Odchodzi Mo Farah, nadchodzi Mohamed

Autor: Marcin Nagórek • 31.08.2017
Mo Farah w Muzeum Figur Woskowych Madame Tussaud. Fot. PAP

Mo Farah w Muzeum Figur Woskowych Madame Tussaud. Fot. PAP

Mo Farah, najlepszy długodystansowiec ostatnich dziesięciu lat, kończy karierę na bieżni i bierze się za maratony. Odtąd ma być nazywany pełnym imieniem – Mohamed, co ma symbolicznie zamknąć epokę „Mo”, związaną ze startami na stadionie.

Rok 2017 zamknie się jako trudny dla światowej lekkiej atletyki. Z biegania stadionowego rezygnuje dwóch największych mistrzów – Usain Bolt w sprincie i Mo Farah w biegach długich. Do tego mamy bezkrólewie na 800 metrów, gdzie kontuzjowany jest rekordzista świata, Kenijczyk David Rudisha. Jedynym pocieszeniem, szczególnie dla brytyjskich kibiców, jest fakt, że Farah nadal będzie startował, do tego częściej w Wielkiej Brytanii, próbując podbić biegi uliczne w takim samym stopniu jak stadion.

Mo Farah, a w pełnym brzmieniu sir Mohamed Muktar Jama Farah, zdobył na stadionie sześć tytułów mistrza świata na 5000 i 10 000 metrów, do tego cztery złote medale olimpijskie na tych samych dystansach. Dodatkowo wywalczył dwa srebrne medale mistrzostw świata, które uważa za porażki. Pierwsza zdarzyła się na początku wielkiej kariery, w 2011 roku w koreańskim Daegu. Farah przegrał na finiszu wyścig na 10 000 metrów z Etiopczykiem Ibrahimem Jeilanem. Dwa lata później ściganie na ostatniej prostej powtórzyło się podczas mistrzostw w Moskwie, ale tym razem lepszy był Brytyjczyk. Jeilan został mistrzem i wicemistrzem świata na 10 000 metrów i po dwóch sezonach znikł w odmętach historii. Farah ściga się nadal.

W tym roku Mo Farah zaplanował piękne zwieńczenie kariery – dwa złote medale podczas mistrzostw świata w Londynie, honorowe okrążenia wśród 60 tysięcy fanów, całusy, autografy, wizyty w zakładach pracy i jeszcze większe rozepchanie swej pozycji marketingowej na rodzimym, brytyjskim rynku, gdzie już teraz jest gwiazdą. Rywale niestety zepsuli te plany, mimo że organizatorzy zaplanowali układ konkurencji tak, aby Farah miał pełen komfort startu. Bieg na 10 000 metrów rozegrano pierwszego dnia, 5000 metrów na samym końcu, zostawiając Brytyjczykowi tydzień na odpoczynek. Dyszka okazała się jednak piekielnie mocna, a Farah zwyciężając w czasie 26:49,51, otarł się o rekord mistrzostw, należący do samego rekordzisty świata, Etiopczyka Kenenisy Bekele (rekord mistrzostw to 26:46,31). Rywale nie dali rady rzucić Mo na kolana, ale już tego pierwszego dnia było pewne, że regeneracja po tak mocnym wyścigu będzie trudna.

Eliminacje piątki Farah przebrnął na luzie, ale w finale było ciężko. Bieg okazał się przerażająco wolny, dzięki czemu na finiszu wszyscy faworyci byli gotowi do sprintu i nie dali Farahowi rozegrać biegu po swojemu, z prowadzeniem na ostatnich 600 metrach. Najpierw zaatakował Etiopczyk Yomif Kejelcha, a Farah ruszył za nim. Atak był jednak tak mocny, że na ostatnie okrążenie Brytyjczyk nie dał rady wejść na prowadzeniu, jak to zwykł czynić. Kejelcha nie dociągnął do mety tym tempem, usztywnił się na finiszu i zajął dopiero czwarte miejsce, ale uniemożliwił zwycięstwo Farahowi. Drapieżny atak Kejelchy skontrował tylko rodak, Muktar Edris, a Farah wbiegając na ostatnie okrążenie, był dopiero na trzeciej pozycji i tracił dystans. Dobiegł tak do ostatnich 100 metrów, tam rzucił na szalę resztkę energii i wyprzedził Kejelchę, ale nie dał rady dogonić Edrisa. Z tyłu bardzo agresywnie finiszował jeszcze Amerykanin Paul Chelimo, który omal nie przegonił Faraha.

Na mecie Brytyjczyk padł na tartan i zalał się łzami. Wymarzone pożegnanie się nie udało, zamiast dwóch złotych medali był złoty i srebrny. Mimo to Farah jest najbardziej utytułowanym biegaczem biegów długich na stadionie w historii. Jedyny zarzut, jaki mu się stawia od strony sportowej, dotyczy braku szybkich biegów. Mo zebrał cały worek medali, ale nie ma na koncie żadnego rekordu świata, poza nic nie znaczącym wynikiem w biegu na dwie mile. Ba, do rekordów się nawet nie zbliżył.

Mo Farah zwycieza na 5000 m w Prefontaine Classic w Eugene Fot Getty Images 475203534

Powody zakończenia kariery na bieżni są dość oczywiste i sierpniowe mistrzostwa świata pokazały je wyraźnie. Farah ma już 34 lata i nie może w nieskończoność utrzymać dyspozycji szybkościowej. Jego sukcesy opierają się na rozsądnej taktyce, a potem agresywnym finiszu. Zwycięstwa, które odnosił, nie były zdecydowane – urywał się rywalom na metr, dwa, kilka, wygrywając o ułamki sekund. Nawet przy perfekcyjnym rozegraniu jest pewne, że w końcu pojawi się ktoś młodszy, szybszy. Zaletą Brytyjczyka była zabójcza prędkość – jest przecież rekordzistą Europy na 1500 metrów – ale z roku na rok jest mu ją ciężej utrzymać. W przyszłym roku nie ma mistrzostw świata ani Igrzysk, następna duża impreza ma miejsce dopiero w w 2019, kiedy Farah będzie miał 36 lat. Szansa, że do tego czasu utrzyma formę sprinterską, jest minimalna.

W tle pojawia się jak zwykle aspekt życiowy. Mo Farah ma żonę i czwórkę dzieci, a tryb życia wyczynowego sportowca wymaga od niego ciągłych wyjazdów. Chciałby więcej czasu spędzać w domu i mają mu to umożliwić starty w maratonach. Podstawową formę można utrzymać, trenując u siebie, wyjazdy będą konieczne tylko w ostatnich tygodniach przed startami. A samych biegów będzie mniej, część z nich to pewnie ustawki, gdzie organizatorzy nie zaproszą zbyt mocnych rywali. Taki był pożegnalny start Faraha w Wielkiej Brytanii, zaraz po mistrzostwach świata. Zwycięstwo na 3000 metrów w Birmingham było zdecydowane, ale odniesione w warunkach mocno zubożonej konkurencji. Podobnie zresztą zapowiada się wrześniowy bieg Brytyjczyka w półmaratonie Great North Run, gdzie ma odnieść czwarte zwycięstwo z rzędu. Brak mocnych rywali dla Faraha to cecha charakterystyczna tego biegu. Gdy kilka lat temu organizatorzy zaprosili Kenenisę Bekelę, który wydawał się być w kryzysie i bez formy, ów spłatał brzydki figiel i zwyciężył uwielbianego Mo. Z drugiej strony, ostatni start w ogóle na bieżni, który odbył się na 5000 metrów w Zurychu, Farah wygrał, rewanżując się Edrisowi.

Tam gdzie złoto, jest i doping?

Spora część stadionowej kariery Brytyjczyka odbywała się w warunkach ostrzału prasy i oskarżeń o doping. Nigdy nie znaleziono przekonującego argumentu, ale część oskarżeń jest zastanawiająca. Zaczęło się od samego faktu, że Farah zaczął zwyciężać późno. Jeszcze w roku 2010, w wieku 27 lat, był tylko lokalną, brytyjską gwiazdą, odnoszącą sukcesy w mistrzostwach Europy, ale nie na świecie. W mistrzostwach świata w 2009 był dopiero 7. w biegu na 5000 metrów, a w 2010 został zmiażdżony przez afrykańskich kolegów w przełajowych mistrzostwach świata – dobiegł do mety dopiero na 20. miejscu. Zaczął jednak współpracę ze słynnym przed laty maratończykiem, Amerykaninem Alberto Salazarem, w ramach Oregon Project, ufundowanego przez firmę sportową Nike. Niespodziewanie z drugoligowego gracza stał się dominatorem, co w tak zaawansowanym wieku praktycznie się nie zdarza. Salazar tłumaczy to treningiem siłowym i bardziej profesjonalnym podejściem, ale sam od kilku lat jest pod ostrzałem prasy. Zarzuca mu się działanie w „szarej strefie” – z wykorzystaniem praktyk, które nie są zabronione w sporcie, ale wydają się mocno nieetyczne. Należy do nich wykorzystywanie zezwoleń lekarskich, stosowanie hormonów tarczycy, próby podnoszenia poziomu testosteronu końskimi dawkami witamin czy wstrzykiwanie do mięśni substancji w rodzaju l-karnityny.

Alberto Salazar Mo Farah Galen Rupp Getty Images

Alberto Salazar Mo Farah Galen Rupp Getty Images

Wobec grupy Salazara od kilku lat toczy się śledztwo, jest możliwe, że zarzuty się nie potwierdzą, ale Farah w ostatnich sezonach coraz wyraźniej dystansuje się od trenera. Obecnie już oficjalnie zakończył z nim współpracę. Trudno powiedzieć, na ile są to prawdziwe słowa, na ile podpowiedzi marketingowców z Nike, którzy wykreowali markę” Mo”. Pewna marketingowa płytkość czy też nieszczerość Faraha była widoczna od dawna. Choćby samo skrócenie imienia – ze źle kojarzącego się Mohameda na Mo – to nic innego jak próba wmówienia odbiorcy, że Farah wcale nie jest z pochodzenia pół-Somalijczykiem i muzułmaninem. Od czego Farah obecnie sam się dystansuje, mówiąc, że przestaje być „Mo”, a zaczyna Mohamedem i będzie startował pod pełnym imieniem. Kiedy złapano Brytyjczyka na współpracy z trenerem Jamą Adenem – mocno kontrowersyjnym i obecnie też oskarżanym o doping – stwierdził, że właściwie go nie zna i spotkali się przypadkiem. W cyfrowym świecie nic jednak nie ginie i szybko wyciągnięto, że we własnej autobiografii Farah pisze o Adenie jako o przyjacielu, poza tym fotografowali się razem na obiadach i treningach, a sam Mo jeździł do niego specjalnie na treningi do hiszpańskiego Sabadell.

Trochę słabo brzmi wypieranie się najpierw jednego, potem drugiego trenera, podobnie jak kolegi z bieżni, z którym chodził na wspólne obiady. Po złapaniu go na dopingu Farah stwierdził, że właściwie to go nie zna. Podobnie było z partnerem treningowym w Kenii, nagranym na kupowaniu EPO – Mo stwierdził, że tylko przypadkiem zatrudniał człowieka jako swojego prywatnego „zająca”. Trudno oprzeć się wrażeniu, że dystansowanie i wypieranie to próby marketingowego wybielania wizerunku. Możni sponsorzy nie mogli pozwolić, że marka „Mo” kojarzyła się z czymkolwiek nagannym, więc wszelkie negatywne zjawiska, które zostają nagłośnione, są natychmiast wycinane i odsuwane od zawodnika. Brzmi to jednak mało wiarygodnie, skoro zastrzyki Salazara i trening z nim nie przeszkadzały Farahowi latami, a gdy zostały nagłośnione w prasie, nagle okazało się, że on nic nie wie, nikogo nie zna i – można rzec – tylko przypadkiem znalazł się w okolicy. Nigdy nie złapano Faraha ani na dopingu, ani nawet na jakimkolwiek nagannym postępowaniu, ale pojawiały się wokół niego zastanawiające okoliczności. Poza powyższymi – także dwa przypadki uniknięcia testów antydopingowych w latach 2010 i 2011. Być może to tylko nadgorliwość prasy, a może – jak mówią niektórzy – tam, gdzie się dymi, jest i ogień? Pewnie nigdy się tego nie dowiemy.

Poza tym wszystkim Farah jest po prostu znakomitym biegaczem, umiejącym do maksimum wykorzystać własne atuty. Okazał się niesłychanie uniwersalny, równocześnie dzierżąc tytuły rekordzisty Europy i na 1500 metrów, i w półmaratonie – połączenie, jakiego przed nim nie dokonał nikt. Trudno jednak powiedzieć, czy to oznacza sukcesy maratońskie. Farah ma za sobą już jedno podejście do maratonu, dość nieudane. W 2014 pobiegł maraton w Londynie, a jego otoczenie rozpuszczało pogłoski, że ma zamiar rozprawić się z barierą dwóch godzin. Skończyło się na zimnym prysznicu, zaledwie 8. miejscu i czasie 2:08:21. Farah skasował ogromne pieniądze za start, mówiło się nawet o milionie funtów, a nie był w stanie nawet poprawić wieloletniego rekordu Wielkiej Brytanii Steve’a Jonesa – amatora z lat osiemdziesiątych XX wieku, który nie tylko nie miał własnego działu marketingu ani trenera od przygotowania siłowego, ale godził treningi z pracą jako mechanik silników lotniczych.

Odejście od bieżni jest więc nieco wymuszone, a Mo próbował zejść ze sceny na szczycie. Nie do końca się to udało, a czas pokaże, czy bieganie maratonów będzie sukcesem sportowym czy tylko intratną emeryturą i odcinaniem kuponów od sławy. Niewątpliwie Mo Fraha jest jednym z najlepszych długodystansowców w historii, niektórzy uważają wręcz, że najlepszym. W maratonach Brytyjczyk spotka się jednak z rywalami, którzy osiągnęli o wiele więcej od niego, mają doświadczenie i sukcesy na ulicy, a do tego ich życiówki z bieżni są wyraźnie lepsze od jego. To przede wszystkim Kenijczyk Eliud Kipchoge oraz rekordzista świata na 5000 i 10 000 metrów, Etiopczyk Kenenisa Bekele. Może się jednak okazać, że nawet młodzi, nieznani zawodnicy pobiją mistrza na ulicy – wszak w niedawnych mistrzostwach świata w półmaratonie Farah był dopiero trzeci. Jedno jest pewne – to koniec pewnej epoki na bieżni. Odchodzi Mo, zwyciężający na finiszu, nadchodzi Mohamed Farah, biegacz uliczny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *