Archiwa tagu: kenijscy biegacze

Wilson Kipsang - zwycięzca London Maraton 2012. Fot. PAP

Maraton w Londynie 2014 będzie rekordowy

Wilson Kipsang - zwycięzca London Maraton 2012. Fot. PAP

Wilson Kipsang – zwycięzca London Maraton 2012. Fot. PAP

Organizatorzy maratonu w Londynie ogłosili wstępną listę męskich uczestników kwietniowego biegu. Po raz kolejny będzie to rekordowo mocna grupa, prawdziwa uczta dla kibica.

Maraton w Londynie odbędzie się 13 kwietnia. Największym wydarzeniem będzie debiut na tym dystansie podwójnego mistrza świata i podwójnego złotego medalisty olimpijskiego, Mo Faraha. Brytyjczyk zdominował w ostatnich latach biegi długie na 5000 i 10 000 metrów, poprawił też rekord Europy na 1500 metrów. Zadebiutował w niezłym stylu na dystansie półmaratońskim, a jego występ w Londynie, przed rodzimą publicznością, jest marketingowym marzeniem organizatorów.

Farah stanie jednak przed najtrudniejszym wyzwaniem swojej kariery. Już sam debiut w maratonie nie jest łatwy, a w Londynie zmierzy się z najlepszymi, doświadczonymi specjalistami na tym dystansie. Organizatorzy zgromadzili obsadę wielokrotnie mocniejszą niż jakikolwiek bieg na mistrzostwach świata czy Igrzyskach Olimpijskich. Wśród biegaczy będzie rekordzista świata, Kenijczyk Wilson Kipsang. Będzie mistrz świata i mistrz olimpijski, Ugandyjczyk Stephen Kiprotich, znany ze świetnego biegania w taktycznych imprezach mistrzowskich, który tym razem zaatakuje trasę z myślą o uzyskaniu nie medalu, a jak najlepszego wyniku.

Mo Farah

Mo Farah

Bardzo mocny jest Etiopczyk Tsegaye Kebede, zwycięzca poprzedniego maratonu w Londynie oraz prestiżowej serii World Marathon Majors. Pojawi się też rekordzista trasy w Londynie, Kenijczyk Emmanuel Mutai. Będzie również kolejny Mutai – Geoffrey, znany z najszybszego nieoficjalnie wyniku na świecie – w 2011 roku w Bostonie wykorzystując sprzyjający wiatr pobiegł 2:03:02 na trasie, która nie spełnia warunków do ratyfikacji rekordów. Oprócz tego zwyciężał dwukrotnie w maratonie w Nowym Jorku oraz raz w Berlinie.

Nieco mniej znani, ale piekielnie szybcy są dwaj kolejni Etiopczycy – Ayele Abshero wygrywał już w Dubaju w czasie 2:04:23. Feyisa Lelia jest odrobinę wolniejszy – 2:04:32 – ale ma w dorobku brązowy medal mistrzostw świata. A ponieważ w komercyjnych maratonach nie ma ograniczeń co do liczby zawodników z jednego kraju, zobaczymy jeszcze więcej szybkich Kenijczyków. Stanley Biwott to zwycięzca i rekordzista trasy w Paryżu, z wynikiem 2:05:12. Martin Mathati wygrał w Fukuoce z czasem 2:07:16. Pojawi się też słynny Brazylijczyk Marilson Dos Santos, dwukrotny zwycięzca maratonu w Nowym Jorku.

Jakby mało było doświadczonych zawodników, oprócz Faraha obejrzymy jeszcze dwóch piekielnie mocnych debiutantów. Etiopczyk Ibrahim Jeilan to ostatni biegacz, który wygrał z Farahem na dystansie 10 000 metrów. Dokonał tego w 2011 roku, wygrywając mistrzostwa świata. W zeszłym roku niemal powtórzył to osiągnięcie, przybiegając na drugim miejscu. Brytyjczyk Chris Thompson to z kolei jeden z najszybszych Europejczyków w ostatnich latach, z życiówką 27:40 na dystansie 10 000 metrów.

Licząc średnią rekordów życiowych, maraton w Londynie jest najmocniejszym w historii. Dodajmy do tego trzech znakomitych debiutantów i można łatwo stwierdzić, że takiego biegu jeszcze nie oglądaliśmy.

Wilson Kipsang - rekordzista świata w maratonie na 40. Berlin Marathon. Fot. PAP

Zawody biegowe w najlepszej obsadzie? Kenijscy biegacze zmierzą się w mistrzostwach policji

Wilson Kipsang - rekordzista świata w maratonie na 40. Berlin Marathon. Fot. PAP

Wilson Kipsang – rekordzista świata w maratonie na 40. Berlin Marathon. Fot. PAP

W sobotę odbędą się najlepiej obsadzone zawody biegowe świata. Nie, to nie Igrzyska ani żaden międzynarodowy mityng – jedynie mistrzostwa kenijskiej policji w crossie.

Na dystansie 12 kilometrów w biegu męskim i 8 kilometrów w żeńskim zmierzą się najlepsi lekkoatleci świata startujący na co dzień na różnych dystansach. Kenijskie gwiazdy biegów są bowiem w większości zatrudnione na policyjnych etatach, w ramach których ich jedynym obowiązkiem jest trening i start w zawodach. Rok temu zwycięzcami zostali Geoffrey Kipsang i Lucy Kabuu. Aby zorientować się, jaką formą należy dysponować, żeby wygrać te zawody, dodajmy, że miesiąc później oboje startowali w półmaratonie w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Kipsang uzyskał tam wynik 58:54, a Kabuu – 1:06:09.

