fbpx

Doping w sporcie. Paszport biologiczny a sprawa turecka

Autor: Marcin Nagórek • 13.02.2014

Asli Cakir Alptekin. Fot. Wikimedia Commons Erik Van Leeuwen

Asli Cakir Alptekin. Fot. Wikimedia Commons Erik Van Leeuwen

W cieniu wydarzeń sportowych IAAF rozgrywa właśnie zakulisową bitwę o ważność werdyktów antydopingowych opartych o paszport biologiczny. Pretekstem jest przypadek tureckiej byłej mistrzyni olimpijskiej Asli Cakir.

Paszport biologiczny to umowna nazwa nowego sposobu wykrywania dopingu: nie na podstawie obecności zakazanej substancji, ale zmian, które wywołuje. Od zawodników pobiera się w różnym okresie próbki krwi, które następnie bada pod kątem zmian zachodzących w różnych obszarach. Naukowcy wytypowali, jakie wskaźniki ulegają zmianie pod wpływem dopingu. Zmiany te utrzymują się długo po tym, gdy zakazanej substancji nie ma już w organizmie.

Co więcej, można je dokładnie prześledzić na przestrzeni czasu i w ten sposób odkryć, kiedy biegacz zaczął stosować niedozwolone wspomaganie. Dzięki temu unika się sytuacji, gdy dopingowicz zachowuje medal, bo np. test został wykonany dopiero dwa dni po zawodach i nie ma dowodów na to, że substancja była w organizmie już wcześniej. Na podstawie paszportu biologicznego unieważnia się wyniki nawet o rok czy dwa wcześniejsze.

System funkcjonuje od niedawna i cały czas nabiera rozpędu. Badania zmian są bowiem tym skuteczniejsze, im więcej zgromadzi się próbek danego zawodnika na przestrzeni czasu. Wykrywalne są wtedy nawet nieznaczne zmiany stężeń różnych substancji. Oczywiście dyskwalifikacja nie jest automatyczna – wcześniej bada się, czy zmiany nie nastąpiły np. wskutek choroby czy zażycia innych, dozwolonych substancji.

W ciągu ostatnich trzech lat paszport biologiczny wywołał prawdziwy pogrom wśród dopingowiczów. Wpadały przede wszystkim podejrzewane od dawna sportsmenki z Rosji, Maroka oraz Turcji. Nie jest tajemnicą, że system badań był dziurawy. Aby wpaść, dopingowicz musiał zostać ujęty względnie szybko po zażyciu zakazanego środka. Biegacze stosujący doping starali się unikać kontroli i spożywać środki wtedy, gdy ryzyko kontroli było najmniejsze. Paszport biologiczny znacznie utrudnił tę możliwość. Nie trzeba bowiem np. szukać we krwi EPO, które znika nawet po dwóch dniach od zażycia, ale bada się efekt jego spożycia we krwi, trwający kilka miesięcy.

Jedną z najgłośniejszych ofiar nowego systemu została Turczynka Asli Cakir Alptekin. Podczas Igrzysk Olimpijskich ona i jej rodaczka Gemze Bulut wywołały prawdziwą konsternację. Nieznane wcześniej, znienacka szturmem zdobyły światowe areny, praktycznie miażdżąc najmocniejsze rywalki, znane od lat biegaczki. Zajęły pierwsze i drugie miejsce w biegu na 1500 metrów, zwyciężając z ogromną łatwością. Warto przy tym przypomnieć, że w podobnych okolicznościach polska pływaczka Otylia Jędrzejczak straciła medal olimpijski w 2008 roku w Pekinie – dwie zupełnie nieznane chińskie pływaczki zajęły dwa pierwsze miejsca, bijąc w niesamowitym stylu rekord świata. Otylia dopłynęła na czwartym miejscu.

Tego typu osiągnięcia budzą zrozumiałe podejrzenia znawców sportu. Problem polega na tym, że o ile nie jest łatwo uniknąć badań antydopingowych, będąc znanym sportowcem, tak praktycznie bezkarnie można koksować się, będąc poza światową czołówką. Koszty badań są na tyle duże, że bada się głównie najlepszych. Co więcej, logiczne jest, że nie bada się zawodniczek, o których nikt wcześniej nigdy nie słyszał. Istnieje więc teoretyczna możliwość wytrenowania kogoś takiego w ukryciu, bez startów w ważnych zawodach, a następnie od razu zdobycia szturmem Igrzysk Olimpijskich.

Chinki w Pekinie pływały jeszcze przed wprowadzeniem paszportu, trudno więc oceniać ich sukcesy, ale Turczynki miały pecha. Już wkrótce Alptekin została zdyskwalifikowana na podstawie wskazań paszportu i odebrano jej medal. Nie było to dla nikogo zaskoczeniem. Bulut uniknęła na razie kary, ale nie wygląda na to, żeby mogła odnosić dalej sukcesy. W 2013 wystartowała tylko raz w zawodach, notując bardzo przeciętny czas na dystansie 5000 metrów. Mówiąc inaczej – z nieznanej zawodniczki stała się nagle wicemistrzynią olimpijską, a potem, gdy zaczęto ją regularnie badać, przestała odnosić sukcesy.

Jakież było zaskoczenie całego świata, gdy jesienią zeszłego roku Turecki Związek Lekkiej Atletyki… cofnął karę Alptekin. Argumentacja była szokująca: w organizmie biegaczki nie znaleziono zakazanej substancji, czyli nie jest winna. Było to podważenie samej idei paszportu biologicznego. W ostatnich dniach IAAF, czyli światowy związek, ogłosił jednak, że unieważnia to unieważnienie, Turczynka pozostaje zdyswalifikowana.

Ostateczną decyzję podejmie najwyższa instancja zajmująca się takimi sprawami: Sportowy Sąd Arbitrażowy w Lozannie. Jeśli sędziowie przychyliliby się do argumentacji Turków, oznaczałoby to w praktyce zdemolowanie paszportu biologicznego. Byłby to precedens umożliwiający podważenie innych dyskwalifikacji. Sport straciłby najważniejszą broń w walce przeciwko dopingowiczom. Wydaje się to mało prawdopodobne, ale ryzyko istnieje. Sprawa turecka będzie najważniejszym, ostatecznym testem paszportu i każdy uczciwy sportowiec powinien trzymać kciuki, żeby IAAF przedstawiło odpowiednie argumenty.

Warto przy tym przywołać kontekst dyskwalifikacji: w zeszłym roku na dopingu wpadło ponad 30 tureckich lekkatletów. Słyszy się głosy mówiące o tym, że doping jest w tym kraju niemal tak powszechny jak w byłej Republice Demokratycznej Niemiec. Dla Turków walka o oczyszczenie swojej mistrzyni olimpijskiej jest więc walką o odzyskanie wiarygodności w świecie sportu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger