Stanisława Walasiewicz – kontrowersyjna mistrzyni sprzed ery Szewińskiej

Autor: Redakcja • 13.11.2014

W latach 1929-1950 była 24-krotną mistrzynią Polski, 51-krotną rekordzistką Polski, 7-krotną reprezentantką Polski w meczach międzypaństwowych (w 33 konkurencjach). Była też 8-krotną rekordzistką Europy, 40-krotną mistrzynią Stanów Zjednoczonych i 18-krotną rekordzistką świata. O kim mowa? O Stanisławie Walasiewicz – królowej lekkiej atletyki sprzed czasów Ireny Szewińskiej.

Zdjęcia: Archiwum rodzinne

Upływ czasu sprawia, że pamięć o jej dokonaniach coraz bardziej się zaciera. A są one niemałe. Oto najważniejsze: Stanisława Walasiewicz zdobyła 2 medale olimpijskie – złoty w Los Angeles (1932) i srebrny w Berlinie (1936) – oba w biegu na 100 m, ponadto na III Światowych Igrzyskach Kobiet w Pradze (1930) zdobyła 3 złote medale w biegach na 60, 100 i 200 m oraz brązowy w sztafecie 4 x 100 m. Podczas IV Światowych Igrzysk Kobiet w Londynie (1934) zdobyła złoty medal na 60 m, dwa srebrne na 100 m i 200 m, srebrne w skoku w dal i sztafecie 4 x 100 m.

Stefania

Urodziła się 3 kwietnia 1911 roku w Wierzchowni, niewielkiej, malowniczej wsi, położonej na pograniczu Lidzbarsko-Górznieńskiego Parku Krajobrazowego (województwo kujawsko-pomorskie). W urzędzie gminnym w Świedziebni znajduje się metryka jej chrztu. Czytamy w niej: „Dnia dwudziestego siódmego marca (dziewiątego kwietnia) tysiąc dziewięćset jedenastego roku w Świedziebni o godzinie dwunastej w południe przybył Julian Walasiewicz – robotnik z Wierzchowni, lat dwadzieścia dwa, w obecności Romana Sumerackiego, lat pięćdziesiąt oraz Bronisława Kalisza, lat trzydzieści – obydwaj włościanie pochodzący z Wierzchowni, przynieśli ze sobą niemowlę płci żeńskiej oświadczając, że niemowlę to urodziło się w Wierzchowni, dnia dwudziestego pierwszego marca (trzeciego kwietnia) tysiąc dziewięćset jedenastego roku o godzinie jedenastej w nocy, z prawowitej jego małżonki Weroniki z Uścińskich, lat dwadzieścia. W dniu dzisiejszym niemowlęciu owemu w chrzcie świętym, celebrowanym przez miejscowego wikarego księdza Stanisława Krzywkowskiego nadano imię STEFANIA”. Przytaczam tekst za tłumaczeniem przysięgłym, bo akt chrztu został sporządzony w języku rosyjskim.

Warto zwrócić uwagę na to imię. Walasiewiczówna oficjalnie, o ile pamiętam, nigdy go nie używała, ale moi rodzice nigdy też nie nazywali jej Stasią, tylko zawsze Stefką. Podobnie było u Kucińskich z Janowa k. Świedziebina, jej krewnych po kądzieli. A strony rodzinne odwiedzała zawsze podczas swojej bytności w Polsce. Gdy w czasie jednej z rozmów ktoś zauważył (już nie pamiętam tata czy mama), że ma na imię Stefania a nie Stanisława, uśmiechnęła się tylko i powiedziała, że to drugie imię nadali jej dziennikarze i tak już pozostało. Przyzwyczaiła się do niego, a nawet je polubiła.