MĘŻCZYŹNI

W tegorocznej edycji wystąpią zarówno zwycięzcy sprzed roku, jak i kolejne gwiazdy. Wśród nich aktualny rekordzista świata w maratonie – Wilson Kipsang. Z drugiej strony dwukrotny mistrz świata w biegu na 1500 metrów, oskarżony ostatnio o pobicie ochroniarza – Asbel Kiprop. Kolejny maratończyk z najwyższej światowej półki to Geoffrey Mutai, zwycięzca maratonu w Nowym Jorku. Wśród zawodników stanie też najwybitniejszy przeszkodowiec ostatnich lat: mistrz olimpijski i mistrz świata, Ezekiel Kemboi. Obok niego jego rywal z bieżni, znany z doskonałych czasów uzyskiwanych w zawodach Dianentowej Ligi, Paul Kipsiele Koech.

Skromnie wyglądają w powyższej statystyce osiągnięcia kolejnych startujących. Isaiah Kiplangat Koech to „jedynie” brązowy medalista ostatnich mistrzostw świata na dystansie 5000 metrów. Moses Ndiema Masai przywiózł brązowy medal z mistrzostw świata na 10 000 metrów w 2009. W tym samym roku kolejny zawodnik z listy startowej, Titus Mbishei, został mistrzem świata juniorów w biegach przełajowych.

W krótszych biegach specjalizują się: Augustine Choge – wicemistrz świata w biegu na 3000 metrów w hali oraz Nixon Chepseba, który w 2011 zwyciężył na dystansie 1500 metrów w podsumowaniu serii mityngów Diamentowej Ligi.

KOBIETY

Oprócz Lucy Kabuu, której rekord życiowy w maratonie to 2:19:34, na trasie biegu na dystansie 8 kilometrów stanie również zeszłoroczna mistrzyni świata w maratonie, Edna Kiplagat. Trzecią bardzo mocną maratonką będzie zwyciężczyni z 2009 roku z Berlina, mająca na koncie również tytuł mistrzyni świata w przełajach, Florence Kiplagat. Liczyć powinna się także Linet Masai – mistrzyni świata na 10 000 metrów z 2009 roku oraz wicemistrzyni świata na dystansie 5000 metrów z 2013 roku, Mercy Cherono.

Nie zapominajmy, że na starcie stanie również kilkudziesięciu innych mocnych biegaczy i żaden z nich nie czuje respektu przed mistrzami świata. Całkiem możliwe, że kolejni, nieznani jeszcze medaliści i zwycięzcy już czają się za plecami najlepszych. Takiej obsady trudno szukać w najlepszych maratonach i mityngach lekkoatletycznych.

Flaga Kenii. Wikimedia Commons

Badania antydopingowe w Kenii?

Flaga Kenii. Wikimedia Commons

W Kenii ma powstać w przyszłym roku nowoczesne laboratorium zajmujące się badaniami antydopingowymi. Powstaje wskutek nasilających się oskarżeń kierowanych pod adresem kenijskich biegaczy i będzie badało zarówno próbki krwi, jak i moczu.

Ostatnie dwa lata były dla Kenijczyków bolesne. O ile wcześniej byli postrzegani jako biedni, uczciwi zawodnicy, dochodzący ciężką pracą do wyników, tak kolejne wpadki spowodowały, że wielu kibiców zwątpiło w legalność kenijskich rekordów. Wśród biegaczy złapanych w ostatnich dwóch latach pojawił się m.in. Matthew Kisorio, trzeci zawodnik w historii światowego półmaratonu, z czasem 58:46.

Zwątpienie budził też sposób przeprowadzania kontroli antydopingowych w środkowej Afryce. Okazało się, że ze względu na trudne warunki klimatyczne i odległości testerzy przez pewien czas w ogóle nie pobierali próbek krwi. Pobierano jedynie próbki moczu, które nie pozwalają na wykrycie wszystkich metod dopingu. Pod wpływem krytyki zarówno WADA, jak i IAAF zmieniły procedury. Obecnie próbki krwi są normalnie pobierane, m.in. w celu aktualizacji tzw. paszportu biologicznego. Jak mówi szef kenijskiej federacji lekkoatletycznej, Isaiah Kiplagat, w tym roku przebadano ponad 650 kenijskich zawodników i zawodniczek, a doping wykryto u 17 z nich. Brak laboratorium generuje jednak ogromne koszta, bo zamrożone próbki są za każdym razem wysyłane albo do Niemiec, albo RPA.

Nowe laboratorium będzie wybudowane przez IAAF, we współpracy z federacją kenijską. Budowa ma ruszyć w styczniu.

Percy Cerutty. Fot. Getty Images

Historia i rozwój biegowej myśli treningowej, cz. 2. Szkoła kenijska, etiopska, polska…

Percy Cerutty. Fot. Getty Images

Percy Cerutty. Fot. Getty Images

Historia biegów to równocześnie historia poszukiwania wszelkich możliwych sposobów polepszenia wyników, zdobycia przewagi nad przeciwnikiem. W pierwszej części opowieści o rozwoju myśli treningowej mówiliśmy o interwałach i bieganiu „na ilość”. Teraz opowiadamy o różnych szkołach treningu.

