fbpx

Gorce Ultra-Trail oczami Run Into the Wild [RELACJA]

Fot: Ultalovers/Jacek Deneka

Fot: Ultalovers/Jacek Deneka

Chyba szykowałem się na GorceUltra Trail 84 z myślą o najważniejszym starcie w tym roku, tak podświadomie. Chciałem coś sobie udowodnić po Rzeźniku, gdzie polecieliśmy lekko poniżej oczekiwań, a na koniec pogoda popsuła zabawę. Muszę przyznać, że jadąc na Gorce myślałem, ba, marzyłem o pierwszej dziesiątce i złamaniu 11 godzin.

Do Ochotnicy Dolnej przejeżdżam z zakręconą ekipą Oliwia Żak, dzięki jeszcze raz za pomoc! Melduję się w swojej kwaterze na Młynnem i potem kursuję z buta do Biura Zawodów i Restauracji OCH, na szczęście mam tam tylko 2-3km i utrzymuje mnie to w optymalnej formie! Ochotnica Dolna mnie urzekła, nigdy tu wcześniej nie byłem, choć biegałem już w Gorcach kilkukrotnie to przeważnie od strony Nowego Targu. Cisza i spokój, inny, wolniejszy świat otulony górami jak wąska, leśna ścieżka pokrzywami, wspaniali, uśmiechnięci ludzie i charakterystyczne tarasowe pola po horyzont. Dzień przed startem zgaduję się z zawodnikiem z setki, który śpi w tym samym domu wczasowym, umawiamy się na wspólną podróż na start i wyjazd o 3:30. Zegarek nastawiam na 2:40 czyli spania jest więcej niż na Rzeźniku.

Zegarek dzwoni. Budzę się. Ciemno. Zaraz, gdzie ja jestem? Aaa już wiem, zaraz biegnę GUTa, te chwile stanu dezorientacji rano w nowym miejscu, na pewno je znacie. Ubieram się i wciskam w siebie kromkę chleba z dżemem, trochę na siłę bo zwykle o tej porze przewracam się na drugi bok. Ostatni check sprzętu i teraz pytanie jak pogoda. Prognozy mówią, że padać ma dopiero koło 14 i to mi pasuje bo start w deszczu jest średnio przyjemny. Wychodzimy na dwór, a tu … pada. Dobrze, że mam chociaż transport. Mój znajomy z kwatery, widzę, że już ubrany w kurtkę, mówi “o kurde pada, ale mam jeszcze druga kurtkę w plecaku, taką przeciwdeszczową.” Przez krótką chwilę się waham, wracać po kurtkę? Etam, myślę, dam radę, jak będzie padać i tak będę cały mokry, idę zatem w stroju sprawdzonym na Rzeźniku, koszulka z krótkim rękawem i rękawki kompresyjne. Dojeżdżamy na start, zawodnicy zbici w gęste grupy kryją się pod dachem. Ciche rozmowy, krótkie żarty. Staję razem z nimi, deszcz wciąż pada i co rusz ktoś ubiera kurtkę. I tu znów dopada mnie wątpliwość, ale odganiam te myśli, no nie ma kurtki i koniec!

Ok. Stajemy na starcie. Jest kilka minut po 4. Ustawiam się w drugiej linii, bo tak też chciałbym dobiec. Przede mną elita, pretendenci do pudła. Startujemy bez odliczania, na krótkie hasło Roberta “do biegu, gotowi, start!” Poszły konie po betonie. Start tym razem jest nieco za szybki. Moja czołówka z “nowymi” bateriami, które znalazłem gdzieś w szufladzie, zdycha już na starcie! Historia z Rzeźnika się powtarza. Myślę zatem, muszę trzymać się kogoś ze światłem i przez to pędzę w drugiej grupie po 4:15! Trochę za szybko, ale w sumie to przecież nie jest jakieś zabójcze 3:40. I tak przez 5 km po asfalcie aż do skrętu w lewo na podejście na Lubań. Na końcówce asfaltu okazuje się, że obok mnie biegnie Marcin z mocnym światłem, dogadujemy się i już razem atakujemy górę. O dziwo ta szybka piątka mnie wcale nie obciąża, dogrzewam się i podejście na Lubań wchodzi mi bardzo przyjemnie! Na tę górę wbiegałem już na Maraton Gorce, tylko od Krościenka trasa była bardziej rozłożona. Tutaj mamy konkretną sztajfę 800 m pionów na 4-5 km! Przestaje padać i pogoda momentalnie staje się idealo! Po wyjściu z lasu na małą polanę odwracam się instynktownie by zobaczyć jak tam chmury i zaskakuje mnie przepiękna, potężna kula, wschodzącego słońca przebijająca się pomiędzy rozchodzącymi się, różowymi cumulusami. W tle kolejne, coraz odleglejsze warstwy gór jakby wycięte z płaskich kawałków tektury. To jest jedna z tych magicznych chwil, dla których warto wziąć udział w takim biegu. Bo kiedy ostatnio widzieliście wschód słońca w górach? Jest kilka minut po piątej. Brzask powoli wygania nocne cienie i światło przejmuje kontrolę nad światem, wybiegamy coraz wyżej i na horyzoncie po prawej pojawiają się charakterystyczne wyschnięte pnie świerkowe oświetlone przez miękkie światło świtu, za nimi różowe niebo, a my zbliżamy się do szczytu i z oddali słyszymy góralski zaśpiew! Pod wieżą na Lubaniu wita nas góralski kwintet! (czy górale mają swoja nazwę na 5-osobowy zespół śpiewaków?) Kosmos!

gut-banner-poziomy

Wbiegamy na wieżę, tutaj widoki niesamowite, aż szkoda, że jest tak mało czasu, meldujemy się na górze i od razu rura w dół i mamy pierwszy zbieg. Właśnie na zbiegu z Lubań – Wieża Gorce nam się przedstawiają. “Heeeej Panocku, to my, Gorce, teraz już tak będzie do samiuśkiego końca, heeej!” Droga w dół to trudny, techniczny i usłany kamieniami zbieg, żeby tu zapitalać trzeba być max skupionym. Ten kawałek szlaku już sobie przypominam, biegłem tu dwa razy w Maratonie Gorce, biegnie mi się znakomicie, lecę swoim tempem, teraz prosto do przełęczy Knurowskiej na pierwszy punkt. Przebiegamy przez Studzionki, ależ widoki! Tutaj spokojnie można cisnąć i się rozglądać, bo jest kawałek asfaltu, a potem jest ostro w lewo i pod górę czerwonym szlakiem. Ok, jest Przełęcz! Jest dobrze, jest humor, to 25km trasy, uzupełniam flaski, chwytam arbuza i pędzę dalej w znajome tereny, pamiętam, że to droga na Turbacz, ale za chwilę jest rozwidlenie tras, setka leci prosto pod schronisko, a my skręcamy w prawo, prosto w chaszcze! Totalnie w jagodach, jeżynach i w gałązkach dających Ci z rozmachem z liścia w twarz, zupełnie jak na Maratongorski Leśnik przebitka do drugiego szlaku ze strumieniem do pokonania na dole, no nie ma nudy.

Fot: Julita ChudkoFot: Julita Chudko

Gorce Ultra-Trail to crème de la crème dla biegaczy górskich. Jest tutaj wszystko co tylko można sobie wymarzyć. Ostre podejścia, kamienne, techniczne zbiegi w rynnowych żlebach, hale widokowe usłane kwiatami (jak ktoś ma czas się rozglądać), kawałki trasy w kompletnych chaszczach i fajne, szybkie single tracki pomiędzy powalonymi drzewami! Love it! A na koniec jest również trochę rzeźnikowego błocka. Lecimy dalej! Przed punktem na Jaszcze jest znów wypasiony zbieg wypełniony kamiennym gruzem, muszę przyznać, że Hoki pracują tutaj znakomicie. Na punkcie szybka dolewka i dowiaduję się, że jestem na 8 pozycji! W trakcie kolejnego podejścia dochodzę Kubę z Bieganie w Górach, chwilę biegniemy razem potem się urywam. Na 35-38km trasy ktoś robi sobie niesmaczny żart i przewiesza taśmy. I to nie jedną, ale trzy po kolei, przez co zmienia zupełnie kierunek trasy. Tam też kręcę się przez kilka minut, po jakimś czasie jesteśmy tam już we trzech. I tak też moja przewaga umyka. Lekko podłamany biegnę dalej, pozostali trzej łącznie z Kubą organizują ucieczkę, cisną zdecydowanie mocniej, ja nie gonię bo wiem czym to grozi, lecę swoje – co jest dla mnie jedną z najważniejszych rzeczy w ultra. Lecę w kierunku kolejnego szczytu, mocno pod górę. Oglądam się za siebie i widzę małą, kolorową sylwetkę, oj ktoś mnie ściga. Obok baca z pieskami goni stado owiec, są czarne, a ogony mają białe! Taki myk. Lecą ze mną całym stadem, a może ja z nimi, mam wrażenie, że skręcą za mną na szlak w lewo. Po chwili dobiega do mnie ta mała kolorowa postać i widzę uśmiechniętą dziewczynę! Mówię do niej “ultra jest kobietą” i szybko dodaję “ani trochę się nie wstydzę!” Zaczynamy rozmawiać i okazuje się, że to Paulina, ambasadorka biegu! Ależ jest mocna na podbiegach! Biegniemy razem, w dół i na płaskim jeszcze dotrzymuję jej kroku, ale pod górę widzę, że odstaję. Docieramy do hali widokowej i biegniemy przez długą polanę, a przed nami jest kolejny szczyt do zaliczenia – to Gorc (1228 m). Tutaj też wyprzedzamy Kubę Bieganie w Górach, chyba wraz z ucieczką pocisnął trochę za mocnym tempem.

Och jak dobrze się biegnie z kimś, kiedy można porozmawiać, kilometry uciekają szybciej, a jeśli partner jeszcze jest mocniejszy to już bajka. Formuła Bieg Rzeźnika nie wzięła się z nikąd. Paulina dobrze zna trasę, robiła rekonesans więc czasem wskazuje odległy punkcik na horyzoncie – i mówi tam biegniemy! Miniaturowy punkcik to wieża na Mogielicy i jest ona dla mnie w tym momencie co najmniej jak Proxima Centauri więc staram się o tym nie myśleć Przed linią lasu mamy niespodziankę, świeżo ścięte drzewo, a za nim drugie. Przy drzewie góral i jak się okazuje to jeden z tych… ekhm, powiedzmy mniej sympatycznych. Obchodzimy drzewo, pytamy o taśmę oznaczającą bieg, rzuca: “Była, ale zerwałem!” Grzecznie mówię, “Wie Pan, biegacze się zgubią” Góral na to rozpoczyna tyradę: A co mnie kur** bedo tu wieszać, co mnie to kur** łobchodzi! Odbiegam z myślą “jestem oazą spokoju”, kolejne ostre zdania opuszczają gardło górala, ale my jesteśmy juz kilkadziesiąt metrów dalej. No cóż, na szczęście szczerych góralskich uśmiechów i miłych słów jest więcej. Wbiegamy na Gorc i potem w dół do przepaku w Rzekach. To 47 km trasy i czuję się całkiem dobrze! Uzupełniam żele i prowiant, piję colę, panie z Koła Gospodyń Wiejskich namawiają mnie na pyszną pomidorową, a potem wypijam jeszcze wiśniowe piwo bezalko, ale mixa zapodałem. Paulinę wszyscy tu znają i witają, to pierwsza kobieta, kolejna jest jakieś półtorej godziny dalej, także ten, lecę z elitą! Ok ruszamy dalej! Teraz czeka nas zdobycie najwyższego szczytu Beskidu Wyspowego czyli Mogielicy (1170,2 m) A przed szczytem jest przefajny kawałek trasy, takie pojedyncze, wąskie ścieżki czy też single tracki, którymi biegać wprost uwielbiam, powalone drzewo, przeskok, zakręt, ostro w górę, po chwili kolejny zakręt w lewo, w dół, powalone drzewo trzeba przebiec pod nim, znów w górę, na krawędzi lasu, potem kawałek polaną w trawie po kolana, przecinka przez jagody, jak tu się można pobawić, no po prostu cud, miód, malina! To zupełnie inne bieganie niż długie, mozolne podejścia na zapieczonych czwórkach.

Wybiegamy na długą halę, piękna górska droga prowadzi do lasu, który porasta skraj masywu Mogielicy gdzie zaczyna się stromizna, tutaj przemili turyści latający dronem częstują nas krówkami i wodą. Tutaj również dochodzi nas Dominik Grządziel – biegacz górski tyle, że ma 20km więcej w nogach. Jest mega skupiony na biegu, zbytnio nierozmowny, prosi tylko o wodę i na kijkach ciśnie pod górę jak złoto. Wspinamy się i my, nieco wolniej, tutaj jest mi ciężko, mocno pod górę, szlak jest usłany dużymi kamieniami. Męczę się tutaj i widzę, że odstaję, a Paulina robi rzecz niebywałą, czeka na mnie! To motywuje mnie podwójnie więc zagęszczam ruchy i staram się nie zamulać.

Ok Mogielica za nami, zbiegamy do ostatniego punktu w Szczawie, punkt jest usytuowany nietypowo, bo w środku wioski, przy drodze. Tutaj jedna z pań wolontariuszek ostro i długo patrzy mi w oczy, muszę zobaczyć w jakim jesteś stanie, mówi, bo był tu taki jeden już, średnio wyglądał, siedział tu z 10 minut! Mówiła o zwycięzcy Arturze Baranie, który jak się potem okazuje miał tutaj ostry kryzys. Dobra nie jest źle! Zdałem test, więc w moich oczach tli się jeszcze iskierka nadziei i energii 😀 Panie z koła gospodyń pytają czy może zupkę, mówię, że chyba dziękuję, no może, mała porcja, ja, że nie, nie, chyba nie dam rady, ooooj no taka malutka?? I namawiają mnie na talerz pysznej jarzynowej, który na chwilę lekko odmula mi żołądek. Uzupełniam flaski i lecimy dalej. Teraz jest kawałek po asfalcie, w górę, sprawdzamy zatem nasze czasy i miejscówki podchodząc pod górę. Na międzyczasach Paulina jest szósta a ja siódmy! Nie wierzę w to co mówi! Szok! Siódmy? Mam numer 313 więc czyżby numerologia działa??Dobra trzeba biec, trzymać i nie dać wyrwać. Przed nami jeszcze raz Gorc na deser, a potem już tylko w dół do Ochotnicy. Wbiegamy do lasu, a ja czuję, że w moim brzuchu ukryta jest tykająca bomba zegarowa, która zaraz eksploduje. Na końcówkę mam przygotowanego szota kofeinowego, ale cholera, jak go tam do tego kotła doleję to serio mnie rozerwie. W tym momencie, Paulina mówi o mam coś dobrego – zobacz tylną kieszonkę. I po chwili jemy najprostszą w świecie kajzerkę z żółtym serem, marzę, żeby popić ją wodą, ale na ostanim punkcie tankuję tylko izo i colę, o ja durny. Zaczyna się stromizna i tutaj Paulina podejmuje chyba najmądrzejszą dziś decyzję czyli odpala rakietę i po 5 min znika mi z zasięgu wzroku. Jeszcze kogoś wyprzedza i finiszuje jako pierwsza kobieta oraz na 6 miejscu open!!! Wow. Lecę dalej sam i po kilkunastu minutach słyszę uderzenia kijków z tyłu, ktoś mnie ściga, oglądam się i po chwili skojarzam tę sylwetkę, to Robert Faron! Po kilku minutach dochodzi mnie i wyprzedza, dobra mówię, to przecież normalne, znam swoje miejsce w szeregu. Cisnę dalej i ze zdziwieniem zauważam, że teraz to ja go doganiam. Rozmawiamy chwilę, Robert ma kontuzję pleców, proponuje mu ibuprom, ale nie chce próbować. Ok więc teraz ja go wyprzedzam, tak jest, wyprzedzam Roberta Farona, ma 20km więcej w nogach, no i ma kontuzję, ale myśl, że go wyprzedziłem jakoś dodaje mi otuchy w końcówce!

Dobra, jest, Gorc! Ze szczytu ostry zakręt w prawo i dzida w dół, pogoda się lekko psuje, zaczyna padać, ale to dobrze, jest chłodniej. Po kilku kilometrach wypadam na znajomą drogę i widzę, że z prawej wbiegają na nią również zawodnicy z dystansu 48. No i zaraz po połączeniu tras zaczyna się ostre, zmacerowane błocko, klasyka gatunku, jak na Rzeźniku, chociaż chyba jednak tutaj jest lekko mniej lepiące od bieszczadzkiej gliny. Widzę, że zdecydowana większość zawodników GUT48 robi jakieś uniki, próbuje coś tam boczkiem, lekko, bo a nóż-widelec bucik się ubrudzi 😀 Tnę zatem mocno środkiem, nogi o dziwo jeszcze dają radę, myślałem, że na tym etapie będą już zgruzowane do granic, ale nie, puszczam więc lekko kopyto i lecę z górki na pazurki. Normalnie chyba wychodzi mi to jakieś doświadczenie na zbiegach, pamiętam, że w przeszłości moje nogi na koniec biegów to były jak dwie kłody drewna. Końcówkę już cisnę, na tyle ile mogę oczywiście, zero skurczy, których tak się obawiałem, nie zaliczam też kryzysów energetycznych. Jest jeszcze parę drobnych górek do oblecenia, a tuż przed metą – niespodzianka, bramka znajduje się po drugiej stronie rzeki! Nic nie kalkulując wbijam się prosto przez rzekę do mety. Wpadam, mega szczęśliwy, dostaję info, że jednak nie siódmy, a ósmy (był jakiś błąd na międzyczasach). Dodatkowo łamię te magiczne 11 godzin zupełnie jak sobie wymarzyłem! Niesamowita sprawa, ogromny sukces, ósme miejsce w takim biegu? Ja, na serio? Szczęście miesza się jeszcze z niedowierzaniem, to co się stało dociera do mnie bardzo powoli.

Najważniejsze rzeczy, brak kryzysów! Zacznę od kryzysu wiary – brak. Głowa współpracowała prawie przez cały czas! Nie chcę zapeszać i wywoływać wilka z lasu, ale na skurcze czekałem, a ich nie było! Nerw kulszowy też jakby sobie przysnął. Zapanowałem też nad zasilaniem bez przerw w dostawie prądu! Choć czasem energii mogłoby być ciut więcej. Na Gorce Ultra Trail też zauważyłem, że jednak warto pomyśleć o kijach, bo one mogą mi dać jeszcze trochę dobrego w przyszłości! Na koniec jeszcze raz dziękuję Paulina za wspólny fragment, ultra na serio jest kobietą.

Gorce Ultra-Trail 2019, 84km/4100m, 8 open, 6 w kategorii, czas 10:52:52

Zapisy na przyszłoroczną edycję Gorce Ultra Trail, która odbędzie się 1-2 sierpnia 2020 roku już trwają!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger