Piotr Dymus – pan fotograf od biegaczy

Piotr Dymus w Karpaczu. Fot. Ewelina Supera

Piotrek Dymus przy jednym ze swoich zdjęć z Zimowego Ultramaratonu Karkonoskiego 2015. Wystawa na deptaku w Karpaczu. Fot. Ewelina Supera

„Żeby Ci w życiu do łba nie przyszło przestać robić zdjęcia!!!” – piszą mu na fanpage’u. „Twoje zdjęcia to bajka” – zachwycają się uczestnicy biegów. Dlaczego Piotrek Dymus robi takie fantastyczne zdjęcia? I co robił wcześniej?

Piotr Dymus – sportowiec

W podstawówce lekkoatletyka, potem pięciobój nowoczesny, ale miłości z tego nie było. Wspinał się, jeździł na rowerze, zawsze w tym wszystkim więcej było przygody niż walki o wynik. Aż w 2004 roku, w wieku 28 lat, dowiedział się od znajomego o rajdach przygodowych (adventure racing). Wystartował z kumplem w Lion Winter Challenge na trasie 300-kilometrowej, ale do mety dotarł sam. Związał się z ekipą Napieraj.pl. Pół roku po pierwszym rajdzie wystartował z Krzyśkiem Dołęgowskim w Rajdzie Orła Bielika – zajęli zupełnie niespodziewanie 3. miejsce.

Zawody multidyscyplinarne odpowiadały jego patrzeniu na sport. Zaczął regularnie startować i regularnie trenować, z głową, choć ciągle na czuja, bo podręcznika „Nauka trenowania do rajdów przygodowych w weekend” nie było na rynku. Uwagę zwrócił na niego zespół Speleo – wówczas jeden z najmocniejszych polskich teamów w adventure racingu. Piotr startował w rajdach w sumie przez 7 lat, jeżdżąc średnio na 2, maksymalnie na 3-4 długie (kilkudniowe, wieloetapowe) imprezy w ciągu roku. W sumie ponad 40 ukończonych rajdów. Najdłuższa impreza – Explore Sweden Monster, 2009 rok, ponad 1000 km, 3. miejsce. Ulubione rajdy – grudniowe Abu Dhabi Adventure Challenge (2008, 2009, 2010) – ok. 400 km.

Abu Dhabi Adventure Challenge:

 

Myślę, że w pewnym momencie startowałem za dużo. Po takim rajdzie człowiek jednak dość długo dochodzi do siebie. Może przez to trochę się wypaliłem. Byłem zmęczony rajdami – fizycznie i psychicznie. Chciałem pojechać w góry, poruszać się, ale już bez presji rywalizacji. Rajdy zresztą powoli zaczęły się w Polsce kończyć, ludzie zaczęli się przerzucać na bieganie po górach. Dla mnie zawsze fajniejszą dyscypliną był rower, dlatego nie rzuciłem się na bieganie ultra. Ruszam się oczywiście cały czas – to dla mnie naturalne.

Piotr Dymus – fotograf

A na długo przed rajdami była fotografia. Nie na odwrót. W wieku 20 lat Piotrek stwierdził, że ma ochotę robić zdjęcia. Poszedł na kilka kursów fotograficznych, cykał zdjęcia na wyjazdach, takie miał hobby. Ale się skończyło, bo zaczęły się rajdy. A jak rajdy się skończyły, to wróciła fotografia. W 2011 roku (zwróćmy uwagę, że to całkiem niedawno!) Piotrek kupił sobie porządny aparat cyfrowy.

Wiedziałem, że chciałem nim robić zdjęcia na jakichś zawodach sportowych, ale nie do końca wiedziałem jak, po co i dlaczego…

Piotr Dymus – fotograf sportowy. Czas na wywiad!

Fotografia sportowa to wynik dawnych sentymentów?

– Środowisko sportowe znam od podszewki. Fotografia sportowa stała się więc dla mnie naturalnym połączeniem dwóch wcześniejszych zainteresowań. Zacząłem jeździć na imprezy sportowe z aparatem, pierwsze publikacje były dla miesięcznika „Bieganie”. To już zaczęło mieć znamiona zawodu, bo wcześniej nie myślałem, że mógłbym zająć się fotografowaniem zarobkowo. Choć nadal nie było to moje jedyne i główne zajęcie – wciąż pracowałem przede wszystkim w handlu międzynarodowym. To trwało prawie do końca 2013 roku, więc tak naprawdę fotografia jako główne zajęcie to u mnie dość świeża sprawa.

Czyli udało się zostać zawodowym fotografem. Łatwo przyszło?

– Gdyby to była tak prosta rzecz, zarabiałbym wyłącznie na robieniu zdjęć już od dawna. Na pewno sporo czasu poświęciłem na doskonalenie warsztatu, zdobywanie wiedzy, bo nie czułem się gotowy na to, żeby od początku wejść odważnie na rynek i uważać się za fachowca. Poza tym zawód fotografa to nie taka bułka z masłem – prasa drukowana jest od jakiegoś czasu w gorszej formie, redakcje raczej nie zatrudniają etatowych fotografów, wynagrodzenia są niskie, a dostępność sprzętu jest duża. Ludzie za dotacje unijne kupują sobie profi aparaty, a potem za 100 zł robią zlecenia warte dużo więcej.

Ta zmiana – skupienie się na fotografii – to była trudna decyzja, przede wszystkim z ekonomicznego punktu widzenia. Miałem wątpliwość, czy będę się w stanie utrzymać. I wiedziałem, że oprócz zleceń dla „Biegania” będę musiał patrzeć szerzej.

I co wymyśliłeś?

– Jakoś naturalnie zaczęło się jeżdżenie na imprezy biegowe i robienie na nich zdjęć. Najpierw jeździłem z Magdą i Krzyśkiem Dołęgowskimi – robiłem im zdjęcia na dużych, zagranicznych imprezach ultra, bardzo widowiskowych (np. Gore-Tex Transalpine Run). Dzięki temu miałem zbudowane całkiem niezłe portfolio. Ludzie mogli oglądać moje zdjęcia i organizatorzy biegów zaczęli się do mnie zgłaszać ze zleceniami, do innych ja sam się zgłaszałem.

Gore-Tex Transalpine Run 2012. Fot. Piotr Dymus

Gore-Tex Transalpine Run 2012. Fot Piotr Dymus

Co z twoimi umiejętnościami i wiedzą? Wystarczało zbierane na imprezach doświadczenie czy próbowałeś się cały czas dokształcać?

– Wiedziałem, że na pewno nie chcę kończyć szkoły fotograficznej, bo już ten etap początków miałem za sobą. Szkoda mi było czasu na przedmioty niezwiązane z dziedziną fotografii, którą wybrałem. Chciałem robić kursy profilowane, odpowiadające temu, czym się zajmowałem. Nawet nie ściśle związane z fotografią sportową, bo ta jest tak naprawdę odłamem fotografii reportażowej. Umiejętności techniczne zdobywałem sam, po prostu robiąc zdjęcia. Zależało mi bardziej na kursach, które nauczą mnie patrzenia obrazem, myślenia nie tylko o biegnących zawodnikach, ale też o jakichś interakcjach, reakcjach ludzi znajdujących się w pobliżu, dostrzegania ciekawych sytuacji. Takich smaczków, które nie są typowe dla fotografii sportowej, ale towarzyszą fotografii reportażowej. Na przykład biegnie zawodnik, a obok przechodzi ktoś z kiełbaską na talerzu.

Rzeczywiście wśród twoich zdjęć z imprez ultra jest sporo takich, na których ktoś przejeżdża obok biegacza furmanką, jakaś wiejska baba podpiera się pod boki czy pasterz pilnuje swoich owiec, a biegacz jest tylko dodatkiem, nie jest głównym bohaterem kadru.

– No właśnie. Czasem w kadr wchodzą przypadkowi ludzie (nie zawodnicy) i musisz sobie zadać pytanie: czy traktujesz tych ludzi jako intruzów psujących kadr, czy czekasz, aż zadzieje się z nimi jakaś ciekawa interakcja. Możesz oczywiście zrobić zdjęcie, na którym to biegacz będzie ostry, na pierwszym planie. Ale możesz też ująć kadr, w którym biegacz, choć wyraźnie obecny, będzie tylko tłem. I to też jest ciekawe, a czasami nawet ciekawsze.

Łemkowyna Ultra Trail 2014. Fot. Piotr Dymus

Łemkowyna Ultra Trail 2014. Fot. Piotr Dymus

A czy to, że wcześniej zajmowałeś się rajdami przygodowymi, jakoś ci pomaga w robieniu zdjęć na imprezach sportowych?

– Ważny aspekt – choć zupełnie niefotograficzny – to po prostu kondycja fizyczna. I zamiłowanie do chodzenia po górach. Dzięki temu jako fotograf na górskiej imprezie ultra mam dużo łatwiej niż jakikolwiek inny pan z aparatem. Można być świetnym fotografem sportowym, ale na stadionie, gdzie siedzisz w miejscu, w bezpiecznej strefie „FOTO”. To nie jest mój żywioł, ja lubię się ruszać. Żeby wspiąć się na górę, uchwycić ultrasów przy promieniach wschodzącego słońca, zwłaszcza taszcząc ze sobą kilkanaście kilogramów sprzętu, trzeba jednak mieć trochę krzepy. Jeśli tam są zawodnicy, to ja też tam muszę być – to jest część gry. Moje fizyczne możliwości mi na to pozwalają.

A jeśli chodzi o patrzenie przez wizjer? To, że wiesz, jak wyglądają zawody z punktu widzenia zawodnika, pomaga ci znajdować lepsze kadry?

– Pomaga mi to patrzeć na całość – wbrew pozorom – mniej emocjonalnie. Bo to, że ludzie przebiegają kilkadziesiąt czy kilkaset kilometrów, nie wywołuje we mnie reakcji „wow”. Po prostu wiem, że ludzie robią takie rzeczy. Oczywiście jest to fajne, może to być dla konkretnej osoby przygoda życia i wyczyn, ale ja skupiam się na swojej robocie i mogę do tego podejść na chłodno.

Adventure Trophy 2010. Fot. Speleo Team

Piotrek podczas nocnego etapu rajdu przygodowego Adventure Trophy (2010 r.), w którym startował w 4-osobowym zespole Speleo. Oczywiście wygrali. Fot. Speleo Team

Wiem, że wkurza cię, kiedy zawodnicy podczas biegu do ciebie machają, szczerzą się.

– Tak, rzeczywiście wolę być niezauważany przez biegaczy. Chociaż na krótszych biegach, 5-, 10-kilometrowych aż tak mi to nie przeszkadza. Z ludźmi śmiejącymi się do aparatu też wychodzą fajne obrazki. Zwłaszcza jeśli jest to atrakcyjna blondynka… To wytniesz, prawda?

Na biegach ultra krajobraz zazwyczaj jest dużo ważniejszym elementem, odgrywa istotną rolę. W zjawiskowy kadr trzeba spróbować wkomponować biegacza czy biegaczy – jeśli będą oni żywiołowo reagować na fotografa, to ten obrazek może się zepsuć, nie będzie naturalny.

Co jest pierwsze: szukanie kadru i czekanie na zawodnika czy czekanie na zawodnika, a potem na szybko szukanie dla niego kadru?

– Zdecydowanie najpierw staram się zaplanować kadr, wyobrazić go sobie z biegnącym zawodnikiem. Szukam tła dla osób, które niebawem mogą się znaleźć w danym miejscu. Oczywiście duża część zdjęć to po prostu zdjęcia ilustrujące zawodników, bo znaleźli się oni w tym miejscu i tyle. Jednak staram się, żeby te miejsca były wybrane z dbałością, przyglądam im się – czy zawodnikowi nie wyrośnie nagle latarnia z głowy albo czy po drugiej stronie nie stoi mało atrakcyjny śmietnik.

A masz jakieś ulubione zabiegi, które stosujesz i dzięki którym w każdych okolicznościach wyjdzie ci jakiś ładny obrazek? Na przykład twoje słynne zdjęcia przez kwiatki…

– (śmiech) No, to nie zawsze muszą być kwiatki. Rozmywanie pierwszego planu. Oglądając moje zdjęcia, można już sobie odpowiedzieć na to pytanie. Nie oglądałaś moich zdjęć, jesteś nieprzygotowana! Okej, rozumiem, może nie wszyscy czytelnicy oglądają moje zdjęcia… Wydaje się to niemożliwe, ale… Dobra, poważnie. Oczywiście nie zakładam sobie, że dzisiaj zrobię zdjęcie przez kwiatki, a jutro zza płotka. Ale jest tak, że wchodzisz w teren i masz pewien wachlarz możliwości. Na przykład można zrobić zdjęcie bardzo długim obiektywem i wyizolować biegacza z tła, skupić się tylko na nim. Możemy zrobić zdjęcie wieloplanowe – na pierwszym planie te nieszczęsne kwiatki, dalej biegacz, w tle góry. Możemy mieć też wiele łańcuchów gór. Ja lubię zdjęcia, na których się dużo dzieje, ale nie zawsze da się takie zrobić. Mi zależy na tym, żeby stworzyć materiał zróżnicowany – nie chciałbym zrobić 100 zdjęć wyglądających tak samo. Dlatego stosuję różną perspektywę, różną głębię ostrości, skupiam się na rożnych elementach, raz jest plan daleki, raz bliski. Tak żeby oglądający tę galerię się nie nudził. To jest mój klucz.

Czyli nie robisz dwustu zdjęć zawodnikom tylko po to, żeby mogli się później oznaczyć na Facebooku?

– No właśnie to wymaga pewnego kompromisu. Wiadomo, że uczestnicy biegu chcą się później odnaleźć na tych zdjęciach. Bo też bez sensu byłoby siedzieć ileś godzin na trasie i przynieść z niej tylko kilka, ale za to fantastycznych zdjęć. Nie do końca takie są oczekiwania. Nie wszystkie zdjęcia muszą być doskonałe i zniewalające – to też jest rzecz, której się trzeba nauczyć. Ja z tym miałem kiedyś problem.

Chudy Wawrzyniec 2014. Fot. Piotr Dymus

Zdjęcie przez „nieszczęsne kwiatki”. Chudy Wawrzyniec 2014. Fot. Piotr Dymus

Przygotowujesz się jakoś szczególnie do każdej imprezy? Planujesz sobie miejsca, w których się pojawisz?

– Na pewno zastanawiam się nad tym, chociaż nie są to sztywne plany, bo wiele zależy od pogody, która w górach potrafi być zmienna. Ograniczeniem jest też dostępność pewnych miejsc. Czasem wiem, że jakiś punkt na trasie jest szczególnie zjawiskowy, ale mam też świadomość, że dotarcie do niego będzie trudne i długie – może więc warto z niego zrezygnować, a zdążyć wyskoczyć z aparatem w trzech innych miejscach. Często trzeba się zgodzić na kompromis między szybkością poruszania się a atrakcyjnością danego miejsca.

A zdarza się tak, że jeszcze przed rozpoczęciem biegu idziesz na trasę i sprawdzasz, gdzie są jakieś fajne miejsca?

– Nie, nie robię tego. Nie ma to większego sensu. Jeśli dotarcie gdzieś zajmie dużo czasu – a mówimy wciąż głównie o górach – to po co? Ale jeśli robię zlecenie dla jakiegoś organizatora biegu, to pierwszą rzeczą jest przestudiowanie mapy i zastanowienie się – najlepiej z organizatorem – które miejsca mogą być najciekawsze. Często nie jestem jedynym fotografem na trasie, więc trzeba się tak dogadać, żeby się nie dublować. Organizator może też sobie zażyczyć, że chce mieć zdjęcia ze startu czy z mety. Wybór punktów na trasie zależy już bardziej ode mnie. Mogę uzyskać od szefa biegu informacje, o której mniej więcej godzinie gdzie będą zawodnicy czy czołówka.

Oglądasz zdjęcia innych fotografów sportowych, porównujesz je ze swoimi?

– Nie, raczej tego nie robię. Częściej oglądam fotograficzne reportaże, z tego czerpię więcej.

Twoje zdjęcia szczególnie przyciągają uwagę również ze względu na atrakcyjną obróbkę.

– Żaden poważny fotograf nie pokazuje szerszej publice swoich zdjęć bez ich przetworzenia. Niektórzy uważają, że zdjęcie powinno być takie, jakie powstaje w aparacie. Ale ta obróbka była zawsze, również na filmach. W ciemni przy wywoływaniu zdjęć też sporo można było modyfikować. Oczywiście nie mówimy tu o takich czarach jak dodawanie czy wymazywanie jakichś elementów, ale o zmianie parametrów typu podciągnięcie kontrastu, jasności, nasycenia kolorów, dodaniu delikatnej winiety itd. W końcu chodzi nam o to, żeby ten obraz wyglądał atrakcyjnie i żeby efekt, który chcemy uzyskać, był zamierzony, nieprzypadkowy. Przy czym powinien oczywiście pozostać możliwie naturalny.

Więc obróbka istniała zawsze, tylko teraz możemy to robić łatwiej i szybciej. Jest też presja czasu – zdjęcia z danej imprezy, a przynajmniej ich część musi być opublikowana już następnego dnia po zawodach. Takie są oczekiwania i organizatorów, i uczestników. Trzeba jakieś zdjęcia wybrać, każde jakoś udoskonalić.

Na czym chciałbyś się konkretnie skupiać w fotografii sportowej? Ultra? Krótsze biegi? Sesje dla „Biegania”?

– Jestem w takim momencie, kiedy zaczynam się nad tym zastanawiać – w którą pójść stronę. Na pewno chciałbym jeździć na duże imprezy ultra – nie tylko w Polsce, ale i za granicą. Nie robiłem nigdy zdjęć na przykład na pustyni – myślę, że Maraton Piasków to by było coś. Wszystkie imprezy ultra w dzikim terenie – czy to w dżungli, czy na pustyni, czy w wysokich górach, czy na dalekiej północy – są pociągające. Chciałbym robić zdjęcia w takich miejscach.

Fotografowanie imprez nie może być jednak jedyną działką, na której się skupiam, z prostego powodu – nie utrzymałbym się z tego. Jest bardzo wielu fotografów, którzy chcą to robić. Trzeba więc myśleć na dwa sposoby: robić to, co się lubi, ale też podchodzić do sprawy biznesowo, czyli szukać dziedzin, które dadzą możliwość lepszego zarobku.

Widzę, że leży u ciebie książka „Fotografia produktowa”. To właśnie efekt szukania dziedziny dającej więcej profitów?

– Tak, zacząłem się interesować fotografią reklamową. Przy czym nie kręcą mnie same produkty, ważny jest dla mnie w tym również element ludzki. Bardziej interesuje mnie prezentowanie produktów przez ludzi, którzy tych produktów używają.

Produkt - sesja dla miesięcznika Bieganie. Fot. Piotr Dymus

Produkt – sesja dla miesięcznika Bieganie. Fot. Piotr Dymus

To na czym teraz głównie zarabiasz? Na imprezach biegowych i zleceniach do miesięcznika?

– Ciągle pojawiają się jakieś nowe rzeczy. W moim zawodzie tak naprawdę nigdy się nie wie, co się będzie robić w przyszłym miesiącu. Sprzedaję zdjęcia na różne strony internetowe, czasem do jakichś książek, albumów, do czasopism. Każdy uczestnik biegu może też sobie ode mnie kupić odbitkę albo plik cyfrowy. Zacząłem robić sesje reklamowe produktów sportowych. Pojawia się sporo rzeczy jednorazowych – fotoreportaże z różnych eventów, nie zawsze sportowych.

A jaką fotografią nie chciałbyś się zajmować?

– Hm… Na pewno fotografią sztampową. Nie chciałbym robić zdjęć, przy których nie jest wymagane myślenie, kombinowanie. Które po prostu ze swojej natury nie mogą być lepsze. W jakiej to będzie dziedzinie – to już mniej istotne.

A sesje?

– Nigdy nie robiłem na przykład sesji ślubnej czy reportażu weselnego – to się kojarzy ze sztampą, ale ja nie wykluczam i takiego doświadczenia. A sesje z biegaczami, np. te dla „Biegania”, lubię. Natomiast nie lubię być podczas takich sesji zaskakiwany – kiedy coś na miejscu wygląda inaczej, niż było to wcześniej ustalone. Lubię być przygotowany do sesji, zależy mi na profesjonalizmie. Oczywiście trzeba być też elastycznym, nie zawsze wszystko, co sobie zaplanowaliśmy, się uda. Mam tego świadomość.

Masz swoje ulubione zdjęcie? Swojego autorstwa?

– Nie mam jednego ulubionego, ale mam kilka, które lubię. Przede wszystkim lubię zdjęcia proste. Takim zdjęciem jest czarno-biały obrazek z Biegu Ultra Granią Tatr z 2013 roku – biegacz na tle gór, spokojna kolorystyka. Nie ma tu wyjątkowej treści, to po prostu ładny obraz. Lubię zdjęcie z triathlonu w Suszu, na którym para staruszków kibicuje rowerzystom. Czasem szczególnie lubię te zdjęcia, które wiążą się z jakimiś fajnymi wspomnieniami. Mam sentyment do zdjęć z rajdu Lycian Challenge w Turcji, chociaż ten reportaż nie był jakoś szeroko prezentowany.

Bieg Ultra Granią Tatr 2013. Fot. Piotr Dymus

Bieg Ultra Granią Tatr 2013. Jedno z ulubionych zdjęć Piotrka. Fot. Piotr Dymus

Triathlon w Suszu. Fot. Piotr Dymus

Triathlon w Suszu. Zdjęcie trafiło do niemieckiego albumu „SPORT”. Fot. Piotr Dymus

Rajd przygodowy Lycian Challenge 2012. Fot. Piotr Dymus

Rajd przygodowy Lycian Challenge 2012. Fot. Piotr Dymus

 

 Zobacz koniecznie: 

Strona internetowa: www.piotrdymus.com

Facebook: facebook.com/PiotrDymusFotografia

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger