Jak pijane dziecko we mgle, czyli BUT Challenge Self-supported [RELACJA]

Beskidy Ultra Trail 2014 Fot. Jan Kraus 06

Fot. Jan Kraus; jankraus.pl

W czwartek 2 października w ramach imprezy Beskidy Ultra Trail wystartował 260-kilometrowy Challenge Self-supported – takiej formuły na polskiej scenie ultra jeszcze nie było. O swoim udziale w imprezie opowiada Rafał Bielawa, a dyrektor zawodów – Michał Kołodziejczyk – opowiada, co udało się zmienić na lepsze.

Ultramaraton Beskidy Ultra Trail proponował w tym roku 3 trasy: 60 km, 90 km oraz 260 km – Challenge Self-supported. Ta ostatnia była wyzwaniem, którego podjęło się niewiele śmiałków – wystartowało tylko 11 osób, sami mężczyźni. Takiej formuły jeszcze u nas na biegach ultra nie było: uczestnicy dostali mapy i ślad GPS, ale nic poza tym. Jeśli chcieli na trasie coś jeść lub pić – musieli nieść to na plecach lub trafić do otwartego schroniska. Nie mogli liczyć na wsparcie organizatora w tym zakresie. Trasa nie była oznakowana. Ukończyć challenge udało się tylko jeden osobie – Węgier Balint Orsi zrobił to w czasie 62 godz., 52 min i 46 s.

O AUTORZE RELACJI:
Rafał Bielawa pochodzi z Kaszub. Jego pasją jest fotografia. Ale sport także zawsze zajmował ważne miejsce w jego życiu. Po latach gry w koszykówkę w 2012 roku zdecydował się spróbować innej dziedziny sportu, biegania. W swojej krótkiej karierze ukończył już wiele ważnych biegów – poza maratonami (m.in. Warszawa, Dębno, Koszyce) biega głównie biegi górskie (Bieg Rzeźnika, Bieg Siedmiu Szczytów, Bieg Siedmiu Dolin) czym wywojował sobie między innymi tytuł Twardziela Świętokrzyskiego w marszobiegu na 100 km.

Beskidy Ultra Trail, w skrócie BUT, to jedna z tych imprez, których nie trzeba specjalnie przedstawiać. To jedna z najdłuższych biegowych rywalizacji w kraju, walcząca o prymat tej naj, naj z Biegiem 7 Szczytów. Niestety zeszłoroczna edycja odbiła się dość negatywnym echem wśród ultrasów, więc nie dziwiło nieco mniejsze zainteresowanie w tym roku.

Z pewnym zawodem odebrałem małą frekwencję i jedynie cztery opłacone starty. To nie mogło się udać. Chcąc jednak rozwiać wszelkie wątpliwości, zapytałem organizatorów, czy bieg się odbędzie.

Szybka odpowiedź: TAK! Tym razem jednak inna formuła, bez opłaty wstępnej, ale także bez jakiegokolwiek wsparcia na trasie. Po otrzymaniu tej wiadomości na twarzy pojawił się taki uśmiech, że bałem się, że ten grymas zadowolenia będę musiał usuwać chirurgicznie z twarzy. Jeszcze szybki telefon do kolegi Kamila i wspólna decyzja o starcie. Cieszyłem się jak dzieciak, to miała być wspaniała zabawa i do tego poprowadzona w nieproponowanej na żadnych zawodach trudności.

Ostatnie odliczanie

W Szczyrku przywitała nas grupa organizatorów, wsparta Pokojowym Patrolem, było wesoło i sympatycznie. Ostatnie przymiarki, plecaki spakowane i czas na odprawę. W miłej, domowej atmosferze wsłuchiwaliśmy się w opowieść Michała na temat trasy. Jednym z najistotniejszych punktów miało być schronisko na Wielkiej Czantorii z pysznym i do tego tanim… czeskim piwem.

Wyposażeni zostaliśmy w nadajniki GPS, dzięki czemu można było nas łatwo namierzyć, a także… obudzić, gdyby zacny trunek zatrzymał nas na nieco dłużej. Jeszcze tylko ostatnie wskazówki, łapanie sygnału na zewnątrz i mogliśmy udać się na start!

Ruszyła maszyna

Ruszyliśmy z dziewięciominutowym opóźnieniem, ale co to dla cyborgów. Chciałoby się zaśpiewać: „Było nas trzech…”, tak naprawdę dziesięciu, chociaż później okazało się, że całkowita lista startujących zamknęła się w jedenastu. Początek spokojny, nikt nie chce ruszyć za mocno. Na czele znaleźli się Laszlo i Balint, ja z Kamilem za nimi i tak do Skrzycznego. Już tam mogliśmy zauważyć, że organizacyjnie miał być to perfekcyjnie przygotowany wyścig. Challenge miał być dziki, miał być mega trudny i… taki był. Organizatorzy postarali się o wszystko z najwyższej półki. Była mgła gęsta jak śmietana, z widocznością do czubka wyciągniętych palców, było chłodno, deszczowo, było błoto, były mokradła i bagna, były szlaki zmienione w rzeki, był przeszywający na wskroś wiatr. Jednym słowem wszystko, co lubią wariaci. I to wszystko za DARMOCHĘ!

Gdy wracaliśmy na Skrzyczne, ktoś włączył tam mgłę tak gęstą, że zgubiliśmy się na tyle skutecznie, iż zbiegliśmy ze szczytu jako ostatni. Co tam, to dopiero początek, spokojnie ruszyliśmy dalej. Dogoniliśmy czołówkę i sami zaczęliśmy prowadzić tę całą karawanę. Najtrudniejszym elementem było trzymanie się trasy. Kamil wpatrywał się w mapę, ja czytałem opis. Rwane tempo było nieco męczące, ale stale parliśmy do przodu. Gdzieś nad ranem dobiegł do nas Laszlo, my spokojnie za nim do pierwszego punktu, czyli Brennej. Tam postanowiliśmy złapać kilka minut snu, zegar ustawiony na 15 minut – Gosia i Kuba nie dali nam nawet minuty więcej. Szybka kawa i do przodu. Taka odrobina snu, a postawiła nas na nogi. Ruszyliśmy do przodu, połykaliśmy kolejne kilometry. W schronisku na Równicy spotkaliśmy Laszlo, który chciał pobiec w złym kierunku, pokazaliśmy właściwy kurs i jazda. Ustroń pojawił się tak szybko, że byliśmy mocno zaskoczeni. Czuliśmy się super, uśmiechy, pogawędki i wsłuchiwanie się w ostatnie wyczyny Kamila, który trzy tygodnie wcześniej skończył wyścig z bagatela 330 km na liczniku i 25 tys. metrów przewyższeń – Alpy mają moc.

Później Wielka Czantoria i przepyszna czekolada na gorąco z bitą śmietaną. Oj palce lizać. My na słodko, a węgierski kompan Balint raczył się pysznym piwem. Z pozoru to nie nam miało zakręcić się w głowie, ale stało się właśnie odwrotnie. Jakieś złe duchy powiedziały nam, że biegniemy w złym kierunku i powrót do schroniska. Biegaliśmy w tę i z powrotem – wariactwo. W końcu ustaliliśmy jednak azymut i dalej już bez szaleństwa, zdobywając kolejne szczyty. Często dochodziło do zabawnych sytuacji, które toczyły się równolegle w naszych myślach. Tak np. było z Wielkim Stożkiem – wchodzimy i wchodzimy przekonani o tym, że to wcześniejsza górka, czyli Stożek Mały, jednocześnie bijąc się z myślami, że skoro ten jest mały, to co będzie za chwilę. Na szczycie oboje się roześmialiśmy, widząc napis z nazwą wyższej góry. Droga zaczęła się nieco dłużyć. Zatrzymaliśmy się w Schronisku na Przysłopie zamówiliśmy sobie po pomidorowej i… utknęliśmy w kolejce do baru za silną grupą ratowników GOPR-u. Straciliśmy tam kilkadziesiąt minut, jednocześnie zmieniając się z Balintem.

Beskidy Ultra Trail 2014 Balint Orsi Fot. Michał Unolt 01

Rafał Bielawa (po prawej) wcina na trasie gorącą czekoladę z bitą śmietaną. Fot. Michał Unolt

Dobieg do Baraniej Góry, a później na dół w stronę Węgierskiej Górki. Ten odcinek był jakimś dramatem: długie zbiegi, kamienie i asfalt, asfalt i kamienie, bez końca, a przed samą Węgierską Górką jeszcze wspinaczka. Za nami już ponad 100 km, na zegarku już ponad 112 km i nasze plany zaczęły się trochę rozmijać z rzeczywistością. Sporo straconych godzin, problemy z nawigacją, aura nie rozpieszczała, ale przecież nie padał jeszcze śnieg, więc nie było najgorzej. Lecieliśmy dalej. Cały czas w czubie z planem na chwilowy postój w Schronisku na Boraczej, tuż przed budynkiem spostrzegliśmy zielony szlak, który miał nas doprowadzić do czarnego, a dalej ku Rysiance. Niestety błędem było, że nie sprawdziliśmy tego na mapie, ale o tym mieliśmy przekonać się później…

W Boraczej mimo nieczynnego schroniska miła pani nie tylko poczęstowała nas herbatą, napojami, ale też wielkimi, ciepłymi bułami z jagodami – pycha! Tam trzeba wracać! Oszołomieni niebem rozpływającym się w ustach, pobiegliśmy pełną parą w złym kierunku. Moc była z nami, trasa już nie, po kilku kilometrach oczekiwania na czarny szlak w naszych głowach w końcu pojawił się sygnał alarmowy – to zła droga! Jeszcze ktoś zadzwonił i krzyczy, że zgubiliśmy trasę. Wracamy, po raz kolejny zgubiliśmy trasę, kierujemy się na azymut i znowu pojawiamy się przed Schroniskiem w Boraczej, buła z jagodami kusi po raz kolejny. Boimy się jednak deja vu i lecimy dalej. Kolejna noc zaczyna się już pięknie rozwijać, a nam już po prostu chce się spać, może nawet nie tyle nam, co mi.

Mgła otacza nas zewsząd, to jest ściana, po 10 metrach nie widać już czołówki. Kierując się śladem z zegarka, udaje nam się nie zgubić po raz kolejny. Ten dobry sygnał dał nam kopa do dalszej walki, ale już nie na długo.

Męska decyzja

Wtedy też zaczynamy powoli zastanawiać się nad dalszym planem. Na Miziowej mamy już ponad 150 km, chociaż powinno być ze 20 mniej. Do tego wiemy już, że czeka nas kolejna, trzecia już noc. To chyba za dużo jak dla nas, ponadto z planu na 40 godzin pozostały już tylko marzenia. To będzie dużo więcej, pięćdziesiąt kilka godzin. Nasza silna ekipa już umiera. Tomek dziarsko wbiegł na Czantorię, żeby potowarzyszyć nam przez parę kilometrów, ale niestety kolejna wycieczka biegowa dość mocno odbiła się na jego twarzy. Do tego my także czujemy już powoli w nogach to, co za nami, dziesiątki kilometrów, rwane niemiłosiernie tempo, wymuszone korygowaniem i sprawdzaniem trasy. Wszystko to spowodowało, że w głowach pojawia się myśl: kończymy.

W sumie był to najlepszy moment na skończenie, czuliśmy się jeszcze dobrze. Chodziło o to, aby się nie zajechać do końca, a nie przekraczać linii mety za wszelką cenę. Kolejna noc bez snu odcisnęłaby się na nas już znacznie mocniej, a do tego ta perspektywa zakończenia biegu po 20 godzinach od założeń. Szybka wymiana zdań i cyrograf podpisany: wracamy z Miziowej prosto do Kubalonki.

Do samochodu dotarliśmy uśmiechnięci, zjedliśmy pure ziemniaczane i czas na odpoczynek. Rano śniadanie i… szkoda, że trasa nie biegła gdzieś obok naszego postoju, bo pewnie ruszylibyśmy dalej. Brakowało nam po prostu wypoczynku przed samym startem, chociaż jednej normalnie i spokojnie przespanej nocy. Wybraliśmy się silną grupą na naleśniki, o których marzyliśmy sobie w trakcie rywalizacji.

Pojawiliśmy się jeszcze w biurze zawodów, wymieniliśmy nasze uwagi i dopingowaliśmy Jacka Kocura, zwycięzcę rywalizacji BUT 60, na ostatnich metrach. Spotkaliśmy też innych uczestników challenge’u, którzy – tak jak my – wycofali się z trasy, i wszyscy jednogłośnie zawołaliśmy – tak, to super impreza i świetna formuła, w przyszłym roku też przyjeżdżamy!

Czy dla nas wyścig się skończył? Nie, dopingowaliśmy Balinta, stale sprawdzając jego postępy i cieszyliśmy się, że chociaż jemu się udało skończyć ten morderczy challenge.

Podsumowanie

To była świetna przygoda. Na pewno wrócimy tam za rok, a wszystko wskazuje, że ta formuła przeżyje. Uwagi? To, o czym rozmawialiśmy z organizatorem: po pierwsze godzina startu – przy złożeniu braku wsparcia i pory roku z pewnością lepiej jest zorganizować start nad ranem, a nie w nocy. Do tego zabrakło informacji na temat biegu w schroniskach, przez które biegliśmy. To jednak detale. Z pewnością organizacyjnie była to o niebo lepsza edycja od tej niesławnej zeszłorocznej. Zresztą nie mogło być inaczej, bowiem ta sama ekipa zorganizowała dobrze odebraną i ocenioną Zamieć, więc i tym razem nie powinno być źle. I nie było! Świetna sprawa ze śledzeniem wszystkich uczestników BUT Challenge i wyświetlanie sytuacji na wielkim ekranie w bazie – kinie.  Tam, gdzie Pokojowy Patrol, tam i atmosfera dobra – i ta prawda się powtarza. Dobre duszki biegowych tras i tym razem dały z siebie wiele, aby impreza mogła zostać uznana za udaną.

Moja ocena swojego startu? Sportowo słabo – szkoda, że nie udało się wykonać założeń, a z drugiej strony mądra decyzja od strony zdrowotno-startowej. W końcu to nie ostatni start, a już dzień później czułem się świetnie. Przeżyłem, a w przeciwieństwie do startu w Biegu 7 Szczytów, gdzie zmasakrowałem sobie stopy, tym razem wszystko bez większy szkód. Czasem trzeba powiedzieć pas, aby kolejny raz było lepiej i przyjemniej.

W tym roku jednak na pewno dokończę trasę BUT Challenge, nie lubię rozbabranych do połowy spraw*.

* Autor relacji zapowiedział, że razem z kolegą Kamilem wrócą na trasę BUT260 pod koniec listopada i pokonają drugą część trasy, którą podczas zawodów sobie odpuścili.

Beskidy Ultra Trail 2014 Fot. Jan Kraus 07

Fot. Jan Kraus

 Kilka słów od Kamila Leśniaka 

Pierwszą edycję znam tylko z opowieści znajomych i komentarzy na forach, a było tego dużo. Dużo rzeczy, które były negatywnie opisywane, w tym roku były dobrze zrobione. Nie mówię, że perfekcyjne, bo wciąż było niestety parę niedociągnięć.

Na odprawie zostaliśmy poinstruowani, jak mamy biec i na co mamy uważać w czasie biegu. Organizator zapewnił mapę biegu, która była czytelna. Mi to wystarczyło, ale dodatkowo dostaliśmy jeszcze opis biegu. Więc widać, że organizatorowi bardzo zależało, żeby każdy trafił do mety bez zbędnych kilometrów. Niestety nie obyło się bez drobnych zaginięć na trasie. W moim przypadku powodem było raczej zagapienie się i mgły, a nie złe oznaczenie. Były też momenty mylące, ale jak ktoś był na odprawie i słuchał, ten zapewne się nie zawahał, którędy biec. Przez mgłę musiałem wyciągnąć mapę, która mi w paru przypadkach pomogła.

Jeżeli chodzi o punkty żywieniowe, to w tym roku zagrało: wszystkie były utworzone na trasie biegu. Tylko w jednym miejscu trzeba było dobiec do budynku, ale jeszcze raz powtórzę: jak ktoś był na odprawie, ten wiedział i chyba było to też uwzględnione w opisie trasy. Co do punktów kontrolnych czy też odżywczych mam mieszane uczucia. Ja miałem pecha, bo biegłem przez większość trasy w czubie stawki. Przez to na kilku punktach nie załapałem się na ciepłą herbatę, bo… woda się jeszcze gotowała. Nie załapałem się też na swój przepak, który był oferowany tylko jeden na całej trasie. Bolało mnie to bardzo, bo mając kryzys od paru kilometrów myślałem tylko o nim. Myślałem o moich suchych butach, o pysznej kiełbasce, o Coli. Mógłbym to dostać, gdybym poczekał 15 min… Dostaliśmy dużą butelkę Pepsi na pocieszenie. Rozbiło mnie to totalnie. Okej, były też pozytywy. Gotowane ziemniaczki – po prostu niebo w gębie! Do smacznych bułek się przyzwyczaiłem – a nie wszędzie są, tutaj były!

Ogólnie: fajnie, że było kameralnie. Może to przez cień pierwszej edycji, ale to było po prostu fajne. Dzięki temu z każdym można było pogadać. Ciekawy buff w pakiecie – na razie się z nim jeszcze nie rozstaję. Sama trasa jest prowadzona przez śliczne zakątki… No, ale które góry nie są piękne o wschodzie słońca? Dużo osób może narzekać na krzaczory i potoki, ale ja się tam nieźle bawiłem! Myślę, że teraz BUT będzie coraz lepszą imprezą – jest potencjał.

Kamil Leśniak zajął 3. miejsce na dystansie 90 km, ale wystartował w roli „zająca” dla kolegi.

Beskidy Ultra Trail 2014 Fot. Dorota

Kamil Leśniak walczy na trasie. Fot. Dorota Maka
ROZMOWA Z DYREKTOREM BESKIDY ULTRA TRAIL – MICHAŁEM KOŁODZIEJCZYKIEM

Najdłuższą trasę wydłużyliście jeszcze bardziej (do ok. 260 km) i znacznie zmieniliście jej formułę. Jak ta formuła wyglądała i przed czym ta zmiana miała Was – organizatorów – uchronić?

Zmiana nie miała nas przed niczym uchronić. Zdecydowaliśmy się na nią, kiedy okazało się, że liczba uczestników jest za mała i impreza będzie katastrofą finansową. Nie chcieliśmy jednak zawieść tych uczestników, którzy być może trenowali jakiś czas właśnie na nasze zawody, poczynili jakieś plany itp. Wprowadziliśmy zatem niestosowaną jeszcze w Polsce formułę zawodów self- supported, czyli: my wymyślamy trasę, dajemy mapkę i ślad GPS, zapewniamy start, metę oraz możliwość śledzenia postępów zawodników za pomocą trackerów GPS. Uczestnicy sami martwią się o wyżywienie, odpoczynek i o siebie. I co najważniejsze – płacą tylko za trackery GPS.

Ile osób ukończyło BUT 260 Challenge Self-supported?

W tym roku z 11 startujących ukończyła go jedna osoba. Wszyscy zadeklarowali chęć ponownego startu w przyszłym roku.

Zawody się już skończyły. Jak oceniasz tę zmianę dotyczącą najdłuższej trasy? To lepsza formuła? Czy wciąż jest coś do poprawy? Jak będzie za rok?

W opinii zawodników i mojej jest to zecydowanie zmiana na lepsze. Po pierwsze zawody z założenia miały być najtrudniejszymi tego typu zawodami w Polsce. Teraz poziom trudności wzrósł jeszcze bardziej, a przez to po pierwsze przyciągają bardzo specyficzną grupę ludzi – tych, którzy dokładnie wiedzą, co robią, a po drugie zawierają w sobie coś co mnie osobiście najbardziej pociąga w ultra – czyli element przygody, niepewności i nieprzewidywalności. Tutaj nie ma pewniaków, bo za dużo jest czynników, które mogą przesądzić o tym, kto pokona trasę, a kto nie. Dlatego zresztą BUT260 nie ma kategorii, miejsc itp. Dajemy tylko nagrodę za zwycięstwo – wszyscy inni, którzy ukończą, to i tak prawdziwi herosi. Oczywiście uciekamy też od nagród finansowych, bo w mojej opinii te psują nastrój imprez ultra.

Jeśli chodzi o poprawy, to po konsultacjach z zawodnikami w zasadzie wyszła tylko jedna rzecz – zaczniemy rano – wtedy zawodnicy będą wypoczęci i zaczną zabawę „do dnia”. Myślę też, wzorem Hardrocka, o wprowadzeniu naprzemiennie tras w dwie różne strony (czyli przyszły rok byłby jeszcze trudniejszy), ale to jeszcze do omówienia.

Czemu zrezygnowaliście z jednej z tras – BUT150?

Trasa 150 km nie odbyła się, bo to właśnie ona powodowała najwięcej problemów w zeszłym roku. Przez nią niektóre punkty odżywcze musiały być otwarte ponad 24 godziny! Poza tym to taka trasa o niczym. Zastanawiamy się na klasycznym dystansem stu mil i już nawet mam taką trasę, ale to również kwestia pod rozwagę.

W ubiegłym roku w dużej mierze zawiedli ludzie – wolontariusze, którzy nie dojechali, współpracownicy, partnerzy imprezy. Teraz było lepiej? Zmieniliście jakoś zasady „zarządzania zasobami ludzkimi”?

Wolontariusze to esencja naszych zawodów. To oni tworzą atmosferę, ciepło i są sercem tej imprezy. W ciągu roku dogadaliśmy z nimi zasady współpracy i wszystko zadziałało jak w zegarku.

Jakie jeszcze poprawki udało się w tym roku wcielić w życie?

Trasa była znakowana, zawodnicy dostali mapy, opis trasy i mogli ściągnąć track GPS ze strony. Praktycznie nie można się było zgubić. Poprawiliśmy menu i to, co obiecaliśmy, było na punktach. Na każdym punkcie była widoczna i jasna informacja co do dalszego przebiegu trasy, na mecie wiwatowali ludzie i oczywiście były medale oraz różnorodne menu po biegu.

Słyszałeś jakieś opinie uczestników po właśnie zakończonej imprezie?

Z radością mogę powiedzieć, że nie usłyszałem ani jednej złej opinii, a wiele bardzo przychylnych.

Po raz kolejny zadam to pytanie: czy za rok będzie BUT? Szykujecie już kolejne zmiany?

Tak i… może tak, ale to niespodzianka. Teraz już zabieramy się za organizację ZAMIECI.

Beskidy Ultra Trail 2014 Fot. Jan Kraus 05

Fot. Jan Kraus

 WYNIKI: 

 BUT 60 km 

Dystans ukończyło 75 osób.

MĘŻCZYŹNI
1. Jarosław Kocur – 7:03:14
2. Marcin Gwizdak – 7:14:18
3. Tomasz Jadczyk – 7:14:35

KOBIETY
1. Agata Woryna – 8:52:12
2. Weronika Kośniewska – 9:07:55
3. Anna Miller – 9:43:17

 BUT 90 km 

Dystans ukończyło 41 osób.

MĘŻCZYŹNI
1. Remigiusz Rzepka – 11:58:50
2. Artur Przyjemski – 12:04:35
3. Kamil Leśniak – 12:04:36

KOBIETY
1. Sylwia Młodecka – 18:23:29 (jedyna kobieta, która ukończyła ten dystans)

 BUT Challenge 260 km 

Ukończyła jedna osoba: BÁLINT ŐRSI z Węgier. Czas: 62 godz. 52 min 46 s.

Beskidy Ultra Trail 2014 Fot. Jan Kraus 02

Fot. Jan Kraus

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *