Ma 34 lata, nigdy nie biegał zawodowo i… szykuje się na Igrzyska w Tokio. Wywiad z Tomaszem Sypniewskim

Tomasz Sypniewski

fot: Katarzyna Milewska

Choć niektórzy powiedzą, że życie zaczyna się po 30, to ta prawda zazwyczaj nie sprawdza się w sporcie. Tomasz Sypniewski rzucił wyzwanie wiekowi i organizmowi. Choć nigdy zawodowo nie zajmował się lekkoatletyką, po skończeniu trzydziestki uznał, że jest w stanie przygotować się i pojechać na Igrzyska Olimpijskie w Tokio. W 2020 roku będzie miał 36 lat.

Marzenie o występie na IO nie wydaje mi się nienaturalne. Pewnie każdy, kto w dzieciństwie interesował się sportem, śledził w telewizji transmisje, zamarzył choć raz, żeby znaleźć się na tej imprezie. Z tej grupy tylko nieliczni mogą spełnić swoje marzenie. Jeszcze mniej jest osób, które próby realizacji tych marzeń podejmują się w tak niezwykłych okolicznościach i wieku.

Jeszcze mniej to bardzo delikatnie powiedziane. Poczułem, że jest to jeszcze możliwe. To nie jest wymysł niepoparty wiarą w swoje możliwości. Dzięki temu jak sportowo prowadziłem swoje ciało i treningi, w olbrzymiej części dzięki crossfitowi, który zdominował ostatnie 6 lat mojego życia, poczułem, że to marzenie z fizycznego punktu widzenia, bo do tego to się sprowadza rozmawiając o wieku, jest możliwe. Uznałem, że trzeba spróbować, bo będę żałował, jeśli tego nie zrobię.

Zapewne kilka razy pojawiała się myśl o występie na IO, ale kiedy po raz pierwszy ta myśl przerodziła się w realny projekt i wiedział Pan, że na pewno spróbuje podjąć się tego wyzwania?

Decyzję podjąłem około 3 lat temu. To było jeszcze przed 31. urodzinami. W mojej głowie pojawiła się logiczna łamigłówka. Musiałem zdecydować, która dyscyplina mi to umożliwi, w czym mam realne szanse. Najpierw myślałem o sportach, którymi już się parałem – przede wszystkim piłce ręcznej. Stwierdziłem, że sporty drużynowe byłyby bardzo trudne. Po pierwsze trzeba byłoby wrócić do bardzo wysokiego poziomu, po drugie pograć w klubach. Ktoś musiałby mnie zauważyć i wziąć do reprezentacji, a ona musi się jeszcze zakwalifikować. Dużo zmiennych, które nie są do końca zależne ode mnie. Oczywiście nasza reprezentacja jest mocna i ma szansę na awans.

Szybko postawiłem na sporty indywidualne, czyli takie, w których tyle ile sam zrobię i osiągnę, tyle moje. Wybrałem lekkoatletykę, która zawsze była blisko mojemu sercu. Wtedy tylko ją podziwiałem, zawsze śledziłem i się nią fascynowałem. Miałem swoich faworytów w różnych konkurencjach np. Jonathana Edwardsa czy Jana Železnego. Nigdy nie trenowałem jej w profesjonalnej formie. Biegałem jedynie rekreacyjnie. Bieżnia, bloki startowe, kolce czy płotki były mi całkowicie obce.

Najpierw postawiłem na rzut oszczepem. Złożyłem w całość układankę: piłkę ręczną i siłowanie na rękę, które uprawiałem wiele lat. W obu konkurencjach osiągnąłem wysoki poziom. W pierwszej jako młoda osoba, w drugiej jako dorosły zdobyłem mistrzostwo Polski. Już na drugi dzień zrobiłem research w internecie, kto jest najlepszy w Polsce, gdzie są jakie grupy i w ten sposób znalazłem Michała Krukowskiego, który trenuje najlepszych oszczepników, w tym swojego syna Marcina. Od razu zadzwoniłem i przedstawiłem swój projekt. Myślę, że gdzieś z tyłu głowy trener wziął mnie za wariata, ale sam nie należy do osób tuzinkowych, więc zaprosił mnie na trening. Trenowałem z nimi prawie 1,5 roku, jeździłem na zgrupowania, wziąłem udział nawet w dwóch czy trzech zawodach, ale nie szło. Szybko zorientowałem się, że to specyficzna konkurencja, techniczna, w której trzeba układać ciało latami. Trening uniemożliwiały mi także kontuzje z siłowania na rękę – łokieć i bark. Było dużo bólu i była to trochę walka z wiatrakami.

Płynnie przeszedłem do biegania. Nie było tak, że poddałem się nagle i uznałem, że projekt igrzyska to nie dla mnie. Dzięki trenerowi spróbowałem raz biegania na czas na 400 metrów. To miał być wytrzymałościowy test. Po biegu wiedziałem, że to jest to. Wiele szukałem, ale wiedziałem, że mój dar od Boga to nie rzucanie, ale bieganie. Zawsze czułem, że moje ciało, budowa, jest lekkoatletyczna. Nie jestem typem osiłka, nie jestem grubokościsty, tylko mam smukłe ciało, długie nogi. Zakochałem się bez reszty w bieganiu.

Wybór biegania to fascynacja dyscypliną czy też kwestia kalkulacji w czym będzie więcej szans na sukces?

Kalkulacją był oszczep. Bieganie po prostu poczułem. Typowa miłość i fascynacja. Teraz jest kalkulacja, ale na poziomie wyboru dystansu, czy ma to być 100, 200 czy 400 metrów. Na pewno wybiorę, któryś z nich. Ze względu na to, co już robiłem w życiu, jestem za mocno zbudowany na 800 metrów. Jestem 87-kilogramowym gościem, który ma prawie 1,90 wzrostu. Pierwsza myśl to było 400, bo tam można bardziej wykorzystać wytrzymałość. Nie trzeba być super szybkim, chociaż szybko się przekonałem, że zapas szybkości też jest tam niezbędny. Pierwszy rok biegania był rokiem 400-metrowca.

Na treningu regularnie biegałem 54-55 sekund życiówki. Na zawodach pobiegłem wolniej – jak wystartowałem byłem w złej dyspozycji, lał deszcz – wyszło 56 sekund. Po roku trenowania „na chybił trafił” 400 metrów, trafiłem na AWF-ie pod skrzydła trenera Maćka Wojtkowskiego, byłego płotkarza na 110 metrów. Skupiliśmy się na sprintach, szybkości i technice. Po raz pierwszy zacząłem ćwiczyć bloki. Pierwszy rok, który skończyłem we wrześniu, skupiony był na 100 metrach. Bez względu na to, czy skończy się na 200 czy 400, muszę biegać dużo, dużo szybciej. Muszę łamać 11 sekund regularnie, żeby myśleć o kolejnych dystansach. Ten sezon też będzie treningiem bardziej pod 100 metrów.

Na ile po sezonie startów jest Pan bliżej realizacji celu? Po roku treningów jest Pan bardziej zmotywowany, a może okazało się, że zadanie jest trudniejsze niż się Pan spodziewał?

Bardzo dobre pytanie. Na pewno spokorniałem po tym pierwszym sezonie. Jest trudniej niż myślałem, ale nie ma to wpływu na to czy będę dalej podążał tą drogą. Na pewno się nie zniechęciłem. Wręcz przeciwnie. Treningi, atmosfera i fakt, że wierzę, iż jeśli urodziłem się do jakiegoś sportu, to jest to bieganie, powodują, że na pewno będą to kontynuował. Ile się zbliżyłem – nie wiem, w jakiej jednostce mam odpowiedzieć. Zbliżyłem się – urwałem około sekundy na 100 metrów. Tak długo jak będę się zbliżał, tak długo będę szedł.

Są rzeczy, które zaskoczyły Pana w przygotowaniach? Na pewno na początku było jakieś wyobrażenie – na ile ono sprawdziło się w praktyce?

Zawsze, w piłce ręcznej, arm wrestlingu czy koszykówce, byłem zawodnikiem, któremu lepiej szło na zawodach niż na treningach. Miałem duszę sportowca, który potrafił dać z siebie 110% pod wpływem stresu czy adrenaliny. Tutaj okazało się, że sprinty, które wymagają spokojnej głowy i rozluźnienia, spinały mnie na zawodach. Nie dawałem z siebie tyle, ile na treningach. Nie mogłem pokazać pełni swoich możliwości. Nie żałuję niczego, ale przyznaję, że chciałem w tym roku zbyt wiele rzeczy zrobić naraz. Uczyłem się coraz lepiej biegać, po raz pierwszy w życiu trenowałem startowanie z bloków, co jest trudne.

Chciałem też zbierać dużo doświadczenia na zawodach. Zaliczyłem 11 startów na 100 metrów. To jest sporo nawet na osobę wybieganą, a ja do nich nie należałem, a poza tym mam 34 lata. Robiłem też dużo dosyć ciężkich treningów siłowych. Tego było za dużo i ciało zaczęło odmawiać posłuszeństwa. Sierpień-wrzesień, koniec sezonu, to była walka z oporem materii i bólem. Cieszę się i dziękuję Bogu, że nic poważnego się nie stało. Ból był długi, mocny, a czasem nie do zniesienia. Posypało mi się ścięgno Achillesa, plecy i kolano. Bodajże 30 września, choć już nie powinienem, po raz ostatni pobiegłem na 100 metrów. Po tym biegu zrobiłem sobie miesiąc przerwy od biegania. Robiłem tylko delikatne treningi siłowe. Od tygodnia znów trenuję i jest bardzo dobrze. Czuję, że ten miesiąc był mi potrzebny.

Ile sportowo jeszcze Panu brakuje do tego, by móc marzyć o wyjeździe na IO?

Wiele osób twierdzi, że na 400 metrów będzie mi najłatwiej. Nie ukrywam, że mnie najbardziej emocjonuje i rozpala 100. Podoba mi się też dystans 200 metrów. Są różni sprinterzy. Są piekielnie szybcy na 100 – np. rekordzista świata Van Niekerk czy nasz Karol Zalewski, którzy biegają niskie 10 sekund i z tego wychodzi im dobre 400. Są też wytrzymałościowcy, z niesamowitym serduchem jak Krzewina, który nie jest fenomenalnie szybki na 100 metrów, biega bodaj 10,70, a na 400 metrów osiąga wynik na poziomie minimum IO. Jak patrzeć na liczby i porównać mnie do Krzewiny, brakuje mi sekundy na dystansie 100 metrów. Czuję jednak, że mogę pobiec szybciej niż 10,70. Czekam aż się rozkręcę. Aż przestanę być crossfitowcem i armwrestlerem, bo to robiłem przez ostatnie kilkanaście lat. To był izometryczny, koncentryczny trening siłowy i duże przebodźcowanie. Czekam aż moje ciało zacznie układać się pod lekkoatletykę. Wtedy progres będzie największy.

Na pewno mocno spokorniałem. Myślałem, że już w pierwszym sezonie będę łamał 11 sekund, a teraz wiem, że to było niewykonalne. Moje cele są bardziej zdroworozsądkowe. W pierwszym sezonie urwałem sekundę, a teraz z trenerem zakładamy, żeby urwać kolejne pół i złamać barierę 11,2.

Tomasz Sypniewski

fot: Katarzyna Milewska

Dużo osób z Pana otoczenia uznało pomysł za szalony lub po prostu niewykonalny?

Na początku dużo. Jestem osobą z silnym i dominującym charakterem, więc nie każdy powie mi to prosto w twarz. To raczej domena internetu i Facebooka, gdzie jest więcej odważnych. Zdarza się, że czytam tam mało sympatyczne rzeczy np. że jestem pośmiewiskiem lekkiej atletyki. Nie widzę związku – chcę coś zrobić z całego serca i nie wiem, gdzie ktoś dostrzega tu takie rzeczy. Wręcz przeciwnie. Moją historią chcę zwrócić uwagę większej liczby ludzi i pokazać piękno lekkoatletyki. Jednak w Polsce, szczególnie na forach internetowych, znajdzie się zawsze kilku odważnych. Wśród najbliższych nie ma zbyt wielu takich osób, bo one dobrze mnie znają. Wiele osób mi powiedziało: „Tomek, marzenie i cel są kosmiczne, teoretycznie niewykonalne, ale jeśli ktoś ma to na świecie zrobić, to ty”. Też tak uważam i głęboko w to wierzę. Znam siebie. Nie mówimy tu o byłych sprinterach, którzy kiedyś byli w światowej czołówce, mieli 10 lat przerwy i teraz wracają. To zupełnie inny case. Nigdy nie byłem wybitnym lekkoatletą. Zacząłem od zera w wieku 31 lat. Byłem wysportowany i dbałem o formę, ale nigdy nie miałem rekordów na poziomie 10,20.

Jak na Pana pomysł, jeśli w ogóle, zareagowało środowisko lekkoatletyczne? Wyobrażam sobie, że do zawodników biegających zawodowo dociera informacja o biegaczu-amatorze, który twierdzi, że w wieku 36 lat też może pojechać na IO. To dla nich bardziej ciekawostka, a może denerwuje ich, że ktoś z zewnątrz próbuje się z nimi mierzyć?

Nie spotkałem się twarzą w twarz z opinią, że kogoś to denerwuje. Jedyne to wpisy pod artykułami na mój temat. Tym się nie przejmuję. Na warszawskim AWF-ie, gdzie trenuję, czuję, że parę osób patrzy na mnie spode łba, trochę prześmiewczo, ale nie skupiam się na tym, bo jestem osobą z natury pozytywną, która skupia się na dobrych, a nie złych stronach. Jestem otoczony fantastycznymi ludźmi, którzy mnie wspierają i we mnie wierzą, poczynając od mojego trenera, klubowych kolegów, kończąc na fizjoterapeutach, a także mojej żonie i przyjaciołach z klubu crossfit. Dla nich to robię, dla nich jest moja energia, a nie dla tych, którzy będą szczęśliwi, gdy nie uda mi się tego zrobić, czego kompletnie nie rozumiem. Robię to zgodnie z serduchem i doskonale wiem, że jeśli mi się uda, to lekkoatletyka, królowa sportu, tylko na tym zyska, a nie straci. Tych krytycznych opinii też jest coraz mniej i są one mniejszością.

Ile osób współpracuje z Panem przy tym projekcie? W jaki sposób udaje się Panu całość finansować?

Nie mam sponsorów, którzy wspierają mnie finansowo. Mam jednego partnera, który uwierzył we mnie dwa lata temu – to marka Reebok, która wspiera mnie produktowo. Jestem jej ambasadorem. Finansuję całość z własnej kieszeni, a ta kieszeń istnieje dzięki klubowi CrossFit MGW, który od 5 lat prowadzę. Gdyby ten biznes się nie kręcił, nie miałbym funduszy. Nie mam innego źródła dochodu. Zarządzam klubem, a czasem prowadzę zajęcia jako trener.

Mam trenera od biegania – Maćka Wojtkowskiego. Jest ze mną trener od przygotowania fizycznego – Maciej Bielski z Sopotu, który jest moim starym przyjacielem ze środowiska crossfitowego. To fantastyczny fachowiec od przygotowania fizycznego i motorycznego. W klubie mam też gabinet fizjoterapeutyczny i dwóch chłopaków – Michała Sówkę i Pawła Szczygła, którzy się mną w miarę potrzeb opiekują. Na stale w zespole są 3-4 osoby.

Jak bardzo zmieniło się Pana codzienne życie? Dziś wszystko podporządkowane jest projektowi wyjazdu na IO do Tokio?

Dwa lata i rok temu wszystko było pod to podporządkowane. Bardzo dużo na tym straciłem – zdrowia emocjonalnego i w relacji z najbliższymi. Stwierdziłem, że nie tędy droga. Wiem, że stawianie tego projektu na pierwszym miejscu za wszelką cenę nie jest dobre i tylko mogłoby zmniejszyć szansę na sukces. Wrzuciłem na luz i zmieniłem swoją relację do tego celu. Nie myślę, już że muszę, zostały dwa lata i jestem już niedaleko, ale po prostu zacząłem lubić i zakochiwać się w samym procesie. To co jest tu i teraz, trening do zrobienia, jeśli nie sprawia mi frajdy, nie cieszy mnie, to nie ma to sensu. Zdarzały się takie treningi. Głęboko wierzę, że nie jest możliwe osiągnięcie mistrzostwa, jeśli nie lubi się procesu. To on wpływa na efekt, a nie jeden start za dwa lata. To złapanie dystansu, teraz procentuje. Czuję się lepiej, biegam lepiej i ciało ma się lepiej. Bardziej mi się chce.

Doświadczenie sportowe ma Pan spore – od piłki ręcznej do crossfitu. Na ile to, co udało się osiągnąć i wypracować w innych dyscyplinach przydaje się w bieganiu?

Nikt o to nie pytał, a lubię takie pytania. Trzeba popatrzeć na mnie przez pryzmat osoby, która od 6 lat jest trenerem crossfit i nieco wie o treningu. Patrząc z perspektywy czasu na te rzeczy, które robiłem w życiu, na szybko analizując, mogły nie mieć żadnego wpływu na bieganie. Jednak biorąc pod uwagę wiedzę i fakt, że zawsze staram się szukać pozytywów – szklanka jest dla mnie do połowy pełna – wszystko, co robiłem do tej pory, składa się w układankę, która mi dziś pomaga. Od małego, od 6-7 lat, startowałem już na wszelkiego rodzaju zawodach. Bieganie, kosz czy nawet dwa ognie. Whitney Houston od wieku 3 lat śpiewała i występowała na scenie, więc ta scena stała się jej normalnym środowiskiem. Ja od wczesnych lat adaptowałem się do sytuacji zawodów, gdzie jest sędzia, wyścig, przeciwnicy i kibice. Nie stresuje mnie to – to mój żywioł.

W wieku 10 lat trenowałem już piłkę ręczną. To był sport, który uprawiałem na dość wysokim poziomie. Startowałem na zawodach ogólnopolskich, na klubowych Mistrzostwach Świata we Włoszech. Byłem bramkarzem, co jest dużą odpowiedzialnością. Koncentracja, czas reakcji, szybkość i elastyczność – już wtedy zacząłem to budować. Potem było kilka lat ciemności – chodziłem na klasyczną siłownię. Nic się nie dzieje bez przyczyny. Gdy ja trenowałem jako kilkunastolatek na siłowni, inni grali na komputerze czy pili piwo. Dzięki temu podtrzymywałem i budowałem silne ciało. Następny był arm wrestling. To co na pewno z tego wyniosłem, to czas reakcji. Wszystkie starty były na komendę „ready, go”. Kto pierwszy, ten lepszy – startując lepiej w ułamku sekundy, można było narzucić swoją technikę i rodzaj siłowania.

Czuję teraz, że choć na blokach nie mam techniki i mocy w nogach, czas reakcji jest porównywalny z ludźmi, którzy robią to od wielu lat. Na końcu crossfit, który podtrzymał moje ciało w dobrym zdrowiu. Dał mi olbrzymią wiedzę o systemach energetycznych, o pracy funkcjonalnej. Dzięki niemu poznałem swoje ciało. Wszystko przychodzi mi łatwiej. Moje ciało jest w niezłym stanie. Trochę w pierwszym sezonie przegiąłem, ale teraz wiem, co jest ważne, na czym się skupić i jakie mam słabości.

Skąd czerpie Pan motywację? Czytając Pana wpisy, jestem pewien, że wierzy Pan w powodzenie tego projektu od początku do końca, ale na pewno przychodzą chwilę, gdy zastanawia się Pan czy ta walka ma sens.

Tę siłę daje mi Bóg. Jestem osobą wierzącą. Jeśli pojawiają się złe momenty, rozmawiam z Bogiem. Biorę Pismo Święte do ręki i czytam. Na każdym kroku Bóg, który czuje, że jest ze mną, mówi, że dla niego nie ma rzeczy niemożliwych, jeśli tylko się w niego wierzy. Mam najlepszego trenera i motywatora na świecie. W trudnych chwilach on mnie pociesza i daje mi siłę. Wiem też, że talent, który mam do sportu, nie boję się tego powiedzieć, mam od niego, sam sobie tego nie dałem. Wiara jest dla mnie absolutnie numerem jeden, jeśli chodzi o motywację.

Co jeśli projekt się nie uda? Po drodze mogą pojawić się kontuzje i inne przeciwności, ale pytam o sytuację, w której z czysto sportowych względów okaże się, że jest Pan za słaby?

Jeśli Pan pyta o Tokio za dwa lata, to jeśli będę w odpowiednim stanie fizycznym i mentalnym, to już podjąłem decyzję, że spróbujemy z Paryżem. Jeśli trochę mi zabraknie, głównie ze względu na zbyt mało czasu, dalej będzie mi to sprawiało frajdę i będę czuł, że chcę, to będę walczył dalej.

Jedno przemyślenie nt. „Ma 34 lata, nigdy nie biegał zawodowo i… szykuje się na Igrzyska w Tokio. Wywiad z Tomaszem Sypniewskim

  1. Advertisment ad adsense adlogger