fbpx

Bariery w sporcie siedzą w głowie

Trzmiel - podobno naukowcy stwierdzili, że z biorąc pod uwagę zasady aerodynamiki nie powinien umieć latać. Ale lata, bo nie wie co mówią naukowcy. Rys. istockphoto.com, Magda Ostrowska-Dołęgowska.

Trzmiel – podobno naukowcy stwierdzili, że z biorąc pod uwagę zasady aerodynamiki nie powinien umieć latać. Ale lata, bo nie wie co mówią naukowcy. Rys. istockphoto.com, Magda Ostrowska-Dołęgowska.

Na każdym dystansie, w każdej konkurencji czy dyscyplinie istnieją tzw. „kresy ludzkich możliwości”, bariery nie do pokonania. I nagle zjawia się ktoś, kto się z nimi rozprawia, pokazując innym, że można. Rozsypuje się worek z rekordami. Jak to możliwe?

Gdy 6 maja 1954 roku 25-letni Brytyjczyk Roger Bannister jako pierwszy w historii przebiegł 1 milę poniżej 4 minut, cały sportowy świat oniemiał z zachwytu. Oto bowiem to, co do tej pory wydawało się absolutnie niemożliwe, nagle stało się faktem, potwierdzając tym samym tezę, że sport jest wolny od jakichkolwiek granic, a brak nowych rekordów jest tylko i wyłącznie kwestią barier psychologicznych.

W ciągu 12 miesięcy od słynnego 3:59,4 Bannistera, aż czterem innym biegaczom udało się pokonać niewyobrażalną dotąd granicę 4 minut. Zaledwie 45 dni wystarczyło, by największy konkurent Brytyjczyka, John Landy z Australii, przebiegł ten dystans jeszcze szybciej – w czasie 3:57,9. Po nim miały miejsce kolejne rekordy, a ostatnim najszybszym milerem w historii stał się Hicham El Guerrouj, który podczas zawodów w Rzymie w 1999 roku wyśrubował wynik do 3:43,13. Worek rekordów, jaki otworzył Bannister swym historycznym wyczynem, nie był żadnym przypadkiem, a jedynie naturalną konsekwencją tego świetnego startu. Brytyjczyk udowodnił bowiem, że niemożliwe stało się możliwe, że nadludzka dotąd granica jest tak naprawdę realna do osiągnięcia, wobec czego i inni uwierzyli, że czas zapoczątkowany cyfrą „3” leży w zasięgu ich możliwości. Owe magiczne 4 minuty okazały się jedynie barierą psychologiczną, która blokowała postęp zawodników i uniemożliwiała im osiąganie lepszych rezultatów. Dziś taką barierę stanowi 3:40, ale i na każdym innym dystansie i w każdej innej konkurencji czy dyscyplinie istnieją tzw. „kresy ludzkich możliwości”. Ich żywotność zależy jednak zawsze od tego, kiedy dany sportowiec uświadomi sobie, że i ta bariera jest tylko granicą psychologiczną, a wówczas drzwi do kolejnego rekordu zostają otwarte.

Skąd się biorą bariery wynikowe?

Żyjemy w świecie, w którym z każdej strony napotykamy na różnego rodzaju granice psychologiczne. Najprostszy przykład? Wszechobecne 29,99 zł za opakowanie Isostara z bidonem zamiast 30 zł. Niby nic, niby tylko 1 grosz, a jednak już dawno temu specjaliści od marketingu wpadli na pomysł, aby ceny określać w taki właśnie sposób. Ma to swoje racjonalne uzasadnienie w praktyce, ponieważ klient sugerując się cyfrą z przodu, chętniej sięgnie po towar, którego cena rozpoczyna się od niższego nominału. Nasz mózg z łatwością ulega tej psychologicznej iluzji, przez co 30 zł wydaje się dużo droższe niż 29,99! Podobna sytuacja ma miejsce w sporcie, choć w zależności od konkurencji może mieć zróżnicowany kierunek. Tyczkarz z łatwością zaliczy 5,99 m, ale wskoczyć do elitarnego grona sześciometrowców nie jest tak łatwo. 10 sekund na setkę – proszę bardzo, ale 9,99 dla wielu stanowi już mentalny problem. W świecie amatorów jest podobnie. Możemy biegać w tempie 5 min/km i jednocześnie uważać, że 49:59 na dychę jest czasem nieosiągalnym, podobnie jak złamanie 3 godzin w maratonie, mimo życiówki na poziomie 3:01. Podobnych barier wynikowych można by wyliczać całe mnóstwo. Czy zatem faktycznie chodzi o tę jedną sekundę, minutę czy centymetr? Nie. Bo sam wynik nie stanowi przeszkody. Przeszkodą jesteśmy my sami i nasze myślenie o danym rezultacie. Podświadomie tworzymy bariery, które nie istnieją w rzeczywistości, natomiast są bardzo żywe w naszym umyśle. „Każdy sportowiec, niezależnie od prezentowanego poziomu, tak jak i każda dyscyplina ma swoje własne psychologiczne bariery wynikowe” – uważa psycholog sportowy Tedd Garret. „To one w większości przypadków odpowiadają za stagnację w danej konkurencji” – dodaje. Istotnie, bariery wynikowe urastają do miana czegoś absolutnie niemożliwego do osiągnięcia, w związku z czym większość zawodników traci wiarę w możliwy sukces i nadal stoi w miejscu, zamiast zintensyfikować swoje wysiłki, by osiągnąć upragniony cel. Zasadne staje się zatem pytanie, po co sportowiec tworzy takie granice, skoro nie przynoszą one niczego dobrego, a wręcz blokują osiąganie dobrych rezultatów?

W ciągu 12 miesięcy od słynnego 3:59,4 Bannistera, aż czterem innym biegaczom udało się pokonać niewyobrażalną dotąd granicę 4 minut. Zaledwie 45 dni wystarczyło, by największy konkurent Brytyjczyka, John Landy z Australii, przebiegł ten dystans jeszcze szybciej – w czasie 3:57,9.

Odpowiedź niestety nie jest ani prosta, ani tym bardziej jednoznaczna, jako że natura ludzka jest w wielu przypadkach nieprzewidywalna i wymyka się jakimkolwiek racjonalnym regułom. Człowiek lubi utrudniać sobie życie, choć robi to w sposób absolutnie niezamierzony. Jednym z przejawów owego pociągu do komplikowania sobie życia i kariery sportowej jest wszechobecne myślenie negatywne, które jest podstawą tworzenia barier wynikowych. Jeśli biegacz głęboko wierzy w to, że nie jest w stanie zejść poniżej 4 minut na jedną milę, to na mecie faktycznie uzyska dużo gorszy czas, ponieważ na nieuświadomionym poziomie jego ciało będzie robiło wszystko, aby potwierdzić negatywne myśli. Działa tu powszechnie znane zjawisko „samospełniającego się proroctwa”, które polega na urzeczywistnianiu się naszego sposobu myślenia. Jeśli więc tworzymy czarne wizje dotyczące danego wyniku – nie bijemy rekordów. Brak rekordów z kolei utwierdza nas w przekonaniu, że określony rezultat jest niemożliwy do osiągnięcia i koło się zamyka.

W większości przypadków bariery psychologiczne są pochodną niezwykle popularnego w sporcie nastawienia na wynik, a nie na jakość wykonania. Takie podejście jest prawdziwą zmorą wszystkich psychologów pracujących ze sportowcami, ponieważ stanowi główne źródło wszelkich problemów. Niemal każdy biegacz koncentruje się tylko i wyłącznie na rezultacie, jaki chce osiągnąć, a nie zaś na tym, by pobiec najlepiej, jak potrafi. Niby subtelna, nic nie znacząca różnica, a jednak ma ogromne znaczenie. Wynik jest tak naprawdę czymś, nad czym nie mamy bezpośredniej kontroli, ponieważ składa się na niego wiele różnych czynników (np. pogoda, dyspozycja przeciwników, przebieg rywalizacji). To natomiast, nad czym mamy kontrolę, to dołożenie wszelkich starań, aby pobiec jak najszybciej, jak najlepiej technicznie i w sposób satysfakcjonujący nas samych. Nie koncentrując się na wyniku, jaki chcemy osiągnąć, niejako pozbywamy się lęku przed nim, wobec czego jesteśmy w stanie biegać bez dodatkowego obciążenia psychicznego, co z reguły przekłada się na wzrost efektywności działania. Gdyby rywale Bannistera nie zaprzątali sobie niepotrzebnie głowy magicznymi 4 minutami, a po prostu skupili się na biegu – pewnie to oni przeszliby do historii światowego sportu.

Powszechnym zjawiskiem jest odgórne zakładanie, że czegoś nie jesteśmy w stanie zrobić, że coś jest dla nas zbyt trudne, że jesteśmy za słabi, za starzy, że za dużo ważymy, że nie mamy silnej woli, słowem, zawsze „coś”, byle tylko nie uwierzyć, że może się udać.

Uwierzyć, że to jest możliwe

Roger Bannister w odróżnieniu od swoich konkurentów nie poddał się ani pokusie negatywnego myślenia, ani nie koncentrował się na wyniku. Jedyny cel, jaki mu przyświecał, to przebiec milę najszybciej jak to tylko możliwe. Wszystko wokół wydawało się go nie interesować. I całe szczęście, bo gdyby zamiast we własne siły, uwierzył w pseudonaukowe rewelacje amerykańskich specjalistów, na rekord musielibyśmy pewnie jeszcze długo poczekać. Bardzo liczne badania zacnych profesorów dowodziły, iż budowa ludzkiego organizmu uniemożliwia pokonanie mili w czasie poniżej 4 minut, co dla wielu mogło być wystarczającym powodem, by uznać nowy rekord za nieosiągalny. Brytyjczyk nie pozwolił jednak, aby powszechna niewiara w przełamanie bariery zagnieździła się w jego głowie, burząc tym samym pozytywne nastawienie do startu. Co więcej, nawet niesprzyjające warunki, jakie panowały tego dnia na trasie (śliska od deszczu nawierzchnia, silny wiatr) oraz popełniony z podekscytowania falstart, nie były w stanie stłumić jego pewności siebie. Bannister wierzył, że biegnąc najlepiej jak potrafi, może osiągnąć rekordowy wynik, że granica 4 minut nie jest rzeczywistym kresem możliwości człowieka, a jedynie sztucznie nadmuchaną barierą hamującą sportowy potencjał – oto cała tajemnica jego wielkiego wyczynu!

Sukces Brytyjczyka udowodnił, że sportowcy mogą osiągnąć to, w co potrafią uwierzyć. W przypadku wielu z nas jest jednak zupełnie odwrotnie. Powszechnym zjawiskiem jest odgórne zakładanie, że czegoś nie jesteśmy w stanie zrobić, że coś jest dla nas zbyt trudne, że jesteśmy za słabi, za starzy, że za dużo ważymy, że nie mamy silnej woli, słowem, zawsze „coś”, byle tylko nie uwierzyć, że może się udać. Taki sposób myślenia oparty na stwierdzeniu „nie potrafię” wyklucza osiąganie sukcesów i pogoń za rekordami, a tym samym blokuje jakikolwiek rozwój, sprzyjając podtrzymywaniu psychologicznych barier.

Aby temu zapobiec, należy skoncentrować się na cudownym słowie „POTRAFIĘ”, które nie jest tylko i wyłącznie zwykłym sloganem, ale naprawdę posiada dużą moc sprawczą. Wiara we własne możliwości i umiejętności pociąga za sobą szereg zmian zachodzących w naszym organizmie, zarówno na poziomie biochemicznym, jak i umysłowym. Mamy bowiem do czynienia ze wzrostem motywacji, zaangażowania, pewności siebie, poprawą poziomu koncentracji uwagi i zwiększonym pobudzeniem – słowem, od strony mentalnej i fizjologicznej jesteśmy przygotowani do walki o cele, jakie sobie postawiliśmy. „Jeśli wierzysz, że możesz osiągnąć sukces, znikają wszelkie bariery. Żaden wynik nie jest w stanie cię zatrzymać i zburzyć twojej pewności siebie. Nieważne, czy to jest 9 s na setkę, czy 9 metrów w skoku w dal” – uważa profesor psychologii Kenneth Roberts z Kanady. Każdy rekord – niezależnie od tego, czy jest to własny, skromny Personal Best, czy też oddziałujący na masową wyobraźnię rekord świata – ma swój początek w głowie zawodnika. To w umyśle tworzy się granice nie do pokonania lub się je obala. Dzięki tej wiedzy jesteśmy w stanie dostrzec i zrozumieć, że większość barier wynikowych rzadko ma coś wspólnego z realnym kresem ludzkich możliwości. I tylko ci zawodnicy, którym się to udaje, zostają prawdziwymi mistrzami.

Wiara we własne możliwości i umiejętności pociąga za sobą szereg zmian zachodzących w naszym organizmie, zarówno na poziomie biochemicznym, jak i umysłowym.

Metoda na barierę

Wiara w siebie, która pozwala uczynić z niemożliwego coś absolutnie realnego i „ludzkiego”, jest niewątpliwie podstawowym orężem w walce z psychologicznymi barierami. Warto wskazać jednak na kilka innych, równie skutecznych patentów, których zastosowanie pomaga uwolnić nasz umysł od wszelkich ograniczających przekonań.

Do najbardziej popularnych metod zalicza się trening wyobrażeniowy, którego istota polega na tworzeniu obrazów lub całych scenariuszy tego, co chcemy osiągnąć. Jeżeli zatem święcie wierzymy w to, że nigdy nie zdołamy złamać 40 minut na dychę, to odtwarzajmy w umyśle bieg, w którym nam się to udaje. Ta prosta metoda nie ma nic wspólnego z szamańskimi praktykami, a jest jednym z potwierdzonych naukowo sposobów radzenia sobie z obawą przed wynikiem. Szeroko zakrojone badania, zapoczątkowane jeszcze w latach 30. ubiegłego stulecia, dostarczyły dowodów, iż wyobrażanie danej czynności wywołuje wzmożoną aktywność impulsów wysyłanych do mięśni, w efekcie czego organizm sportowca zachowuje się tak, jakby uczestniczył w tej aktywności, bez jej rzeczywistego wykonywania. Wielokrotne odtwarzanie tych samych wyobrażeń powoduje oswojenie się z ich treścią i towarzyszącymi im emocjami. W rezultacie, wspomniana wcześniej granica 40 minut przestaje być już taka straszna, w myśl starej zasady, że najbardziej boimy się tego, co nieznane. Poprzez liczne odtworzenia w umyśle, bariera zaczyna być traktowana jako bardziej „przyjazna”, a to pociąga za sobą obniżenie lęku wobec niej. W efekcie wynik, który z początku stanowił poważną barierę psychologiczną, zostaje sprowadzony do poziomu wyzwania, któremu można sprostać.

Oprócz stosowania wyobrażeń, „nieosiągalne wyniki” warto oswajać także za pomocą bardziej namacalnych metod. Jedną z nich jest na przykład zapisanie upragnionego wyniku na kartce, a następnie umieszczenie jej w ramce w widocznym miejscu na ścianie. Wielu biegaczy „zdobi” napisami swoje bidony lub buty, dzięki czemu cel, do którego dążą, staje się częścią ich życia, a nie jest tylko i wyłącznie jakąś czasową granicą, która działa na ludzką wyobraźnię.

Jeśli chce się wygrywać, nie można mieć w głowie śmieci. Nie wolno myśleć ani o rywalu, ani o cyfrach, bo w ten sposób tworzymy niepotrzebne przeszkody.

Należy jednak pamiętać, aby osiągnięcie danego rezultatu nie stało się nigdy celem samym w sobie, ponieważ tak jak już wspomniano, wynik jest jedynie pochodną dobrego bądź złego występu. Cała nasza uwaga powinna zatem koncentrować się na działaniu, które jest jedynym elementem, nad którym mamy bezpośrednią kontrolę. Nastawienie na mistrzowskie wykonanie zadania, w odróżnieniu od nastawienia wynikowego zabezpiecza nas przed zbytnią dekoncentracją, ponieważ skupiamy się tylko i wyłącznie na jak najszybszym dotarciu do mety. Niestety i wielkim mistrzom zdarza się o tym zapomnieć. Carl Lewis w finale biegu na 100 m podczas Igrzysk Olimpijskich w Seulu przegrał nieoczekiwanie z Benem Johnsonem, mimo że był murowanym kandydatem do złota. Współpracujący z Lewisem psycholog bardzo szybko postawił diagnozę: „Przegrałeś dlatego, że biegłeś po torze Bena”. Amerykanin zrozumiał sens tej wypowiedzi dopiero po obejrzeniu zapisu wideo. Okazało się, że zamiast skupić się całkowicie na wykonywanym zadaniu – kilkakrotnie rzucił spojrzenie na tor swojego konkurenta, co zbytnio rozproszyło jego uwagę i w konsekwencji doprowadziło do porażki.

Ten przykład doskonale ilustruje, jak duże znaczenie ma to, o czym myślimy podczas startu. Jeżeli zawracamy sobie głowę konkurentami, barierami wynikowymi, czy tym, że jesteśmy w słabej formie – na pewno nie osiągniemy sukcesu. „Jeśli chce się wygrywać, nie można mieć w głowie śmieci. Nie wolno myśleć ani o rywalu, ani o cyfrach, bo w ten sposób tworzymy niepotrzebne przeszkody. Myślmy, że potrafimy, że jesteśmy w stanie pokonać wszystko i wszystkich. To najprostszy sposób na pokonywanie barier w sporcie” – radzi prof. Kenneth Roberts.

Polecam zatem, aby wcielić tę prostą zasadę w życie i w ten sposób uwolnić się od wszelkich ograniczeń, które hamują nasz biegowy rozwój. Warto pamiętać, że sportowcy zawsze będą tworzyć nowe bariery wynikowe, ponieważ na tym polega specyfika rekordów. Uświadomienie sobie jednak, że w większości wypadków nie są to fizyczne kresy ludzkich możliwości, ale granice tkwiące w naszych głowach – pozwala skuteczniej stawiać im czoła. Bo na szczęście w odróżnieniu od biologii, z barierami psychologicznymi można, a wręcz należy walczyć, a ci, którzy wychodzą z tej potyczki zwycięsko – biją rekordy – i to nie tylko te o światowym zasięgu.

Agata Kołacińska, “Jak dokonać rzeczy niemożliwych?”, Bieganie, czerwiec 2011

Jedno przemyślenie nt. „Bariery w sporcie siedzą w głowie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger