Archiwa tagu: Chudy Wawrzyniec 2015

Chudy Wawrzyniec

Chudy Wawrzyniec 2015, 6 szczytów i mówiłem, że nigdy więcej

Chudy Wawrzyniec

fot. Piotr Dymus. Kamil Leśniak i Gediminas Grinius walcżą o z

Chudy Wawrzyniec to bieg ultra na trasie 80+ i 50+ w Beskidzie Żywieckim. Dystans długi, drugi rok z rzędu wygrał Piotr Bętkowski. 50+ należało do Gediminasa Griniusa. W tym roku do mety dobiegło 740 osób. Wśród nich byli Marcin Suski i Jakub Jadziewicz. Pierwszy z nich wystartował na trasie 50+, drugi 80+. Oto jak zapamiętali bieg anno domini 2015, który odbył się w najgorętszy dzień roku.

 Chudy Wawrzyniec 2015 – relacja Jakuba Jadziewicza: 

W zeszłym roku udało mi się przebiec krótszy dystans, czyli Chudego Wawrzyńca 50+. Po starcie przyszły na mnie trudne dni. Wszystko mnie bolało, ruszałem się z ledwością. Zarzekałem się, że nigdy więcej Chudego, Grubego, żadnego Wawrzyńca nie nie przebiegnę!

Jednak czas mijał, ból też. Pojawiły się za to informacje o zapisach na tegoroczną edycję. Zareagowałem impulsywnie i zapisałem się z zamiarem przebiegnięcia długiej trasy. Zaczęło się trenowanie i odliczanie dni do startu.

Lato tego roku było zimne i pochmurne, ale akurat przed Chudym Wawrzyńcem przyszła fala upałów i dzień przed biegiem żyliśmy tylko tym, że 8 sierpnia ma być najgorętszym dniem tego roku. Temperatura miała sięgnąć 39 stopni.

Gadaliśmy tak o pogodzie, aż wybiła 4:00 i przyszło nam wystartować. O tak wczesnej porze temperatura była znośna. Pierwsze kilometry po asfalcie potraktowałem rozgrzewkowo. Potem zaczęły się schody – podejście pod Rachowiec i Kikuł pokonywała długa ludzka stonoga, której biegacze byli segmentami. Nie była to jednak jedyna stonoga na tym biegu. Na 17. kilometrze Klub STO-nogi Milanówek zorganizował lotny punkt wsparcia z bananami i wodą. Biegaczy przybywało, a ubywało gościńców.

Chudy Wawrzyniec - Marcin Suski

fot. Jakub Jadziewicz

Pierwszym egzaminem dojrzałości uczestników Chudego Wawrzyńca było podejście pod Wielką Raczę. Może nie jest to najdłuższa wspinaczka, ale dość stroma. Dodajmy do tego, że na niebie nie było ani jednej chmury, a słońce zaczynało delikatnie przypiekać. Biegacz karmi się widokami. Rekompensatę w takiej postaci dostał każdy, kto dotarł na szczyt.

Potem zbieg, podejście pod Jaworzynę i punkt żywieniowy na Przegibku. Uczta dla smakoszy! Obok stałych pozycji ultra menu – bananów, suchych owoców i ciastek – jagodzianki i jagody ze śmietaną! Na osłodę to wszystko, bo od tego miejsca zaczął się gorąc.

Spieczony i suchy wdrapałem się pod Wielką Rycerzową i dotarłem do rozstaju dróg. Nawet nie wahałem się czy wybrać krótką trasę. Skręciłem w prawo, bo chciałem wpisać się do klubu +80. Podążałem spokojnie szlakiem, aż tu nagle dotarłem do pionowej ściany i zobaczyłem ludzi dżdżownice czołgających się pod górę. Tak przywitał mnie Beskid Bednarów. Dołączyłem do szeregu i z mozołem dotarłem na szczyt. Przydałyby się raki i czekan, serio!

Oszukał mnie też Oszust, pod którego wspinaczka nastąpiła zaraz po krótkim zbiegu z Beskidu Bednarów. Trudność stoku taka sama. Pion i pomaganie sobie rękami, a w nagrodę punkt żywieniowy na szczycie. Uzupełniłem wodę, zacząłem zbiegać, śledząc kolejne słupki graniczne i tak dotarłem na Przełęcz Glinka, gdzie zrobiłem sobie krótki postój.

Chudy Wawrzyniec 2015

fot. Piotr Dymus

Znowu góra, dół, słupek za słupkiem – Hruba Buczyna, Trzy Kopce i podejście pod Halę Lipowską, czyli najwyższy punkt na trasie biegu. Było mocno technicznie, dużo kamieni i wystających korzeni. Choć upał dawał się we znaki, trzeba było być bez przerwy skupionym, żeby nie wywinąć orła.

Tak dotarliśmy do schroniska na Rysiance. Tam każdy zamówił po jednej, zimnej… coli, co smakowała jak nigdy. Kiedy tak raczyliśmy się napojem bogów, naszym oczom ukazał się znak „10 kilometrów do mety”. Kofeina, cukier, poczucie, że to już blisko dały energetycznego kopa.

Droga prowadziła z góry, ale myli się ten, kto uważa, że było łatwo. Biegliśmy rynną o stromych zboczach wypełnioną jednym wielkim gruzowiskiem. Wisienka na torcie. Pieprzu deserowi dodawało oczywiście żarzące się słońce. Nic to, bo mijaliśmy kolejne znaczniki w rytmie 5,4,3,2,1… Przez pole dobiegliśmy do Ujsoł, przebiegliśmy przez mostek przy akompaniamencie braw i wpadliśmy na metę.

Medal wręczał nam sam Gediminas Grinus. Złapaliśmy ciepłe piwo i wskoczyliśmy do zimnego strumienia. Co czułem? Wielką radość i satysfakcję. Zrobiłem to, przebiegłem trasę 80+ Chudego Wawrzyńca mimo wielu kryzysów, zwichniętej kostki, tuzina pęcherzy i bólu stóp.

W tym czasie wypiłem tylko jakieś 10 litrów wody i dwa razy tyle wypociłem.

 Chudy Wawrzyniec 2015 – relacja Marcina Suskiego: 

Kiedy w zeszłym roku zamykałem sezon biegowy kończąc Koronę Maratonów Polskich, miałem dość szurania po ulicach, a w głowie już od jakiegoś czasu kiełkował pomysł biegania po górach. Potrzebowałem celu biegowego na kolejny rok… i znalazłem Chudego Wawrzyńca. Bieg organizowany był niedaleko, bo w Beskidzie Żywieckim i oferował dwie możliwe trasy: 50+ oraz 80+ km. Dotychczas pokonywałem dystanse maratońskie i miałem przed sobą blisko rok przygotowań, ale nie wiedziałem czego się spodziewać po górach, dlatego możliwość wyboru trasy w trakcie zawodów wydała mi się opcją idealną. To było to czego potrzebowałem.

Przez kilka ostatnich dni przed startem słońce grzało coraz mocniej. Należało się spodziewać istnej sauny i to bez zimnego prysznica pomiędzy sesjami. Do biura zawodów w Rajczy dotarłem ok. 16:00. Miejsce widoczne było z daleka. Nie trzeba było nawet wypatrywać bannerów Chudego Wawrzyńca. Wystarczyło iść za plecakami biegowymi i kijkami trekkingowymi.

W biurze odebrałem pamiątkową koszulkę oraz bogaty pakiet startowy (największą niespodzianką okazały się opaski kompresyjne na łydki INOV-8 z pamiątkowym nadrukiem Chudego Wawrzyńca). Potem szybko na „pasta party” do pobliskiej pizzerii. Oczywiście w lokalu sami swoi, a obsługa dokładnie wiedziała co należy robić. Porcje makaronu były przeogromne.

Chudy Wawrzyniec 2015

fot. Piotr Dymus

O 21:00 odbyła się odprawa techniczna, na której parokrotnie przestrzegano, by zabrać w trasę jak najwięcej wody. Po drodze wprawdzie mieliśmy mijać dwa schroniska, ale tylko jeden oficjalny punkt żywieniowy, na 38. kilometrze trasy. Zapowiadało się naprawdę gorąco.

Budzik zadzwonił o 02:50. Pozbierałem się i ruszyłem na miejsce startu, który był zaplanowany na 04:00. Na miejscu byłem 15 minut przed czasem. Przy amfiteatrze w Rajczy było jak na dyskotece – blisko 900 lampek czołówek i kilka razy więcej elementów odblaskowych odbijających światło. Wszyscy się rozgrzewali.

Kilka minut przed startem, rozglądając się dookoła, zadałem sobie z przerażeniem pytanie – co ja tutaj robię?!

RACHOWIEC, 10. kilometr, 954m wys.

Nie miałem dużo czasu na rozmyślanie. Rozległ się sygnał startu i ruszyliśmy korytarzem wyznaczonym przez odpalone przez wolontariuszy race, a potem w noc. Pierwsze kilometry prowadziły asfaltem, a przyjemny chłód sprzyjał dobremu tempu. Wkrótce skręciliśmy na szlak i zaczęliśmy piąć się w górę. Z początku pełny sił, wraz ze sporą grupą innych zawodników rozprawiliśmy się z podejściem na Rachowiec i o 05:10 zameldowałem się na szczycie. Byłem 20 minut przed planowanym przez siebie czasem.

dymus2

fot. Piotr Dymus
KIKULA, 16. kilometr, 1087m wys.

Z Rachowca czekał nas przyjemny zbieg i spory kawałek udeptaną drogą. Świtało i kiedy zaczęliśmy drugie tego dnia podejście, ukazały nam się fantastyczne widoki.

Niestety wraz z czasem rosła i temperatura. Podejście na Kikulę wymagało już sporego wysiłku ale na tym etapie jeszcze z rzadka spoglądałem na zegarek i dystans w górę uciekał dość szybko. Z drugiej strony, wypiłem sporo wody i zacząłem się obawiać o zapasy.

Ok. 06:15 moim oczom ukazały się pomarańczowe proporczyki z cyframi „1” i „6” oznaczające kilometr trasy a zarazem szczyt. Kiedy dotarłem na samą górę, okazało się, że napotkaliśmy nieoficjalny punkt żywieniowy (pytałem później o to wolontariuszy – podobno była to czyjaś prywatna inicjatywa). Zbawiciele!

WIELKA RACZA, 27. kilometr, 1236m wys.

Znowu okazało się, że Kikulę zdobyłem przed założonym sobie czasem. Zacząłem się zastanawiać czy przypadkiem nie cisnę za mocno. Na razie jednak miałem siły więc bez ociągania ruszyłem dalej. Biegliśmy lasami, ale temperatura powoli dawała już w kość. Zmoczyłem bandanę i założyłem na głowę dla ochrony.

Podejście pod Wielką Raczę zabrało sporo czasu i wycisnęło ze mnie sporo potu, ale nie zatrzymywałem się. Po raz drugi prawie opróżniłem bukłak z wodą wiedząc, że na szczycie jest schronisko, gdzie można będzie zrobić krótki odpoczynek i uzupełnić braki. Na zegarek patrzyłem coraz częściej a dystans nie uciekał już tak sprawnie. To była już walka.

Chudy Wawrzyniec

fot. Piotr Dymus

Kamienne stopnie prowadzące do schroniska przywitałem z niewypowiedzianą ulgą i zameldowałem się pod drzwiami o 07:20. Wchodząc do środka na krótką przerwę, kątem oka zauważyłem kilka osób, które przebiegły obok, jakby budynek na szczycie był fatamorganą.

JAWORZYNA, 33. kilometr, 1173m wys.

Zwilżenie głowy i uzupełnienie bukłaka zajęło 10 minut. Nogi nieco odpoczęły po ciężkim podejściu i stwierdziłem, że czas ruszać. Chciałem jeszcze kupić sobie izotonik, ale kiedy zobaczyłem kolejkę, zrezygnowałem. Wychodząc ze schroniska, patrzyłem jak jeden z zawodników przy stole raczy się zimną colą.

Jednak już sam odpoczynek tchnął we mnie nowe siły. Pomimo morderczego upału, zbieg z Wielkiej Raczy a potem slalomy góra-dół spowodowały, że czas znowu zaczął płynąć normalnie. Batony energetyczne i żele znikały jak szalone, ale miałem świadomość, że im szybciej dotrę do mety, tym krócej będę skwierczał na tej patelni. Po Wielkiej Raczy i odpoczynku, pokonanie Jaworzyny okazało się w miarę lekkim etapem. Tym bardziej, że zaraz za nią czekała oaza spokoju w postaci punktu żywieniowego na Przegibku.

WIELKA RYCERZOWA, 42. kilometr, 1226m wys.

Za Jaworzyną nie było już tak prosto w dół. Szlak raz schodził, raz się wspinał, a chwile regeneracji na Wielkiej Raczy dawno już poszła w zapomnienie. Kolejne kilometry znikały coraz wolniej i coraz ciężej było już podbiegać, nawet na niewielkich wzniesieniach. Po wszystkich było widać już zmęczenie i co chwile ktoś potykał się na kamieniach i wystających korzeniach.

Na szczęście spory odcinek prowadził w cieniu wysokich drzew, co łagodziło nieco pustynny gorąc. Wkrótce pojawił się Przegibek. Już z daleka słychać było wolontariuszki niezwykle głośno dopingujące kolejnych dobiegających. Kiedy przebiegłem przez bramkę o 08:40 i zobaczyłem stoły uginające się pod tonami jedzenia, nie wiedziałem, co pierwsze złapać. Były owoce wszelkiej maści, drożdżówki, ciastka, bakalie a nawet jagody ze śmietaną. Wolontariusze dopingowali i uwijali się, dolewając nam wody do bukłaków.Jedyne czego brakowało do pełni szczęścia to zimna cola.

Postanowiłem zrobić 10 minut przerwy, podobnie jak poprzednio i ruszyć dalej. Spróbowałem wszystkich dobrodziejstw ze stołu i ponownie napełniłem bukłak. Niestety, tym razem przerwa nie odświeżyła mnie już tak bardzo, a bardzo dobrze wiedziałem, że mam przed sobą najcięższe podejście.

Chudy Wawrzyniec 2015

fot. Piotr Dymus

Nie wiedziałem natomiast, że podejście będzie błotniste. Spojrzałem na profil trasy – za Rycerzową był już tylko Muńcuł, a potem już w dół. Rzuciłem wszystkie siły i starłem się z tym szczytem, a walka zajęła blisko godzinę. Zaraz przed 10:00 odniosłem zwycięstwo i stanąłem na rozejściu tras. Nie wahałem się ani sekundy – wybrałem krótszą, czyli 50+.

MUŃCUŁ, 48. kilometr, 1165m wys.

Skręciłem w lewo i ruszyłem na Muńcuł. Plecak z wodą ciążył już od jakiegoś czasu, a afrykańskie warunki nie pomagały. Człapałem powoli, podbiegając gdzie tylko się dało, ale czułem, że jadę już na oparach. Na szczęście Muńcuł to już była formalność.

O jakże się myliłem! Wielka Rycerzowa pozbawiła mnie resztek sił, a Muńcuł okazał się nie jednym, a trzema podejściami. Czas wlókł się niemiłosiernie, a dystans zdawał się stać w miejscu. Kiedy wreszcie, po długiej wspinaczce, pokonałem ostatnie metry wzniesienia, wczołgałem się na polanę i zalał mnie żar jakiego jeszcze nie czułem. Temperatura była nie do zniesienia i tak już pozostało aż do samej mety.

Liczyłem na to, że przynajmniej zbieg w dół da nieco wytchnienia, ale tu też nie mogłem być w większym błędzie. Ostatnie 5 kilometrów prowadziło przez nagrzane do czerwoności łąki, a sam zbieg prowadził między wysokimi trawami i parowami, w których gorące powietrze wydawało się kumulować ze zdwojoną siłą. Mięśnie nóg odmawiały posłuszeństwa. Tu, gdzie liczyłem na odrobienie straconego czasu, musiałem się zatrzymywać co kilka metrów żeby nie stracić równowagi, a przy okazji i zębów na kamieniach.

Z utęsknieniem wypatrywałem asfaltu na ostatnim kilometrze, ale i to nie pomogło. Wlokłem się mozolnie do mety i dopiero okrzyki znanych mi już wolontariuszek zmotywowały mnie do ostatniego wysiłku. Linię mety minąłem o 11:17. Zdjąłem plecak i położyłem się w wodzie.

Trasę pokonałem w 07:17:10 (135. pozycja), czyli dwie godziny szybciej niż się spodziewałem. Może gdybym lepiej rozłożył siły, byłbym w stanie pokonać trasę o te 17 minut szybciej, ale to już nie było ważne. W tym momencie zostałem ultramaratończykiem.

Chudy Wawrzyniec 2015

fot. Piotr Dymus

Wyniki Chudego Wawrzyńca 2015

W tym roku zawody na krótszym dystansie rywalizację wygrał Gediminas Grinius. Litwin wyprzedził swojego młodszego kolegę z zespołu Inov-8, Kamila Leśniaka o niecałe 7 minut. Litwin trasę 50+ „zamknął” w 4:32:21. Drugi na mecie Kamil potrzebował na to 4 godzin 39 minut i 18 sekund. Obaj panowie przygotowują się do Ultra Trail du Mont Blanc. Impreza odbywa się w dniach 24 – 30 sierpnia.

Na najniższy stopień podium wskoczył Jacek Michulec, który Beskid Żywiecki zna pewnie jak własną kieszeń, bo pochodzi z Żywca. Zawody ukończył z wynikiem 4:46:11.

Wśród pań wygrała debiutująca na dystansie ultra Martyna Kantor z Chmielowic. Jej czas to 5 godzin 57 minut i 25 sekund. Druga była Anna Kącka z czasem 6:08:42, a trzecia Turczynka zdobywająca przebojem polskie góry – Aysen Solak (6:23:28). To kolejny start Solak w tym sezonie i kolejne podium.

Skoro jesteśmy przy paniach, z trasą 80+ najszybciej uporała się Ewa Majer. Ta doświadczona i niezwykle silna ultraska zajęła 3. miejsce w klasyfikacji ogólnej! Do mety dobiegła w 9 godzin 14 minut i 29 sekund. Druga była Viyaleta Piatrouskaya, Białorusinka mieszkająca w Polsce (10:26:17). Na trzecim miejscu uplasowała się Malwina Jachowicz. Jej czas to 11:14:24.

Wśród panów z czasem 9:28:31 trzeci był Maciej Maciejowski z Rajczy. Na drugim miejscu do mety dobiegł Robert Faron (9:10:41). Tegoroczną edycję Chudego Wawrzyńca wygrał Piotr Bętkowski (8:59:21), triumfator z zeszłego roku. Udało nam się z nim porozmawiać.

Piotr Bętkowski - Chudy Wawrzyniec 2015

fot. Piotr Dymus. Piotr Bętkowski na mecie Chudego Wawrzyńca

 Piotr Bętkowski: Z biegami górskim wiążę swoją przyszłość 

Trasę chyba znasz na pamięć. Czy to znaczy, że nie miałeś kryzysów?

Piotr Bętkowski: Kryzysy oczywiście miałem. Najpierw złapał mnie po 46. kilometrze, ale wiedziałem, że jeśli nie mam kontuzji, to jest on spowodowany czynnikami, na które mam wpływ. Czasem wystarczy podwójna porcja żelu, czasem trochę więcej wody i chwilowe zwolnienie. Tym razem też zadziałało. Na 55. kilometrze wstąpiły we mnie nowe siły i biegłem aż do podejścia pod Trzy Kopce. Tam znowu „odcięło” mnie na chwilę. Tym razem też sobie poradziłem. Poza tym od 50. kilometra walczyłem nieprzerwanie ze skurczami mięśni czworogłowych. Próbowałem ratować się magnezem. Działało, ale krótko.

Jak to jest wygrać dwa razy w tym samym miejscu?

To zarazem trudne i proste pytanie. Można odpowiedzieć na nie bardzo prosto – to uczucie nie do opisania. Tylko, że to nic nie znaczy. Czuję się spełniony, czuję, że zrealizowałem założony plan. To fantastycznie uzależniające. Dlatego wróciłem na trasę Chudego i teraz uczucie to jest do kwadratu.

Zwycięstwo w Biegu Rzeźnika w parach męskich z Piotrem Książkiewiczem i organizacja z nim biegu ultra – Tricity Trail, teraz wygrana w Chudym Wawrzyńcu. Czy to znaczy, że będziesz już biegał tylko w górach?

Nie zrezygnuję z asfaltu i wciąż będę walczył o poprawienie rekordu życiowego w ulicznym maratonie. Wynosi on teraz 2:34:52. Chciałbym w ciągu 2-3 lat rozprawić się z granicą 2:30. Wierzę, że maratońskie przygotowanie szybkościowe zaprocentuje w górach. W ultra wciąż mam małe doświadczenie. Mam dopiero 28 lat i sporo czasu, żeby wydłużać dystans do 100 mil. Na tym dystansie rozgrywane są najbardziej znane biegi na świecie.

W najbliższym czasie plan jest taki, żeby na wiosnę pobiec maraton, a potem pobiegać w górach dłuższe dystanse. Chciałbym też częściej jeździć w góry i trenować. Na pewno z biegami górskimi na długim dystansie wiążę swoją przyszłość.

Czy za rok będzie można Cię zobaczyć na trasie Chudego Wawrzyńca

Zobaczymy. W przyszłym roku chciałbym pobiec bieg na dystansie 100 kilometrów. Możliwe, że wybór padnie na Krynicę. Na pewno nie uda mi się wystartować w dwóch tak długich biegach w krótkim odstępie czasu. Nie czuję się na siłach. Może wystartuję zatem w Chudym Wawrzyńcu 50+? Lubię Chudego, bo to fantastyczna impreza robiona przez pasjonatów.

Pełne wyniki Chudego Wawrzyńca 2015 znajdziecie tutaj.