Metoda interwałowa oraz objętościowa były dwiema skrajnościami, z czasem zaczęto stosować różne ich kombinacje. Po objętościowych latach 70. w kolejnej dekadzie ponownie do łask zaczęły wracać interwały. Pojawiła się metoda „pięciu temp”, spopularyzowana dzięki sukcesom brytyjskiego średniodystansowca, Sebastiana Coe, który trenował według jej zasad. Były to interwały w nieco bardziej zaawansowanej formie – stosowano różne długości odcinków,  różne intensywności oraz długości przerw wypoczynkowych. Ani jednak metoda „pięciu temp”, ani żadna inna nie podbiły całego świata. Sport obejmował bowiem coraz większą ilość rozdrobnionych, oddalonych od siebie ośrodków, eksperymentujących na własną rękę. Na początku XX wieku w międzynarodowej rywalizacji sportowej brało udział tak naprawdę kilkanaście państw. Obecnie w  w biegach podczas Igrzysk Olimpijskich startują przedstawiciele blisko 200 narodów!

W latach 90. XX wieku więcej niż o udoskonalaniu treningu zaczęto mówić o dopingu w sporcie. Wprowadzono pozastartowe badania sportowców, opracowano test na EPO. Wraz z ujawnianiem skali dopingu w byłych państwach komunistycznych popularność biegów przybierała coraz bardziej formę rekreacyjną. Koniec XX wieku to dla wielu państw Zachodu okres potężnego kryzysu lekkiej atletyki – poziom spadał, zmniejszała się liczba wyczynowych zawodników. Kryzys ten w pewnym stopniu trwa do dzisiaj. Zbiegł się z coraz większą dominacją zawodników urodzonych w Afryce.

Szkoła kenijska i etiopska

Metodą treningową, która zawładnęła umysłami współczesnych biegaczy, jest kenijska szkoła biegów. Do pewnego stopnia – również etiopska. Nic dziwnego – Kenijczycy i Etiopczycy w ogromnym stopniu zdominowali światowe biegi długie. Pierwsze, co kopiują zawodnicy z innych krajów, to trening na dużej wysokości na poziomem morza. Uznano bowiem, że to ubogie w tlen powietrze w największym stopniu odpowiada za sukcesy czarnoskórych długodystansowców. Obozy wysokogórskie stały się więc niemal podstawą treningu, mimo tego, że część fizjologów sportu uważa, że nie są one konieczne do uzyskania najwyższej formy.

Kenijczycy w niektórych okresach roku trenują trzy razy dziennie, biegają dużo, stosują również interwały. Tak naprawdę bowiem naśladowana szkoła kenijska to nic innego jak kompilacja już wcześniej stosowanych metod treningu. Za sukcesy Kenijczyków odpowiadają trenerzy z Europy i USA, którzy po tym, gdy zabrakło talentów w ich krajach, zaczęli eksplorować nowe tereny. W Kenii powstały potężne obozy treningowe, finansowane przez wielkie zachodnie firmy odzieży sportowej, zatrudniające znanych na świecie trenerów. Sztandarowym przykładem jest Włoch Federico Rosa, trenujący równocześnie zwykle około setki biegaczy, głównie maratończyków. Jego pierwsze obozy treningowe były finansowane przez firmę FILA, później przez Nike.

Szkoła etiopska nie ma tak dużego wpływu na współczesnych biegaczy, przede wszystkim dlatego, że jest dużo mniej znana. W Etiopii system sportu jest mocno scetralizowany, dyktatorską rolę odgrywa krajowy związek lekkiej atletyki. Wypływ informacji jest niewielki, wyjazdy do Etiopii nie są też tak popularne wśród biegaczy z zachodniego świata jak obozy w Kenii czy RPA. Swoją rolę ma w tym fakt, że w Kenii i RPA językiem urzędowym jest angielski, podczas gdy w Etiopii królują lokalne dialekty.

W latach 80. XX wieku Etiopia była pod wpływem bloku państw komunistycznych, treningu nie uczyli tam trenerzy z Włoch czy zachodnich Niemiec, jak w Kenii, a raczej specjaliści radzieccy i wschodnioniemieccy. Trening jest mocno objętościowy, ale w większym niż w Kenii stopniu opiera się na treningu siły, szybkości i odcinków. Jest to po prostu nieco inna kompilacja również wczesniej stosowanych środków.

Szkoła polska

Swoje miejsce w treningu ma tzw. szkoła polska, rozwinięta w latach 50. XX wieku, przeżywająca największy okres świetności podczas Mistrzostw Europy w 1958 roku oraz Igrzysk Olimpijskich w 1960 roku. Polski trening rozwijał się pod wpływem treningu światowego, ale dochował się oryginalnych metod. Na jego rozwój miało wpływ wiele osób, ale pierwszeństwo przyznaje się Janowi Mulakowi. Mulak interesował się tym, jak się biega na świecie, a na bazie tej wiedzy dopasowywał trening do polskich realiów i możliwości. Uważał, że polscy zawodnicy, wyczerpani latami wojny, chronicznie niedożywieni, nie mogą stosować tak intensywnego treningu interwałowego, jaki w tym czasie panował na świecie.

Najbardziej charakterystycznym środkiem treningowym polskiego systemu stała się zabawa biegowa. Jej pierwowzorem był szwedzki fartlek – długi, urozmaicony bieg w terenie, w który biegacz w razie ochoty i możliwości wplatał pewną ilość przyspieszeń. Zabawa biegowa również była długim, czasami wielogodzinnym treningiem. W swobodny sposób wprowadzała stopniowo wszystkie elementy treningu – w biegu robiono rozgrzewkę, gimnastykę, potem przebieżki, przyspieszenia, wreszcie dłuższe odcinki i na końcu schłodzenie. Jej innowacyjnośc polegała na tym, że cały trening, od początku do końca, mógł być wykonywany w biegu. Im bardziej urozmaicone było takie bieganie, im więcej wprowadzało elementów – tym lepiej. Polscy zawodnicy w trakcie zabawy biegowej potrafili stosować różnego rodzaju gry i zabawy – obrzucanie się szyszkami, wyścigi, berek.

Polska szkoła biegów oprócz obecności zabaw biegowych charakteryzowała się dużą objętościa treningu oraz wykonywaniem go w jak najbardziej naturalnej scenerii – w lasach, górach itp. Mulak dużą uwagę przywiązywał do poprawnego kroku biegowego. Na treningu potrafił cienką trzcinką chłostać tego, kto nie dośc wysoko unosił kolana w czasie biegu. Do treningu biegowego dołączano „pędzel” płotkarski – biegi po obwodzie połączone z przeskakiwaniem płotków lekkoatletycznych bądź wykonywaniem nad nimi różnego rodzaju ćwiczeń. Według takiego systemu trenowali nasi wielcy mistrzowie: Zbigniew Krzyszkowiak, Jerzy Chromik czy Kazimierz Zimny.

Inne szkoły treningu

Trening biegowy stawia pewne ograniczenia – można biegać bardzo dużo, bardzo szybko, można z przerwą lub bez przerwy, można stosować różne kombinacje tych wysiłków, ale możliwości dość szybko się kończą. Prędzej czy później w różnych częściach świata dochodzono więc do tych samych sposobów treningu. Największe bogactwo myśli odnotujemy nie w samym bieganiu, a w różnych mniej lub bardziej kompleksowych metodach wsparcia treningu, biegowych teoriach wszystkiego.

Takich kompleksowych metod powstawało wiele. Jednak tylko niektóre z nich były na tyle znaczące, że spotykały się z szerszym zainteresowaniem. Szkoła australijskiego trenera Cerutty’ego była jedną z pierwszych kompletnych biegowych filozofii. Rozwijała się w latach 50-70. XX wieku, ale w pewnym stopniu do dzisiaj ma wpływ na trening biegaczy. Nawiązywała do stylu życia w antycznej Sparcie. Żeby być dobrym biegaczem, należało nie tylko biegać – konieczna była kompletna zmiana sposobu życia. Należało stać się „stotanem” – współczesnym Spartaninem, poświęcającym się w pełni bieganiu. Trening w naturalnych warunkach powiązany był z dietą, kontemplacją natury, filozofią i poezją. Stotanin kładł się o zmierzchu i wstawał o świcie, nie jadał produktów opartych o białą mąkę, unikał papierosów, alkoholu i wszelkich trucizn. Biegał tylko po naturalnej nawierzchni.

Do całej tej filozofii i stylu życia Cerutty dołożył bardzo intensywny trening siłowy. To był wtedy ewenement – dźwiganie sztangi przez biegacza. Ale to połączenie dyscypliny, diety, biegania i treningu siłowego przyniosło znakomite rezultaty. Podopiecznym Cerutty’ego był m.in. Herb Elliott, w 1960 roku mistrz olimpijski na dystansie 1500 m. Wystarczy wpisać w google słowo „stotan”, żeby przekonać sie, że styl życia i treningu wymyślony i propagowany przez Cerutty’ego ma się dobrze do dzisiaj.

Szkołą treningu, która miała chyba największy wpływ na biegaczy na świecie, szczególnie w krajach anglosaskich, była metoda opracowana przez Arthura Lydiarda. Lydiard był nie tylko znakomitym trenerem, ale i niezmordowanym propagatorem swojej myśli treningowej. Wydawał książkę za książką, a kilkadziesiąt ostatnich lat swojego życia poświęcił na ciągłe jeżdżenie po świecie i udzielanie treningowych wykładów i szkoleń. Najbardziej znany, poza Nową Zelandią, był w Finlandii i USA. Do dzisiaj ogromna liczba trenerów na całym świecie przyznaje, że Lydiard wywarł największy wpływ na ich warsztat treningowy. „Kilometraż czyni mistrza” – to najbardziej znane powiedzenie Lydiarda.

W szkole Lydiarda najważniejsza była objętość oraz następowanie po sobie kolejnych faz treningu. Najważniejsza była pierwsza faza – conditioning, polegająca na bieganiu potężnej ilości kilometrów, koniecznie z umiarkowaną intensywnością, która nie powodowała powstawania deficytu tlenu w organizmie. Później następowała faza ćwiczenia siły na podbiegach, potem okres przedstartowy, w którym biegało się interwały – i wreszcie okres startowy, kiedy trening był bardzo łagodny, a całą energię wkładało się w starty. Trening Lydiarda był więc twórczym rozwinięciem wcześniej znanych i stosowanych metod.

Obecnie tendencja jest odwrotna – zaleca się biegaczom pić jak najwięcej. Dochodzi do takich sytuacji, że spora część maratończyków amatorów, bombardowanych zewsząd informacjami o konieczności pochłaniania ogromnych ilości płynów, dobiega do mety maratonu cięższa niż przed rozpoczęciem biegu! Tyle wmuszają w siebie napojów oraz przekąsek.

Podobne mody występują np. w odniesieniu do treningu wspomagającego, szczególnie siłowego. Istniały i istnieją szkoły, które atletyczne przygotowanie siłowe uważają niemal za podstawę treningu. Równocześnie zaś inne uważają trening siłowy za kompletną stratę czasu. Wśród najlepszych zawodników świata na różnych dystansach są tacy, którzy odwiedzają siłownię pięć razy w tygodniu oraz tacy, którzy ograniczają się do biegania w urozmaiconym terenie.

Piękno biegania polega m.in. na tym, że chociaż jest to bardzo prosty sport, do celu mogą prowadzić różne drogi. Wszystkie przedstawione tu metody treningowe mają swoje wady i zalety. Duże objętościowo bieganie bywa kontuzjogenne – potężnych obciążeń mogą nie wytrzymać mięśnie, stawy i kości. Wysoka intensywność interwałów potrafi kompletnie pozbawić energii, wypalić biegacza fizycznie i psychicznie. Niekonwencjonalna dieta bywa ryzykowna, podobnie jak nadużywanie czy nieużywanie treningu siłowego albo rozciągania. Mimo wszystko – nawet współczesny trening polega na ciągłym eksperymentowaniu. Nadal bowiem biegacze szukają sposobu na to, żeby pokonać swoje ograniczenia.

Wśród najnowszych nowinek treningowych są np. długie, intensywne biegi ciągłe pod górę – polegające na długotrwałej biegowej wspinaczce. Stosuje się metody precyzyjnego wyznaczania intensywności treningów – przy pomocy pomiaru poziomu kwasu mlekowego we krwi czy szybkości bicia serca w trakcie wysiłku. Popularny jest aquajogging – bieganie w specjalnej uprzęży w basenie, wzmacniające nogi, pozwalające utrzymać wysoką intensywność wysiłku, a przy tym eliminujące wstrząsy powstające w wyniku uderzania stopami o podłoże. W USA przebojem stały się namioty tlenowe – ograniczające dopływ tlenu w czasie snu – oraz bieżnie antygrawitacyjne. Biegacz korzystający z takiej bieżni wpina dolną część ciała w specjalny worek, w którym wytwarza się próżnię. Dzięki temu uzyskuje się wirtualny spadek wagi, można więc biec szybciej, minimalizując siłę wstrząsów.

Buduje się specjalne bieżnie, które można nachylać w dół lub w górę. Przy biegu w dół można dzięki temu pokonać naturalne  bariery szybkości. Od lat popularne są biegi z obciążeniem – przy pomocy specjalnej uprzęży ciągnie się za sobą ciężarek, a nawet spadochron czy oponę. Stosuje się też specjalne kamizelki z ołowianymi częściami, do biegów z obciążeniem. Istnieją też kamizelki lodowe – ze specjalnymi komorami do których wkłada się lód. Nosi się je przed startem w upalnych warunkach, opóźnia to tempo przegrzewania się mięśni i mózgu. W treningu wykorzystuje się sygnały dźwiękowe, pozwalające utrzymywać dokładnie zaplanowaną szybkość biegu. Wykonuje sie specjalne wkładki do butów oraz analizuje komputerowo krok biegowy – po to, żeby znaleźć optymalna dla danego zawodnika pozycję w biegu. Najlepsi biegacze mają buty wykonywane specjalnie dla nich, w kilku tylko egzemplarzach.

Technologia jest coraz bardziej zaawansowana, podobnie jak wiedza o ludzkim organizmie. Co jakiś czas wydaje się, że w treningu nie da się już wymyślić nic nowego – ale wciąż jesteśmy zaskakiwani. Dzięki temu padają kolejne rekordy, kolejne bariery „nie do pokonania”. Czy jednak w pogoni za coraz lepszymi wynikami, coraz skuteczniejszymi sposobami treningu aż tak bardzo różnimy się od naszych przodków, ścigających się z psami czy końmi?

Marcin Nagórek, „Cel: Biegacz doskonały”, fragment tematu numeru z magazynu Bieganie, grudzień 2009

DSC_0111_resize

Gotujemy jak kenijscy biegacze

Gotujemy jak kenijscy biegacze. Fot. Krzysztof Dołęgowski

Kenijscy biegacze jedzą mięso na kolację, bo wierzą, że da im to moc do treningu następnego dnia. Poza nim, na kenijskim talerzu znajdziemy ugali i warzywa. Na stole nie znajdziemy sztućców, trzeba poradzić sobie rękami. Zaprosiliśmy Kenijczyka do naszej kuchni.

 Jedzenie przygotował: Jimmy Omolo. Zdjęcia: Krzysztof Dołęgowski

Czy to kwestia mięsa na kolację? A może magicznej kaszy ugali? Albo opisywanego przez nas jakiś czas temu mleka, którym niczym szampanem wita się wracających do kraju lekkoatletów – mursiku? Wielu zachodziło już w głowę skąd biorą się sukcesy Kenijczyków. Bo kto interesujący się bieganiem na światowym poziomie nie zna nazwisk: Tergat (do 2007 rekordzista w maratonie, dwukrotny srebrny medalista olimpijski na 10 000 metrów), Rudisha, (aktualny mistrz świata na 800 metrów), Kipketer (wielokrotny mistrz świata na 800 metrów) czy Komen (mistrz świata na 5000 metrów)? Kenijczyk stał się w biegach średnich i długich synonimem biegacza szybkiego i niepokonanego. I chociaż to Etiopczyk Haile Gebrselassie zabrał maratońską koronę Paulowi Tergatowi – to nadal przywołując szybkich biegaczy z Czarnego Lądu, mówi się – Kenijczycy. W kolejną kulinarną podróż udajemy się zatem na kenijską kolację – jak zapowiada nasz kucharz, oczywiście Kenijczyk – Jimmy Omolo – bardzo typową.

Gotujemy jak kenijscy biegacze. Fot. Krzysztof Dołęgowski

Kenijczycy lubią jeść mięso. To rarytas – bardzo pożywny, bardzo smaczny i pomagający się dobrze regenerować. Pod nóż trafia wołowina – bo jest w Kenii powszechna, poza tym to czerwone mięso, zawierające sporo żelaza. Kroimy ją na kostki i gotujemy z odrobiną soli przez 10 minut. W tym czasie zajmiemy się sałatką.

Kachumbaru

To pokrojone na cząstki pomidory, z niezbyt drobno pokrojoną, świeżą cebulą. Połączymy je w półmisku, pokropimy cytryną i dodamy posiekaną drobno pietruszkę. Nie dodajemy żadnych przypraw poza odrobiną soli – warzywa zachowają dzięki temu swój własny smak i aromat. Przed podaniem sałatkę można trochę schłodzić w lodówce (pamiętając jednak, że pomidory nie lubią długiego przetrzymywania w zimnie).

Ugali

Niestety ta magiczna kasza, wspominana przez wielu jako tajne źródło sukcesu jest w Polsce nie do dostania. Ale Jimmy mówi, że jej bardzo dobrym zamiennikiem jest… kasza manna. Ugali jest bardzo powszechnym daniem – jada się je głównie po treningu, uzupełniając w ten sposób węglowodany, magazynując energię na następny dzień. Wsypujemy opakowanie kaszy (ok. 400 g) na 1 litr zagotowanej wody i dobrze mieszamy. Nie dodajemy żadnych przypraw. Pozostawiamy na bardzo małym ogniu przez kilka minut, żeby kasza dobrze odparowała. Ma być naprawdę gęsta. Najlepsza jest najmniej lepka – trzeba po prostu poeksperymentować z różnymi rodzajami.

Gotujemy jak kenijscy biegacze. Fot. Krzysztof Dołęgowski

Sukuma wiki

Na gorąco podamy danie z duszonej kapusty, pomidorów i cebuli. Sukuma to warzywo, którego używają Kenijczycy, ale można użyć kapusty pastewnej, jarmużu albo… połowę główki białej kapusty, dostępnej w polskim warzywniaku. Kroimy cebulę w średniej wielkości kostkę (po przekrojeniu na pół można ją opłukać ciepłą wodą – to oszczędzi nam trochę łez), wrzucamy na patelnię z odrobiną oliwy, podsmażamy. Dodajemy pokrojone na cząstki pomidory i pozostawiamy przez chwilę pod przykryciem. Dodajemy pokrojoną na kawałeczki kapustę i sól, dusimy pod przykryciem aż kapusta trochę zmięknie (ale dobrze, żeby została krucha).

Wołowina w sosie

Po 10 minutach zestawiamy mięso z gazu, nie odlewamy. Wywar przyda nam się do przygotowania sosu. Na drobnych oczkach ucieramy umytą i oczyszczoną marchew i siekamy drobno pietruszkę. Na patelni rozgrzewamy olej i podsmażamy cebulę pokrojoną w małe cząstki i drobno pokrojony czosnek (proporcje w zależności od upodobania). Dodajemy pokrojone w cząstki pomidory, solimy. Po chwili wrzucamy wyłowione kawałki mięsa i przyprawy – trochę ostrej papryki, tymianku, ziół prowansalskich, soli, albo gotowej przyprawy do mięs. Na patelnię trafia też marchew z pietruszką. Wszystko razem mieszamy, dolewamy pół litra wywaru z mięsa i dusimy wszystko razem jeszcze przez 10 minut.

Stół

W Kenii na stół trafiają duże, wspólne naczynia, z których będą jeść wszyscy zgromadzeni wokół. Bo tam jedzenie w domu na oddzielnych talerzach nie jest podobno dobrze postrzegane. My chyba lepiej się poczujemy nad swoim własnym talerzem. Nakładamy wszystkiego po trochu i podciągamy rękawy. Będziemy jeść rękoma łapiąc jednocześnie wszystkiego po trochu. Do posiłku można zaserwować sobie sporą szklankę mleka.

Cóż – brakuje tylko mursiku…

Gotujemy jak kenijscy biegacze. Fot. Krzysztof Dołęgowski


Kasza manna

Jest źródłem węglowodanów (76,7 g), witaminy B12, wapnia (17 mg/100 g), potasu (116 mg), magnezu (18 mg), fosforu (93 mg), selenu (8,50 mg) i sodu (3 mg). Zawiera 8,7 g białka, 1,3 g tłuszczu. Ma około 353 kcal na 100 g. W porównaniu z nią makaron dwujajeczny: 364 kcal, białko 12 g, tłuszcz 3,1 g, węglowodany 72 g. Ryż biały: 349 kcal, białko 6,7 g, tłuszcz 0,7 g, węglowodany 78,9 g. To nasze „ugali”.


Kapusta

Zawiera sporo witaminy C, najwięcej w głąbie. Jest bogata też w witaminy: K, B5, B6, PP, H. Nie należy jej za długo gotować, bo znaczna część witaminy C ulega zniszczeniu. Kapusta jest także źródłem: żelaza, potasu, wapnia, fluoru, krzemu. 100 g kapusty zawiera tylko od 20 do 50 kalorii (w zależności od rodzaju), a przy okazji daje na dość długo uczucie obfitości. Białko: 1,7 g, tłuszcz 0,2 g, węglowodany 7,4 g.


Pomidory i cebula

Pomidory są niskokaloryczne (18 kcal/100 g) i zawierają wiele witamin i minerałów: witaminę C (15 mg), A (0,38 mg), B1, B2, B6, magnez (10 mg), fosfor (24 mg), żelazo (0,4 mg), sód (1,2 mg), wapń (10 mg), potas (280 mg). Cebula jest źródłem witaminy C (7,4 g), wapnia (23 mg), fosforu (29 mg), magnezu (0,129 mg), żelaza (0,21 mg), sodu (4 mg) i potasu (146 mg). Związki siarki hamują rozwój mikroorganizmów chorobotwórczych.


Mięso wołowe

To przede wszystkim źródło białka – budulca dla naszych mięśni. Ma sporo fosforu i żelaza. Jest głównym źródłem witaminy B12 (2,95 µg), B6 (0,39 mg), PP (3,23 mg) oraz żelaza (1,91 mg), wapnia (7 mg), magnezu (19 mg), fosforu (177 mg), potasu (306 mg), sodu (58 mg), cynku (3,75 mg). 18,7 g na 100 to białko, 17,1 g – tłuszcz. Kaloryczność ok. 234 kcal/100 g.

Gotujemy jak kenijscy biegacze. Fot. Krzysztof Dołęgowski

 Magda Ostrowska-Dołęgowska, „Gotujemy po kenijsku”, Bieganie, czerwiec 2011

Solinsky5K

Kto biega 10 kilometrów poniżej 27 minut?

Chris Solinsky. Fot. Wikimedia Commons

Chris Solinsky. Fot. Wikimedia Commons

Ilu zawodników złamało do tej pory granicę 27 minut na dystansie 10 000 metrów? Odpowiedź: 31. Ilu spośród nich pochodzi z Afryki? Odpowiedź: 30. Jedynymi białymi w tym towarzystwie są Amerykaninie Chris Solinsky, który swojego wyczynu dokonał w maju 2010 roku*.

*Tekst pochodzi z kwietnia 2011 roku. Od tamtej pory do grona białych, którzy pobiegli poniżej 27 minut na dychę, dołączył Galen Rupp.

A teraz zerknijmy na jeszcze ciekawsze porównanie. Pierwszy wykres pokazuje zależność między wynikami a wagą zawodników, którzy zeszli poniżej 27 minut na 10.000 metrów. Na osi X – czasy (im bliżej wartości 0 tym lepszy wynik), a na osi Y – masa ciała każdego z nich. Pytanie dla ambitnych: która kropka oznacza Solinsky’ego?

WYKRES 10 KM PONIZEJ 27 MINUT. Rys. Magda Ostrowska-Dołęgowska

 Rys. Magda Ostrowska-Dołęgowska

Tak, to nie pomyłka. Solinsky waży 73 kilogramy, podczas gdy średnia waga pozostałych 30. zawodników to 55,6 kg, przy czym najcięższy spośród całej trzydziestki waży 64 kg – czyli o całe 9 kilo mniej niż Amerykanin. Dodajmy do tego drugi wykres – wzrost. Otóż średnia wysokość  afrykańskiej trzydziestki to 169 cm (przy czym najwyższy z nich miał 1,82 m). Solinsky mierzy 185 cm.

Wzrost biegaczy osiągających czas poniżej 27 minut na 10 km. Rys. Magda Ostrowska-Dołęgowska

 Wzrost biegaczy osiągających czas poniżej 27 minut na 10 km. Rys. Magda Ostrowska-Dołęgowska

Wnioski? Nazbyt pochopny brzmi zapewne, że niski wzrost i niska masa ciała gwarantują sukcesy w biegach długich. Gwarantować nie gwarantują, ale wygląda na to, że… bardzo się przydają. Dodajmy do tego genialne warunki do treningu i naturalny tryb życia, a wyczyn Solinsky’ego będzie jeszcze bardziej godny uznania.

Na marginesie jeszcze jedna ciekawostka. Interesującą zależność zaobserwował przed mniej więcej dekadą Frank Marino, który w roku 2010 badał wpływ wagi na wyniki w biegach. Otóż próba na dystansie 8 kilometrów pokazała, że o ile w wysokiej temperaturze lżejsi biegacze uzyskują lepsze wyniki niż ciężsi, o tyle test w warunkach chłodu wykazał… brak różnic w osiąganych rezultatach.

Waga biegaczy osiągających czas poniżej 27 minut na 10 km. Rys. Magda Ostrowska-Dołęgowska

 Waga biegaczy osiągających czas poniżej 27 minut na 10 km. Rys. Magda Ostrowska-Dołęgowska

Ale i tak nie zmienia to faktu, że Afrykanie wygrywają z resztą świata talentem.

Marek Tronina, „10 kilometrów poniżej 27 minut?”, Bieganie kwiecień 2011

Kiprotich Kirui Kenijczycy

Co kryją w sobie nazwiska Kenijczyków?

Kenijka Florence Kiplagat świętuje z kolegami zwycięstwo w półmaratonie w Barcelonie i nowy rekord świata kobiet. Fot. PAP

Fot. PAP

Z oglądaniem Kenijczyków na zawodach jest problem. Ponieważ mają inny kolor skóry, dla Europejczyków wydają się do siebie bardzo podobni. W dodatku gdy oglądamy biegaczy, z których każdy jest bardzo szczupły, a wszyscy podobnie ubrani – problem się jeszcze pogłębia. I te nazwiska…

Kenię zamieszkuje około 41 milionów ludzi, ale ci, którzy przyjeżdżają na wielkie zawody lekkoatletyczne, wywodzą się zwykle z Doliny Ryftowej – regionu w środkowo-zachodniej Kenii, zamieszkałego głównie przez plemiona Kikuyu, Masajów i Kalenji.

Z tego ostatniego (które stanowi zaledwie 13% mieszkańców kraju) pochodzi najwięcej wybitnych biegaczy i to ich tradycyjne nazwiska zaczynające się na „Kip” – u mężczyzn lub „Chep” – u kobiet powodują zamieszanie. Zestaw jest w sumie niewielki – stąd powtórzenia. Pochodzenie nazwisk jest bardzo proste. Pomyśleliśmy, że jeśli je zgłębimy i rozszyfrujemy najbardziej charakterystyczne – łatwiej będzie je zapamiętać i kojarzyć.

Kiplagat – jest co najmniej siedmiu wybitnych biegaczy o tym nazwisku – zarówno kobiet jak i mężczyzn (Edna, Lornah, Silas, Florence itd.). Oznacza ono „urodzony wieczorem” – bardziej poetycko „syn zmierzchu”. Bernard Lagat – wybitny biegacz w barwach USA – nosi jego skróconą wersję.

Urodzony o poranku to Kipkoech.

Kiprop – też bardzo popularne (np. Asbel Kiprop – złoty medalista z Pekinu na 1500 m). Urodzony w czasie ulewy.

Kipchoge – ten, który przyszedł na świat w spichrzu. Znane dzięki Kipchoge „Kip” Keino, pierwszemu z wielkich długodystansowców kenijskich, zdobywcy m.in. złotego medalu na 1500 m w na IO w Meksyku w 1968 roku, który uznaje się za początek dominacji Kenijczyków na długich dystansach.

Keitany (np. Mary – rekordzistka świata w półmaratonie zwyciężczyni maratonu w Londynie)

To skrócona żeńskiego nazwiska Chepkeitany – urodzona w czasie dojenia krów.

Nazwiska Kiprono, Kiprotich oznaczają urodzonych po południu – w czasie, gdy owce i kozy (Kiprono) lub krowy (Kiprotich) schodzą z pastwiska. Mistrz olimpijski w maratonie w Londynie Stephen Kiprotich co prawda reprezentuje Ugandę, ale urodził się tuż przy kenijskiej granicy. Pochodzi z plemienia Kalenji i trenuje w sercu kenijskiego zagłębia biegowego w Eldoret wraz z innymi Kenijczykami.

Kiptanui – oznacza, że w czasie porodu ktoś zemdlał (Moses Kiptanui – wybitny przeszkodowiec z lat 90.).

Kipketer – nazwisko byłego rekordzisty świata na 800 m, szkolonego przez wybitnego polskiego trenera, oznacza „urodzony na dworze obok chaty”.

Kimutai – osoba, która przyszła na świat po bardzo długim porodzie (najbardziej znani biegacze akurat mają skróconą wersję tego nazwiska – Geoffery Mutai – człowiek, który najszybciej pokonał trasę maratonu bostońskiego – 2:03:02 i Emmanuel Kipchirchir Mutai – rekordzista trasy maratonu londyńskiego – 2:04:40. Drugie imię Emmanuela wprowadza trochę zamieszania – Kipchirchir oznacza bowiem bardzo krótki i bezbolesny poród. O co chodzi? Trzeba by zapytać jego mamę.

Robert Cheruiyot – przykład zamieszania, bo jest ich dwóch i obaj zwyciężali w maratonie bostońskim. Jest też Vivian Cheruiyot – mistrzyni świata na 5 i 10 tysięcy metrów. Cheruiyot oznacza „mieszkający u mamy”, „maminsynek”.

Obracając nazwiskami z Kenii wstyd by było pominąć aktualnego rekordzistę świata w maratonie – Patricka Makau Musyoki, choć jego miano pochodzi spoza „zestawu” charakterystycznego dla Kalenji. Należy on do plemienia Kamba, mającego mniej przedstawicieli na bieżni i ulicy. Makau oznacza urodzonego w czasie wojny, a Musyoki – reinkarnację zmarłego członka rodziny.

W przypadku rekordzisty świata na 800 m – Davida Lekuty Rudishy – udało się rozszyfrować tylko jeden jego człon – oznaczający „tego, który powraca”. Rudisha wywodzi się z plemienia Masajów.

Krzysztof Dołęgowski, „Mistrz się narodził, gdy krowy schodziły z pastwiska”, Bieganie, październik 2012