Dzieciństwo za oceanem

Jej rodzice wyemigrowali do Ameryki, zabierając ze sobą maleńką córeczkę. Dzielili typowy los wielotysięcznych rzesz Polaków udających się za ocean w poszukiwaniu chleba. Osiedlili się w mieście Cleveland w stanie Ohio, w jednym z największych skupisk polonijnych. W tym mieście Walasiewiczówna spędziła – nie licząc częstych wyjazdów – całe swoje życie. Żyła tam pod zamerykanizowanym nazwiskiem Stella Walsh, bo tak ją zapisała pierwsza jej instruktorka. Jej polskie imię i nazwisko dla Amerykanów było nie do wymówienia. Przygodę ze sportem rozpoczęła już w dzieciństwie. Zaczęła od zajęć w miejskim parku rekreacyjnym, chętnie grając w baseball i koszykówkę.

Los Angeles (1932 r.)

Stanisława Walasiewicz: W dzieciństwie biegała również moja siostra Klara. Ale ona była ładną dziewczyną i biegała za chłopakami.

Baba z Polski

Kiedy w 1927 roku, z myślą o igrzyskach w Amsterdamie, zorganizowano masowe zawody pod hasłem: „Szukamy olimpijczyków”, Stella wzięła w nich udział i została zakwalifikowana do reprezentacji olimpijskiej USA w sztafecie 4 x 100 m oraz jako rezerwowa w biegu na 100 m. W olimpiadzie jednak nie wzięła udziału ze względu na brak obywatelstwa amerykańskiego i niepełnoletność (konieczną do jego otrzymania). Kiedy zbliżała się olimpiada w Los Angeles Walasiewiczówna była już znana w całej Ameryce. Powszechnie liczono na to, że zdobędzie dla Ameryki złoty medal. Ale Stanisławę – jak pisze pani Maria Rotkiewicz, badaczka historii naszej bohaterki – gnębił wówczas inny problem. Została zwolniona z pracy i pozostała bez środków do życia. Były to lata światowego kryzysu gospodarczego. Wprawdzie zaproponowano jej wkrótce zajęcia w miejskiej rekreacji, ale straciłaby wówczas status amatora, a to nie pozwoliłoby jej na udział w igrzyskach. Wtedy podjęła jedną z najważniejszych decyzji w jej życiu.

Na 24 godziny przed przyjęciem obywatelstwa amerykańskiego przyjęła ofertę pracy od polskiego konsulatu w Nowym Jorku i postanowiła w Los Angeles wystąpić w barwach Polski. Zapewne nie bez znaczenia była fakt, że już wcześniej wielokrotnie reprezentowała stary kraj w międzypaństwowych zawodach. To umacniało więzy emocjonalne, pobyt w ojczyźnie stwarzał także okazję do spotkania się z rodziną. Oczywiście Amerykanie wściekli się na „babę z Polski”. Przywiązanie do rodzinnego kraju okupiła szykanami, jakich nie szczędzono jej za oceanem.

 Jadwiga Wajsówna (medalistka olimpijska w rzucie dyskiem): Stasia była inna niż nasze dziewczęta. Wychowana po amerykańsku – samodzielna, nie potrzebowała opieki, sama trenowała. Spokojna, nad wiek poważna i świadoma celu we wszystkim, co robiła. Kusy (Kusociński – przyp. red.) i Stasia – to byli tytani pracy.

Sprawa honoru

Swoją decyzję o wystąpieniu w barwach Polski uzasadniła tak: „Zawsze czułam się Polką, gorąco pragnęłam, aby dla mnie i moich rodaków, którzy wyemigrowali do Ameryki, zagrano w Los Angeles Mazurka Dąbrowskiego i wciągnięto na maszt polską flagę. Dla nas, dla Polonii amerykańskiej, była to sprawa honoru i wynagrodzenia za wiele trudnych chwil, jakie niejednokrotnie przeżywaliśmy na obczyźnie”. Po zakończonej karierze sportowej Walasiewiczówna dała się poznać jako niestrudzona działaczka polonijna i trenerka młodych zawodniczek.

Biało-czerwone wstążeczki

Prowadziła bardzo ruchliwe i pracowite życie. Trudno ją było zastać w skromnym domku jednorodzinnym w Cleveland, przy ulicy Miles 9500, gdzie jeszcze w latach siedemdziesiątych mieszkała z matką staruszką. Można jednak było ją łatwo odszukać w polskiej dzielnicy miasta, zwanej Warszawą, gdzie w takich klubach jak „Sokół”, „Polonia”, „Harmonia-Chopin” prowadziła zajęcia z żeńskimi drużynami sportowymi. Ostatni raz przybyła do Polski jako gość honorowy III Polonijnych Igrzysk Sportowych w Krakowie w lipcu 1977 roku. Przekazała wówczas do Muzeum Sportu i Turystyki w Warszawie w formie daru 60 różnorodnych trofeów sportowych ze swojej bogatej kolekcji.

Następny swój przyjazd planowała na IV Igrzyska Polonijne w 1981 roku. Niestety, nie zdążyła. Wieczorem 4 grudnia 1980 r. na parkingu centrum handlowego, gdzie kupowała biało-czerwone wstążeczki dla polskich koszykarek, została śmiertelnie postrzelona przez przypadkowego bandytę rabusia, który włamał się do jej samochodu. Prawdopodobnie doszło do walki wręcz, o czym świadczyły poparzenia i ślady prochu na dłoni. Msza żałobna i uroczystości pogrzebowe odbyły się we wtorek 9 grudnia 1980 r. w kościele Najświętszego Serca Jezusa w Cleveland.

Na podium w Los Angeles (1932 r.)

Swoimi niezwykłymi osiągnięciami – niektóre jej rekordy przetrwały do połowy lat sześćdziesiątych – i niezłomnie patriotyczną postawą zaskarbiła sobie wdzięczną pamięć wielu Polaków. Jej nazwisko wpisało się złotymi zgłoskami w historię polskiego sportu i stanowi jego chlubną kartę.

Stefania, Stefan?

Ale wkoło tej kariery, w kilka lat po tragicznej śmierci Stanisławy, zrodziły się wątpliwości. Pojawiło się kilka publikacji, w których mówiono, że słynna Stella była mężczyzną. Stwierdził to rzekomo amerykański koroner w czasie sekcji zwłok. Gwoli ścisłości jednak podkreślić należy, że większość publikacji traktuje tę informację niezwykle ostrożnie. Bardzo łatwo tu o pochopne i niesprawiedliwe opinie. Ofiarą niedoskonałych badań – jak pisze Bartosz Klimas w artykule „Ile kobiety w kobiecie” („Życie”, 14-16 kwietnia 2001 r.) – stała się znakomita sprinterka Ewa Kłobukowska, którą zdyskwalifikowano podczas lekkoatletycznego Pucharu Świata w Kijowie w 1967 r. Analiza struktury chromosomów wykazała u niej typowo męską sekwencję (XY). Później okazało się, że taki układ występuje u jednej na tysiąc kobiet.

Na tych zawodach zdyskwalifikowano aż trzy zawodniczki radzieckie: Tatianę Szczekłanową i siostry Tamarę i Irinę Press. By przełknąć taką wpadkę, Rosjanie zrobili wszystko, by wykluczyć także i Polkę. Na początku lat dziewięćdziesiątych komisja medyczna Międzynarodowej Federacji Lekkoatletycznej orzekła, że nie było wystarczających powodów dla dyskwalifikacji Kłobukowskiej, ale jak dotąd w światowych dokumentach nie ma jej rekordów.

Z Kazimierzem Kucharskim (1936 r.)

Rekordów Walasiewiczówny nie anulowano. Chociaż Stanisława miała urodę męską, to na tej podstawie nie można twierdzić, że była mężczyzną. Mógł być to – jak twierdzi prof. Marian Krawczyński z Instytutu Pediatrii Akademii Mecdycznej w Poznaniu – zespół zaburzeń rozwojowych o różnym stopniu nasilenia niedeterminujący płci.

Bezpośrednio po jej tragicznej śmierci do prasy na ten temat nie przedostała się ani jedna wzmianka. Czyżby szlachetna zmowa milczenia? A może żadnej sekcji nie było – przypuszcza wspomniany autor. Dodam, że w mojej rodzinie nigdy nie słyszałem, by ktoś kwestionował jej kobiecość, a była stryjeczną siostrą mojego ojca. Jej ojciec Julian i mój dziadek Jan to rodzeni bracia.

„Stanisława – pisze Ryszard Kołtun – była typem samotnika, chociaż widywano ją w towarzystwie stałych przyjaciółek. Wyszła za mąż w roku 1956 za boksera amerykańskiego Harry’ego Neila Olsona. Czy można z tego wyciągnąć wniosek, że była mężczyzną?”

Sprawa płci Walasiewiczówny prawdopodobnie nigdy nie zostanie w sposób ostateczny rozstrzygnięta i zapewne wielu uwierzy tym doniesieniom prasowym, które posiały zwątpienie. Miałem możność wielokrotnie się o tym przekonać, kiedy wraz z panią Rotkiewicz zbierając materiały o Walasiewiczównie, odwiedziłem rodzinną Wierzchownię. Wówczas w wielu rozmowach, w których czuło się echa sensacyjnych doniesień prasowych, nigdy zresztą w sposób rzetelny nie zweryfikowanych, podnoszono ten temat i to z takim przekonaniem, jakby ta sprawa była wyjaśniona i już nie budziła wątpliwości.

Stanisława Walasiewicz: Mówią, że nie jestem kobietą, a mnie się tak podoba Heliasz. (Polski kulomiot z okresu międzywojennego – przyp. red.).

Miejsce w galerii sławy sportu

Dodać należy, że obecnie coraz częściej rezygnuje się z testów płci, ograniczając je do sporadycznych przypadków. Kiedy angielscy uczeni odkryli gen SRY, odpowiedzialny za rozwój męskiego zarodka, MKOl ogłosił, że badaniom będą podawane wszystkie zawodniczki, ale zaraz wywołało to protest genetyków światowej sławy, którzy powoływali się na kodeks etyczny i konieczność dochowania tajemnicy lekarskiej. – Nawet jeśli zawodniczka ma pewne cechy męskie, to jeszcze nie można w sposób arbitralny przesądzić, że jest mężczyzną – twierdzi wspomniany prof. Krawczyński. I dodaje – Bo tak naprawdę najważniejszym czynnikiem, który powinien stanowić podstawę określenia, czy zawodnik jest kobietą czy mężczyzną, powinno być własne poczucie płci.

Walasiewiczówna swoimi dokonaniami i niezmiennie patriotyczną postawą zasłużyła sobie na wdzięczność rodaków. Przed laty tak o tej sprawie pisał Kazimierz Toporowicz na łamach krakowskiego „Tempa”:

„Pamięć o ludziach wielkich i wdzięczność za ich nieprzeciętne osiągnięcia jest powinnością potomnych. Tkwi to immanentnie w naszej kulturze, która wzbogaca się kontynuacją chlubnych tradycji i czerpie ze wzorców godnych naśladowania. Stanisława Walasiewicz jest niewątpliwie postacią godną szacunku, pamięci i naśladowania. W annałach polskiego sportu pozostanie jako wyjątkowa uzdolniona i niezwykle pracowita sportsmenka, która swoimi rekordami na wielu stadionach świata zadziwiała wszystkich. Weszła też do „galerii sławy polskiego i amerykańskiego sportu”.

Tekst: Edward Walasiewicz

Zawody lekkoatletyczne w Pabianicach (1936 r.). Na pierwszym planie medalistki olimpijskie Stanisława Walasiewiczówna i Jadwiga Wajsówna

Z Dr Stanisławem Dulko, specjalistą seksuologiem z Zakładu Psychosomatyki, Seksuologii i Patologii Więzi Międzyludzkich CMKP, Kierownikiem naukowym kursów CMKP w zakresie seksuologii klinicznej, rozmawia Magda Ostrowska:

Komitet olimpijski zarzucił test płci, argumentując, że płeć fizjologiczna nie ma nic wspólnego z płcią psychologiczną. Czyli jeśli się czuję kobietą, to mogę startować z kobietami?

– Już we wczesnych latach życia człowieka (około 5 roku) kształtuje się świadomość jego płci. Mały chłopiec zaczyna się buntować przeciwko zakładaniu rajstop i wie już doskonale, kim jest. Hermafrodyta, jak każdy człowiek, nabiera tej świadomości i jeśli już wtedy czuje się kobietą, to do końca życia będzie się nią czuł. Jeśli Walasiewicz przez całe życie czuła się kobietą, to nią była. Natomiast, jeśli mężczyzna z pełnym zestawem cech męskich będzie się czuł kobietą i będzie chciał startować w sporcie wśród kobiet, wówczas musi przejść operację zmiany płci, przejść leczenie hormonalne, zmienić płeć formalnie we wszystkich dokumentach. W takiej sytuacji nie tylko będzie się czuł, ale po prostu będzie kobietą.

Jeżeli nie anulowano rekordów Walasiewiczówny, to dlaczego anulowano rekordy Kłobukowskiej?

– Hermafrodytyzm może być bardzo złożony, bardzo różne są zestawy genów. Jeden człowiek może mieć oba zestawy narządów płciowych, inny oba, ale niekompletne lub jeden z nich bardzo słabo wykształcony. To wszystko jest sprawą indywidualną. W sporcie o dopuszczeniu do rywalizacji decydują komisje i to do nich należy ostateczny głos. Fakt, że jedne wyniki zostały anulowane a inne nie, świadczy o tym, że komisja olimpijska najwyraźniej na podstawie całego szeregu badań określiła Kłobukowską jako mężczyznę.

Jeżeli w akcie urodzenia określono, że dziecko jest dziewczynką, to najpewniej na tej podstawie, że nie ma narządów męskich. Po 70 latach podczas sekcji zwłok koroner stwierdza, że ta sama osoba ma męski zestaw narządów. Przecież to nie może się zmienić w ciągu życia?

– Nie, tak całkowicie nie. To nie jest możliwe. Podczas sekcji Stanisławy Walasiewicz wykryto, że ma ona męskie i żeńskie narządy płciowe, jedne i drugie nie w pełni rozwinięte. Zatem członek, który posiadała, mógł być bardzo słabo wykształcony, zdeformowany, albo mógł być zaledwie zalążkiem członka, co przy oględzinach noworodka mogło wyglądać na przerośniętą łechtaczkę lub fałd skórny. W miarę upływu lat, jak u każdego człowieka, narząd ten mógł się trochę rozwinąć i urosnąć.

Ale czy hermafrodytyzm może mieć znaczący wpływ na osiągnięcia sportowe?

– To także zależy od konkretnego przypadku. Jeżeli taka osoba ma jądro, to może produkować testosteron, czyli hormon agresji, rywalizacji, którego kobiety nie produkują. Z tym hormonem wiąże się także większa masa mięśniowa, więc już na wstępie, bez żadnych dodatkowych treningów czy predyspozycji jest to pewna przewaga. Kolejnym prozaicznym aspektem jest miesiączka. Jeśli hermafrodyta nie miesiączkuje, to ma przewagę nad swoimi koleżankami, które na różnych etapach cyklu menstruacyjnego mają zmienny nastrój, mogą słabiej się czuć, tracą co miesiąc trochę krwi, odczuwają ból w piersiach w czasie biegu. Mimo wszystko uważam, że to ma naprawdę małe znaczenie. Hermafrodytyzm zdarza się raz na 2500 urodzeń. Prawdziwy sportowiec dużo rzadziej. Liczą się predyspozycje wrodzone, cechy osobnicze, talent. Mówimy o przewadze kobiety, która miała męski zestaw narządów płciowych, a ile jest kobiet, które z łatwością pokonałyby niejednego mężczyznę? To, że kobieta może produkować męski hormon lub nie miewa menstruacji jeszcze o niczym nie przesądza.


17 marca 1933 r. Stanisława Walasiewiczówna otrzymała Wielką Honorową Nagrodę Sportową

Dziękujemy Piotrowi Walasiewiczowi za pomoc w przygotowaniu materiałów.

Jedno przemyślenie nt. „Stanisława Walasiewicz – kontrowersyjna mistrzyni sprzed ery Szewińskiej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger