorów, egzekucji i przegranych wojen oraz powstań. Nie bez powodu celebrujemy Matkę Bożą Bolesną, a nie Matkę Bożą Zadowoloną z Życia. Szczęście w życiu doczesnym jest mocno podejrzane, silnie tkwi w nas chrześcijańska spuścizna Hioba i Szymona Słupnika, ideologia niesienia krzyża przez życie i bycia szczęśliwymi dopiero w raju. Jedynymi, którzy bez konfliktu sumienia potrafią w Polsce czerpać garściami z życia doczesnego, nie stroniąc od przyjemności, bogactwa i rozpusty, są biskupi i kardynałowie.

Filozofowie od tysiącleci zastanawiają się, jaki sens ma cierpienie. Jeśli zastanawiacie się, jaki sens ma bieganie, to z perspektywy dwudziestu lat doświadczenia z tym niewdzięcznym sportem powiem wprost: nie ma żadnego. Bieganie jest kompletnie bezsensowne. To tylko nasza potrzeba bycia w ruchu, świadomości, że się przemieszczamy i coś się dzieje, każe nam sądzić inaczej. Napędza nas nieznany żar, który każe wciąż gnać naprzód, chociaż tak naprawdę zawsze i wszędzie pozostajemy w miejscu. Celnym symbolem jest tu bieganie na bieżni w siłowni. Nie ma bardziej nonsensownej i smutnej czynności – człowiek niby biegnie, rozpaczliwie kręci nogami, poci się, dyszy i cały czas pozostaje w tym samym dusznym kącie pomiędzy oknem a wyjściem awaryjnym. Równocześnie jednak bieganie jest tak samo bezsensowną czynnością jak każda inna. Weźmy takie zbieranie znaczków – czy istnieje bardziej absurdalne hobby? Prawdziwym szczytem bezsensu byłby biegający filatelista, ale nie znam żadnego – może to natężenie nonsensu zabójcze dla przeciętnego człowieka?

Nie należy po prostu w bieganiu szukać sensu ani usprawiedliwienia. Nie ma go, trzeba się z tym pogodzić i kropka. Z wielu bezsensownych czynności wybraliśmy akurat bieganie, być może bezsensowne w nieco mniejszym stopniu niż zbieranie znaczków, a może tylko się tak oszukujemy. Podświadomie szukamy cierpienia, chcemy się zmęczyć i umartwiać tym zmęczeniem, kontuzjami, poświęceniem. Pewien mój znajomy zapytany, dlaczego trenuje tak ciężko, mimo świadomości, że to bardziej groźne dla jego formy niż pożyteczne, odparł, że pociąga go zawarty w tym heroizm. Po prostu sądzimy, że cierpienie uszlachetnia. A może nawet na jakiś czas poprawi to stan naszych naczyń krwionośnych i położymy się do grobu zdrowsi i szczuplejsi niż ci, którzy nie biegają? Nie należy się jednak łudzić, że bieganie jest przysługą dla zdrowia lub przyjemności. To raczej rozpaczliwe poszukiwanie sensu, na zasadzie: cierpię, więc jestem, a jeśli cierpię bardziej, to i jestem bardziej. A jeśli naprawdę nie lubisz, biegaczu i biegaczko, cierpieć, to cóż… czekaj z utęsknieniem na pigułkę formy. Zostanie stworzona właśnie dla ciebie.

15 przemyśleń nt. „Nie biegam dla przyjemności. Biegam, żeby cierpieć

  1. Uwielbiam czytać twoje artykuły,nie lada się przy nich z mężem naśmiejemy 🙂 Ale z przykrością muszę obalić Twój mit cierpienia biegnąc… Mi bieganie sprawia mega frajdę,jak zwiedzam nowe miejsca. Co prawda wolniej to niż samochodem, ale szybciej niż chodem. Rekordów nie biję, tempa nie robię, to i dużo czasu na zwiedzanie mam 😉

  2. Dobry felieton, tylko po co ten Antoni…
    Oczywiście temat ten, to temat rzeka. Bo pewnie 90% biegaczy zaczyna biegać dla zdrowia, później ten odsetek biegających dla zdrowia się zmniejsza i więcej pojawia się „lubiących cierpieć” biegających dla wyniku. Sam, nawet w ostatnim czasie rozmawiając ze znajomym, podkreślałem że ja lubię się zmęczyć, cierpieć. Że bez tego chyba jednak bym nie biegał. Ale zdaję sobie sprawę że odsetek biegających dla przyjemności nadal jest duży.

  3. Fajnie to napisałeś i pewnie jest w tym trochę prawdy ale do końca się z tym nie zgadzam. Zresztą mam wrażenie, że sam się z tym do końca nie zgadzasz. Oczywiście są kontuzje, ITBS-y, zapalenia kaletek, ścięgien, itd… Są też treningi, które kończą się torsjami, prawie odcięciem świadomości, ciemnością w oczach. Są też jednak dni konia, kiedy wszystko wychodzi, kiedy biegniesz leciutko jakby ci cały czas wiało w plecy, kiedy łamiesz bariery, które rok wcześniej wydawały się nieosiągalne. Pokonujesz sam siebie, a przy okazji wielu innych z którymi niedawno przegrywałeś. Jesteś oczywiście wypruty z energii, spocony, obolały ale przy tym niesamowicie zmotywowany i zadowolony, że coś się udało. Czujesz na sobie spojrzenia kibiców, w ich wzroku widzisz swego rodzaju podziw i zazdrość zarazem. Przez chwilę możesz poczuć się herosem, a jesteś przecież przeciętnym zwykłym człowiekiem. Myślę, że ten ból wart jest takich chwil.

  4. Trudno mi doszukać się w tym elaboracie myśli przewodniej popartej konkretami. Pytanie zasadnicze brzmi: ilu biegaczy wyczynowych zna autor tekstu osobiście? A ile z tych znajomych jest do siebie podobnych pod względem celu biegania, odczuć i myśli przed i po treningu? Ilu z nich ma identyczny charakter, temperament, styl, motywację, poziom wykreowania, siłę i wytrzymałość biegową, zdolność regeneraci, z asów wiedzy i doświadczenia? Wydaje się, że wszelkie udogodnienia są nieuprawnione. To filozofowanie. Ale każdy pisać może… i ma prawo do swojego zdania.

    1. Biegaczy wyczynowych znam akurat praktycznie wszystkich ; ) Ale to nie ma znaczenia – felieton z definicji jest gatunkiem mocno osobistym i przewrotnym, to nie jest tekst naukowy, gdzie każdy przecinek musi być poparty konkretnym faktem. Stąd taki a nie inny charakter tekstu.

  5. Ciekawy felieton, nietuzinkowy, szczególnie w tym miejscu, zmusza do myślenia. Tylko po co ci biskupi i kardynałowie? 🙁

  6. Czerwiec 2015 i 9. Błękitna Wstęga w Stargardzie to początek mojego biegania, które tak naprawdę zaczęło się od marszobiegów późną jesienią 2014r.
    W ubiegłym roku pierwszy maraton, po którym powiedziałem „nigdy więcej” a za tydzień biegnę Dębno, zaraz potem Kraków i jesienią Warszawa – do korony. W międzyczasie jakiś uraz kolana, po którym całe wakacje nie byłem w stanie zrobić kilometra, znajdywanie sposobu na bóle w biodrach, przykurcze uda… Żadnych lekarzy, fizjoterapeutów. Nie stać mnie, a NFZ to mit. Zresztą brak mi czasu na wystawanie w kolejkach do rejestracji od 5tej rano, a nawet gdy… zwykle przegapiałem termin wizyty umówionej po trzech-pięciu miesiącach. Nauczyłem się słuchać własnego organizmu i odpowiadać na jego potrzeby tak jak umiem. I mimo to, powoli dochodzę sześćdziesiątki, a kondycja wciąż rośnie, wciąż zdobywam nowe życiówki.
    Bicie stopą o asfalt kilkadziesiąt tysięcy razy, mimo haluksów, zrostów po operacji stopy, pęcherzy w skutek błędów w doborze butów czy skarpet… Tak, to jest cierpienie o którym Marcin tak ładnie i przewrotnie pisze. Ale czy biegam, bo to lubię? Nie sądzę. Wolałbym tego wszystkiego nie znosić. Biegam, bo widzę, póki co, więcej korzyści niż skutków negatywnych. Bo ciągle mam progres w statystykach Endomon**, żeby nie reklamować 😉 .
    I tego wszystkim biegającym życzę, w szczególności z okazji Wielkanocy.

    Z pozdrowieniami dla Antoniego i spółki od biegaczy i rowerzystów ze Stargardu.

  7. Coś w tym jest. Po latach biegania zaczełam tego nie lubić. Kiedy inni idą spokojnie do domu, ja wciagam w firmowym kiblu spodnie, buty itd i ruszam na ściezkę. Kiedy inni śpią, ja już robię interwały. Ciągle jestem głodna i niewystarczajaco nawodniona.
    Chciałabym, tak jak teraz czyli w czasie Świąt, poleżeć, posiedziec, najeść się i znów posiedzieć.
    Ale nie – starty się same nie pobiegają a ja jestem z siebie dumna i chcę jeszcze.
    Kompletny brak logiki! 🙂

  8. W ostatnią sobotę miałem dychę. Strasznie cierpiałem. Na trzecim km zacząłem sobie poważnie zadawać pytanie, czy to cierpienie jest koniecznie mi do czegoś potrzebne?
    No i co. Jaka odpowiedz…
    Nie wiem. Dobiegłem do końca dalej cierpiąc. Nie rozumiem tego! Dzięki za artykuł.

    P.S. Komentarze polityczne i polityczno-religijne są niepotrzebne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger