Ewa Kłobukowska – nieznana historia

PAP/CAF

Była ufna i uczciwa. Lojalna. Pewnie dlatego łatwo było ją zniszczyć. Dziewczynę, która rzuciła świat na kolana fenomenalnym sprintem, przenosiła miliony Polaków do innego wymiaru – pełnego wzruszeń, dumy, radości – okrutnie rzucono w nicość. Pozbawiono godności i szans obrony.

Ewa Kłobukowska, najszybsza kobieta świata w latach 60. do dziś pozostaje najbardziej zapomnianą wśród najwybitniejszych polskich sportsmenek w historii.

Bieg, który wstrząsnął światem

Jest 21 października 1964 roku. Kłobukowska przejmuje pałeczkę od Haliny Góreckiej i rusza do przodu. Z ogromną siłą, pewnością siebie, niesłychaną stanowczością w dążeniu do zwycięstwa. Pokonuje 100 metrów jak prawdziwa królowa sprintu. Gdy mija linię mety robi jeszcze kilka kroków siła rozpędu i ogląda się za siebie. W jej oczach jest jakaś niepohamowana energia. Powoli uśmiecha się i ginie w ramionach koleżanek. Nigdy wcześniej i nigdy później polska sztafeta 4×100 nie zdobyła złotego medalu olimpijskiego. A wszystko zaczęło się w Warszawie. Trzy lata wcześniej.

Ewa miała 16 lat i chciała być księgową, może bankierem. Lubiła liczyć.

  Gdyby tę historię opowiedzieć w wielkim skrócie, nikt by w nią nie uwierzył. Oto w ciągu dwóch lat, nieśmiała dziewczynka, która przychodzi na swój pierwszy trening biegowy, staje się rekordzistką świata na 100 metrów, światowej sławy sprinterką, gwiazdą niezwykłą, prawdziwą. Niemożliwe, prawda? Możliwe. Ewa miała 16 lat i chciała być księgową, może bankierem. Lubiła liczyć. Dlatego poszła do Technikum Ekonomicznego we Włochach. Konrad Gruda, ówcześnie komentator telewizyjny i radiowy, opisywał ją jako osobę nieśmiałą w obcowaniu z otoczeniem. A jednak odważną na sali gimnastycznej i ślizgawce. Widziała to Regina Morawska. Miała serce do dzieci. Skończyła AWF i wierzyła, że sport może kształtować ciało i umysł. Postanowiła, że będzie dbała o utalentowane berbecie. Pomoże im. Dlatego zaproponowała Ewie by wykorzystała swój dar. Szybkość. Dało się ją zauważyć na szkolnym boisku. Ewa trochę w to nie wierzyła. Morawska poszła więc porozmawiać z rodzicami. Tłumaczyła, że warto chociaż spróbować, że zna dobrych ludzi w prawdziwym klubie sportowym i może z nią tam pojechać. Wybrać się z Włoch do Warszawy, pojechać na stadion Skry. Niech zarazi się bakcylem sportu. Ale początkowo szło opornie. Rodzice zgodzili się na wycieczkę Ewy. To był początek 1962 roku. Młodziutka Kłobukowska stanęła przed trenerem Iwaniukiem. Ten spojrzał na nią i kazał dołączyć do grupy. Trenowała. Pierwszy raz w życiu. Na Skrę nie chciała jednak wrócić sama. Początkowo więc to pani Morawska dostarczała ją na zajęcia. Utwierdzała w przekonaniu, że warto.

Właściwy człowiek we właściwym czasie

Kłobukowska miała trochę szczęścia. Jesienią w Warszawie powstaje elitarna grupa sprinterek i płotkarek. Polski Komitet Olimpijski uznał bowiem, że należy dać szansę Andrzejowi Piotrowskiemu. To jego dwie dziewczyny zdobyły medale na mistrzostwach Europy w Belgradzie. Teresa Ciepły była pierwsza a Maria Piątkowska trzecia na 80 m p.pł. Obie brały udział też w złotej sztafecie 4×100 m. Piątkowski dostał więc 3000 złotych i grupę wspaniałych dziewczyn. Te 3000 to było dużo. Mógł za nie kupić na przykład 69 kg najtańszej kiełbasy. Dzień w dzień po dwa kilo. Nie do przejedzenia. Albo kawałek pralki, gdyby sprzedawali po kawałku. W każdym razie mógł spokojnie skupić się na szkoleniu. Cała Warszawa wiedziała, że u Piątkowskiego trenują gwiazdy. Iwaniuk zarekomendował więc Kłobukowską do świetnej grupy. Ewa była w niej najsłabsza fizycznie. Podobnie jak Irena Kirszenstein. Obie musiały mocno pracować, by nadążać za renomowanymi koleżankami.

Piotrowski był człowiekiem, który wierzy w ludzi. O Ewie nie zapomniał. Zabrał ją na grudniowe zgrupowanie do Zakopanego.

W maju 1963 roku Kłobukowska biegała już 100 metrów w czasie 12,3 sek. Dziennikarze utyskiwali jednak, że technikę ma słabą, że nieporadnie się rusza. Takie brzydkie kaczątko koło klasycznie sunących do przodu łabędzi. Tyle, że w jakiś niezwykły sposób to brzydkie kaczątko biegało z przodu. W czerwcu potwierdziła to podczas mistrzostw Warszawy. Na 100 m był druga. Przegrała tylko z Ireną Kirszenstein. Wkrótce kaczątko musiało ruszyć na szersze wody. Za takie można uznać Memoriał Kusocińskiego. W 1963 nie odbywał się on w Warszawie. Bieg memoriałowy przeniesiono na zawody do Bydgoszczy. Kłobukowska pierwszy raz w życiu wzięła udział w wydarzeniu niezwykłej wagi. W sprincie triumfowała bowiem Elżbieta Szyroka, a jej 11,4 było rekordem Polski. Przed Kłobukowską była jeszcze Kirszenstein. Nic to. Ważne, że 17-latka pokazała trenerom jak duże ma możliwości. Niestety radość z dobrych wyników nie trwała długo. W biegu sztafetowym Ewa zerwała mięsień podudzia. Kiepska sprawa, biorąc pod uwagę, że Piotrowski wystawił Kłobukowską do sztafety, by sprawdzić, czy jest z niej materiał na dziewczynę, która może ze sztafetą polecieć na igrzyska do Tokio. Został do nich rok, a tu – trach!O tym jak radzą sobie jej koleżanki czytała w „Przeglądzie Sportowym”. Sztafeta jeździła po Europie i nie mogła się dotrzeć. Dziewczyny myliły ręce przy przekazywaniu pałeczki. Miały problem z rytmem, synchronizacją. Biegały jednak szybko. Na szczęście Piotrowski był człowiekiem, który wierzy w ludzi. O Ewie nie zapomniał. Zabrał ją na grudniowe zgrupowanie do Zakopanego. Pojechał na nie też z mikrofonem Konrad Gruda. To co opisywał nie napawało optymizmem; „Ćwiczenia, które wykonywała połowa jej koleżanek, sprawiały jej trudności jeszcze przez wiele miesięcy. Niesprawność ruchowa wyrażała się również w braku koordynacji; zdarzało się jej czasem wykonywać krok biegowy „prawa ręka – prawa noga” zamiast „prawa ręka – lewa noga”. Przy pierwszym kroku po starcie lub skipingu, albo przy ćwiczeniach zmian sztafetowych popełniała podstawowe błędy” – relacjonował w „4×100 dla Polski” Gruda.

O, roku ów…

Nastał rok olimpijski. 1964. Piotrowski postanowił, że dziewczyny odpuszczą sezon halowy, mają skupić się na treningach. I Kłobukowska trenowała zawzięcie. Po cichu liczyła na udział w sztafecie. Wszystko szło dobrze – robiła postępy, po kontuzji nie było śladu. Do czasu. W kwietniu podczas wykonywania wieloskoku Ewa pechowo wylądowała. Lekarz odesłał ją na dwutygodniowy wypoczynek. Czasu do igrzysk było jednak sporo. Tokijskie miały się odbyć dopiero w połowie października. Trener miał mimo wszystko ciężki orzech do zgryzienia. U Kłobukowskiej zdiagnozowano pęknięcie kości śródstopia. Jak tu przygotowywać wydolność, gdy nie można biegać? Po kilku telefonach do PKOl sprowadzono pomoc. Miała dwa kółka. Ewa do sprintów miała przygotowywać się na rowerze. Szalony pomysł wcielono w życie. Na szczęście tylko na dwa tygodnie. Potem mogła wrócić na bieżnię. Trudno było się jej jednak przełamać. Na sprawdzianach uzyskiwała słabe wyniki. Dopiero w lipcu przełamała się. Pobiegła 11,8.

Na ostatniej zmianie Kłobukowska dostała jednak pałeczkę ze świadomością, że do odrobienia jest pięć metrów straty do drugich Angielek. I odrobiła je. Stadion X-lecia szalał z radości: dwa pierwsze miejsca dla Polski.

Latem Kłobukowska inaugurowała swoje starty międzynarodowe. Zaczęła od 200 metrów. Podczas meczu z Holandia zajęła drugie miejsce z wynikiem 24,5. W Bredzie nie wystawiono jej jednak do sztafety. Niewiele później, w Londynie, też nie dostała takiej szansy. Pałeczkę niosły: Halina Górecka, Irena Kirszenstein, Maria Piątkowska i Barbara Sobottowa. Sztafeta zgrzytała, a czasu do igrzysk było coraz mniej. Za szybka w strefie zmian okazywała się Irena. Jeśli Ewa chciała się przebić do składu, musiała udowodnić swoją wartość na bieżni. Okazja nadarzyła się już w Londynie. Indywidualnie na 100 m. pobiegła w czasie 11,8. Pod wiatr. Można się było spodziewać, że podczas Memoriału Kusocińskiego dostanie sztafetową szansę. Piotrowski postanowił ją jednak wystawić w drugim składzie. Znów musiała dokonać czegoś wielkiego, żeby trener w nią uwierzył? Na ostatniej zmianie Kłobukowska dostała jednak pałeczkę ze świadomością, że do odrobienia jest pięć metrów straty do drugich Angielek. I odrobiła je. Stadion X-lecia szalał z radości: dwa pierwsze miejsca dla Polski. Fenomenalny bieg. Ewa wywalczyła sobie miejsce w sztafecie, która ruszyła na mistrzostwa Europy do Budapesztu. Piotrowski się nie pomylił. Wyścig na 4×100 przypadał w sobotę (5 września). Na Nepstadionie nie było tłumów. W Polsce za to miliony ludzi siedziały przed radioodbiornikami. Słuchali jak spiker krzyczy w uniesieniu o biegu Piątkowskiej, Góreckiej, Kirszenstein i wreszcie Kłobukowskiej, która wpada na metę zatrzymując zegar po 44,4 sek. od startu. To nowy rekord Europy! Tylko 0,1 sek. gorszy od rekordu świata Amerykanek. W niedzielę Kłobukowska znów była na ustach wszystkich. Wygrała „setkę”. Wygrała to mało powiedziane. Ona znów ustanowiła rekord Europy (11,3)! Krótko po tym fenomenalnym sukcesie. Reprezentacja Polski musiała zmierzyć się z drużyną RFN w Łodzi. Sztafeta znów została poddana próbie. Kłobukowska najpierw wygrała sprint indywidualnie. A potem pobiegła na ostatniej zmianie. Po rekord. Świata! Gdy Ewa przekraczała linię mety stoper pokazywał 44,2 sek.

To idzie młodość

Był wrzesień 1964 roku. Pozostał miesiąc do igrzysk w Tokio… – Ewa była skromną dziewczyną. Chciała wygrywać i leciała do Tokio po medale, ale nie okazywała nadmiernej pewności siebie – opowiada Irena Kirszenstein (dziś Szewińska), dziś jedna z najlepszych lekkoatletek w historii, wówczas wschodząca gwiazda królowej sportu. 1 października Ewa skończyła 18 lat. Urodziny spędziła w samolocie do Tokio. Dwa tygodnie później czekała na sygnał wystrzału w finale olimpijskiego biegu na 100 m. Pobiegła po brąz. Wszyscy czekali na bieg sztafety. Skład wykrystalizował się dopiero w Japonii. Piotrowski zrobił sprawdzian dwa dni przed rozpoczęciem igrzysk..Kłobukowska i Kirszenstein nie musiały brać w nim udziału. Maria Piątkowska i Barbara Sobottowa po tym teście usiadły obok bieżni i płakały. To Teresa Ciepły i Halina Górecka miały dołączyć do fenomenalnego duetu K-K. Polki nie były faworytkami. Za takie uważano Amerykanki. Willye White, Wyomla Tyus, Marilyn White, Edith McGuirre miały teoretycznie lepsze czasy. Gdyby nie Kłobukowska, na 100 m indywidualnie zapełniłyby całe podium. Ale Polki nie ugięły się. Prowadzenie objęła już na pierwszej zmianie Ciepły, Kirszenstein nie dała się pokonać mistrzyni olimpijskiej Tyus, Górecka przekazała pałeczkę Kłobukowskiej przed White. O losach złotego medalu miały zadecydować nogi Ewy. Silne, długie, szybkie, sprężyste. I tak pobiegła. McGuire nie była w stanie jej dopaść. Tego dni nikt nie był. Polki pobiły rekord świata (43,6). – Teraz wiem, że indywidualnie też mogę z nimi wygrywać – mówiła po biegu Kłobukowska. Polska kochała Kłobukowską. Nawet na treningi lekkoatletek przychodziły tłumy. – Szedłem sobie kiedyś na ich zajęcia, a tu setki ludzi idą w kierunku stadionu. Setki. Przychodzili, siadali na trybunach i podziwiali. Wystarczyło im, że dziewczyny czasem do nich pomachają – wspomina Leszek Skinder, dziennikarz radiowy.

Polka-idolka

Po Tokio trochę czasu jednak upłynęło zanim sprinterki mogły wrócić na bieżnię. Ugościć musiał je premier Józef Cyrankiewicz. Związki zawodowe, dygnitarze partyjni, wszyscy chcieli ogrzać się w blasku sławy. I ogrzewali się, a blask nie gasł. Kłobukowska nie zwalniała tempa. W 1965 roku dalej wygrywała i gnała po kolejne rekordy. Gnała w zawrotnym tempie. Czasem absurdalnym. Tak było 9 lipca w Pradze. Polki pojechały tam na Memoriał Rosicky’ego. Nikt nie wymagał od nich wielkich wyników. Duet K-K umówił się jednak, że ze sobą powalczą. Czekały na bieg z radością. Ewa i Irena miały tory obok siebie. Jednak przed finałem czeskie niebo zaciągnęło się ołowianymi chmurami. Lunął deszcz, zrobiło się zimno. Organizatorzy nie odwołali jednak zawodów. Czekali aż przestanie padać, ale nie przestawało. Zrobiło się ciemno. Wreszcie pozwolono dziewczynom stanąć w blokach. Bardziej gwoli formalności  niż w oczekiwaniu na fajerwerki. K-K biegły jak siostry syjamskie. Obok siebie, szybko, żadna nie wysuwała się do przodu. Na metę też wpadły razem. Spiker ogłosił: 11,1 sekundy, czas dwóch najlepszych zawodniczek. 11,1 sekundy to był rekord świata! Po długiej analizie fotokomórki pierwsze miejsce przyznano Kłobukowskiej. Tego wyniku naprawdę nikt się nie spodziewał. Gdy wróciły do Spały, prosto na zgrupowanie, koleżanki zbudowały dla nich bramę triumfalną. Trenerzy mieli naręcza goździków i ciasta.

Dziennikarze utyskiwali jednak, że technikę ma słabą, że nieporadnie się rusza. Takie brzydkie kaczątko koło klasycznie sunących do przodu łabędzi.

Kolejne wielkie sukcesy były nierozerwalnie związane z Ireną Kirszenstein. – To było niesamowite. Miałam największą rywalkę za przyjaciółkę. Razem mieszkałyśmy w pokoju na zgrupowaniach, razem trenowałyśmy i razem biegłyśmy do mety raz jako rywalki, raz jako partnerki w sztafecie – wspomina Irena. Kwintesencją tej wspólnej drogi był nie tylko wspólny rekord świata. W 1966 roku w Budapeszcie, podczas mistrzostw Europy, wzięły udział w niezwykłym biegu na 100 m. Niezwykłym bo znów pierwsze dwa miejsca zajęły Polki. A może to było już wówczas powszednie? Czytając o ich sukcesach można nabrać przekonania, że to nic wielkiego. Proszę sobie jednak wyobrazić Polkę w finale mistrzostw świata na 100 m. W czerwcu 2011 roku najlepszy tegoroczny rezultat Polki wynosił 11,33 (Marty Jeschke). 45 lat wcześniej najlepszy wynik Kłobukowskiej w sezonie wynosił 11,2! W Budapeszcie, podczas pamiętnych mistrzostw Europy sztafeta 4×100 metrów znów wygrała. Ewa poprowadziła ją do zwycięstwa, choć na ostatniej zmianie musiała odrobić kilka metrów straty, przedzierając się w imponującym stylu do mety z czwartej pozycji.

Sól w oku

Budapeszt okazał się niestety początkiem końca Ewy Kłobukowskiej. Aby zrozumieć dlaczego trzeba trochę poskakać w czasie. W 1967 roku naukowcy zajmujący się czystością sportu wpadli na pomysł, by opracować tzw. paszporty płci. Jako jedną z podstawowych metod przyjęto tzw. badanie ciałka Barra. Komórki kobiety zawierają je, mężczyźni są ich natomiast pozbawieni. Metoda ta jest jednak dużo bardziej złożona niż poprzednie zdanie i dużo bardziej nieprecyzyjna niż możemy sobie to wyobrazić. Od początku kwestionowali ją specjaliści. Oburzenia takim postępowaniem nie kryły liczne towarzystwa naukowe. W głowy pukali się endokrynolodzy i genetycy. Główny zarzut polegał na tym, że test jest nieprecyzyjny i niejednoznaczny. Międzynarodowa Federacja Lekkoatletyczna nie słuchała jednak specjalistów. Miała swoją metodę i nie wahała się jej użyć. W różnych celach.

W 1967 roku naukowcy zajmujący się czystością sportu wpadli na pomysł, by opracować tzw. paszporty płci.

– W ten sposób można było pozbyć się konkurencji. Sport był wtedy wielką polityką. Gdy jacyś Polacy zaczynali za mocno dokazywać, kuło to w oczy wiele innych krajów. Tak było z naszą lekkoatletyczną potęgą – wspomina Andrzej Lewandowski, dziennikarz sportowy, były szef działu sportowego „Trybuny Ludu”. IAAF miał świadomość, że wydawanie paszportów płci jest wątpliwe moralnie. Alarmowali o tym lekarze. Aby nie być gołosłownym musimy się nieco zanurzyć w odmęty genetyki. Ciałka Barra są zgrubieniami w jądrach komórek. Powstają one podczas inaktywacji jednego z chromosomów (w kariotypie 46XX). Zdaniem genetyków, aby jednak dokładnie określić płeć nie można badać genów jedynie pod tym kątem. Wyniki wskazujące na mozaikowatość chromosomów są niejednoznaczne. W badaniach występują bowiem pewne grupy komórek, które mają o jeden chromosom za dużo (XXY), ale nie można ignorować informacji o tym, że występują one obok prawidłowych chromosomów (XX). Dopiero w 1996 roku Międzynarodowy Komitet Olimpijski przeprowadził i opublikował wyniki badań pełnego testu chromatyny (podstawowy składnik chromosomów zbudowany głównie z DNA) u 3387 zawodniczek. Gdyby kierować się pomysłami naukowców z lat 60-tych, osiem z badanych kobiet zostałoby napiętnowanych, wyrzuconych poza nawias zawodowego sportu i obranych z godności.

Okrutni jak internetowe trolle

W 1996 (krótko przed igrzyskami w Atlancie) wszystkie 8 przypadków, po wnikliwej analizie, zostało uznanych za fałszywie dodatnie. – Krótko mówiąc – poprzednia metoda badająca ciałka Barra mogła być krzywdząca dla kobiet. I była – nie ma wątpliwości profesor Jerzy Smorawiński, szef polskiej komisji antydopingowej i jeden z największych autorytetów w tej dziedzinie na świecie. W 1967 roku IAAF miała jednak swoje narzędzie do usuwania kobiet ze sportowej mapy. Sposób postępowania ówczesnych władz był obrzydliwy także z innego powodu. Często nie wszczynano drobiazgowej procedury, nie posiłkowano się opiniami niezależnych ekspertów. Tajemnicza komisja zbierała się, wydawała wyrok, a potem… Z misją ruszali panowie od załatwiania spraw w nieco gangsterskim stylu. Zawodniczka i federacja krajowa dostawali informację, że IAAF ma na nich „papiery”. I nie zawaha się ich użyć. No chyba, że skazana sama wymierzy sobie karę, rezygnując z dalszej kariery. Wtedy IAAF mógł rozważyć jakieś ustępstwa. Warunek był jeden: „wszyscy mają milczeć”. Prawie wszyscy, bo z reguły IAAF upubliczniał informację i robił mężczyznę z kobiety. Z tabel wycofywał rekordy, ale napiętnowanej i zniszczonej dziewczynie pozwalał zachowywać medale. Część prawników już wtedy twierdziła, że międzynarodowe władze (IAAF i MKOl) robią to nie z dobroci serca, ale dlatego, że metoda określania płci była na tyle kaleka, że zdeterminowany i posiadający dobrego adwokata sportowiec mógłby wygrać proces. Dowodem tego był choćby przypadek Maríi José Martínez Patiño.

Spiker ogłosił: 11,1 sekundy, czas dwóch najlepszych zawodniczek. 11,1 sekundy to był rekord świata! Po długiej analizie fotokomórki pierwsze miejsce przyznano Kłobukowskiej.

Przypadek hiszpańskiej lekkoatletki doskonale ilustruje jak w podobnych przypadkach postępowali ludzie, którzy mieli władzę. Patiño w 1985 roku poleciała do Kobe, na Uniwersjadę. Krótko przed startem przyszli do niej działacze związkowi. Mieli do zaproponowania układ. Ona wycofa się z zawodów, oni powiedzą, że ma kontuzję. Potem zakończy karierę. W ręku trzymali wyniki „testu płci”. Patiño nie poddała się. W Hiszpanii postanowiła się bronić. Wzięła udział w zawodach. Przecież była kobietą, dlaczego ktoś jej odmawia prawa do startów. Działacze krajowej federacji uznali, że złamała umowę. Odebrali jej tytuły, zakazali udziału w zawodach. Po ponad dwóch latach walki o godność i poszanowanie prawa wygrała. IAAF uznał, że może startować. Dyskwalifikacja została cofnięta. Patiño wygrała. Nie wróciła jednak na bieżnię. My musimy wrócić. Do roku 1967.

Podróż z honorami

Dla Ewy Kłobukowskiej mógł być to jeden z najpiękniejszych okresów w życiu. Była kochana przez kibiców, noszona na rękach przez działaczy. To w ’67 podczas meczu Polska – RFN w Chorzowie pobiła rekord Polski na 200 m. (22,9 sek.). – Pamiętam to jak dziś. Był lipiec i obie zdawałyśmy egzamin na studia do Szkoły Głównej Planowania i Statystyki (dziś Szkoła Główna Handlowa – przyp. red.). Oczywiście zdałyśmy go wspaniale, ale tego samego dnia był mecz Polska – ZSRR. Wszystkim zależało na starcie Ewy – wspomina Teresa Sukniewicz, wybitna płotkarka. – Była do tego stopnia oczekiwana, że wojsko podstawiło dla niej mały samolocik w Warszawie. Miała nim dolecieć prosto do Chorzowa. I załapałam się z nią. Co za przygoda! Leciałyśmy nisko nad miastami, trzęsło, bujało, było głośno. Ewa wyskoczyła z samolociku w Chorzowie i pojechałyśmy na stadion. A potem… pobiegła. Pięknie. Jak gdyby przez ostatnie dni nic innego nie robiła, tylko odpoczywała i zbierała siły. To było niezwykłe. Ona była niezwykła – nie kryje podziwu Sukniewicz. Dwa miesiące później Kłobukowska miała startować razem z reprezentacją na finałowych zawodach Pucharu Europy w Kijowie. Polki liczyły tam na podium. Dwa lata wcześniej zajęły trzecie miejsce. Za ZSRR i NRD, przed RFN. W Kijowie Kłobukowskiej do bieżni jednak nie dopuszczono. Powód? Niewyjaśniony status płci. To co działo się potem należy do najbardziej wstydliwych kart w historii polskiej lekkoatletyki.

Ewy nikt z władz nie bronił publicznie. To byli nędzni ludzie. Ją pogrzebała brudna polityka.

Kłobukowską porzucono. Stała się ofiarą. Tylko czego? Ta sprawa do dziś jest niejasna. Część świadków zachowuje się tak, jakby to wydarzyło się wczoraj, a osoby, które wrzuciły genialną sprinterkę do czyśćca wciąż gdzieś jeszcze krążyły. Z jednym z dziennikarzy zajmujących się 44 lata temu tą sprawą spotkałem się w Warszawie, koło dawnego Domu Partii. Daje mi kartkę. – Niech pan sprawdzi to nazwisko. Więcej nie jestem w stanie powiedzieć… tu… Tu nie chodziło o zwykły sport. Pan tego nie rozumie, ale wtedy na bieżni ścierały się interesy systemów politycznych, gospodarczych. Mecze lekkoatletyczne to była demonstracja siły. Nie wszystkim się podobała pozycja Polski – mówi emerytowany dziś dziennikarz. Po kilku minutach odchodzi. Na pożółkłej karteczce z notesu rozdawanego podczas I Ogólnopolskiej Olimpiady Młodzieży w Sportach Letnich (1965 r.) zapisane jest jedno nazwisko: Danz. Max Danz. To on za tym stał? To chciał mi przekazać dziennikarz?Aby choć trochę rozwikłać zagadkę trzeba się cofnąć nieco wcześniej.

Naga parada

W 1966 roku Max Danz, lekarz i szef zachodnioniemieckiego związku lekkoatletycznego naciskał na badania ginekologiczne zawodniczek. Podczas mistrzostw Europy w Budapeszcie pomysł Danza poparli polscy działacze. Skończyło się to poniżającą tzw. „nagą paradą”, jak pisały o tym niektóre media. Dziewczynom kazano się rozebrać i przemaszerować przed ginekologami. Towarzysze radzieccy nie mogli tego wybaczyć nikomu. Jeszcze przed niesławnym marszem do domu odesłali siostry Press, które były podejrzewane o to, że naprawdę są mężczyznami (Tamara i Irina nigdy nie poddały się badaniom). Zemsta działaczy radzieckich nadeszła po roku. Pomogli im w tym Niemcy. Zemsta działaczy radzieckich nadeszła po roku. Pomogli im w tym Niemcy. Oficjalnie działacze z ZSRR i NRD zawiadomili o podejrzeniu, że polska sprinterka może nie przejść testów płci. W Kijowie odbyła się więc demonstracja siły. Naszą reprezentację postanowiono poniżyć.

Zemsta działaczy radzieckich nadeszła po roku. Pomogli im w tym Niemcy.

– To było ohydne. Zostałyśmy powiadomione, że mamy przejść badania ginekologiczne. Tylko my! – nie kryje oburzenia, po ponad 40-latach, Sukniewicz. Już sama procedura dziś uznana byłaby za wstrętną. Młode dziewczyny musiały udowadniać swoją kobiecość przed kilkunastoosobową komisją. Po kolei, jedna po drugiej, wchodziły do pokoju gdzie odzierano je z intymności. Jednak to nie to badanie było wyrokiem dla Kłobukowskiej. Był nim werdykt kijowskiej komisji. Duńczyk Georg Facius opisuje wyniki jej ustaleń w ten sposób: „Sześcioosobowa komisja stwierdziła mozaikowatość chromosomów, czyli pewne grupy komórek miały o jeden chromosom za dużo (XXY), a inne były prawidłowe (układ XX)”. Facius wydanie wyroku na Polkę, po takim badaniu, uważa za jedną z największych pomyłek medycyny sportowej XX wieku.

A kto to ta Kłobukowska?

Z powszechnie dostępnych materiałów historycznych wynika, że polska strona poddała się. Zdaniem Andrzeja Lewandowskiego, to nie do końca była prawda. – Do Kijowa wysłano naukowców, którzy mieli wyjaśnić, że wyników Kłobukowskiej nie można interpretować na jej niekorzyść. Profesor Małgorzata Serini-Bulska oraz dr Bolesław Ałapin w ogóle nie zostali jednak wysłuchani – wyjawia Lewandowski. Zdaniem niemieckich mediów, sprawa Kłobukowskiej była zemstą Rosjan za Budapeszt. Według dziennikarza tygodnika „Der Spiegel” dla towarzyszy radzieckich pozbycie się Kłobukowskiej, to było mało. Szczegóły medycznych ustaleń Zachodnim mediom przekazał rosyjski dziennikarz. – Pamiętam te wstrętne artykuły w zagranicznych mediach. Pokazały się jeszcze podczas finału Pucharu Europy. Ewy nikt z władz nie bronił publicznie. To byli nędzni ludzie. Ją pogrzebała brudna polityka – zżyma się Teresa Sukniewicz.

Nigdy wcześniej i nigdy później polska sztafeta 4×100 nie zdobyła złotego medalu olimpijskiego.

W 1970 roku. Rekordy Ewy Kłobukowskiej zostały wykasowane przez IAAF. Pozostawiono jej medale. Zniszczona, poniżona, chciała ukryć się przed światem. Skończyła studia. Wyjechała za granicę. Odcięła się od polskiego piekła. Pracowała w Przedsiębiorstwie Montażu Elektrowni i Urządzeń Przemysłowych „Energomontaż Północ”. Poprosiła o kontrakt w Czechosłowacji. Teraz stroni od mediów. Czasem pojawia się na uroczystościach organizowanych przez Polski Komitet Olimpijski. Zachowuje jednak dystans. – Rozumiem ją. Też bym pewnie chciała o tym zapomnieć. To wspaniała kobieta. Wciąż jesteśmy przyjaciółkami i wciąż nie rozumiem dlaczego spotkało ją tyle zła – kończy Irena Szewińska.

Oskar Berezowski, „Ewa Kłobukowska – nieznana historia”, Bieganie, październik 2011 Fot: PAP/CAF

16 przemyśleń nt. „Ewa Kłobukowska – nieznana historia

  1. Uwazam, że należy niezwłocznie i publicznie zrehabilitować i przeprosić tę wspaniałą ( nie sportsmenkę) KOBIETĘ.

    1. Jestem tego samego zdania. Dopiero dzisiaj natrafiłam na ten materiał.Według mnie pani Ewa Kłobukowska powinna zostac przeproszona i całkowicie zrehabilitowana .

      1. maja
        Tyle lat minęło, a p. Kłobukowskiej nie przeproszono. Hańba dla PZLA, PKOl – na co czekają? Przeprosić!

  2. Dzis smierc Pani Ireny szewinskie jprzypomniala mi Ewe Klobukowska ktorej wspamiale wyczyny doskonale pamietam.Stad moje posdzukiwania i dotarcie do tego tekstu.JESTEM ZBULWERSOWANA TYM CO PRZECZYTALAM. ALE NAJGORSZA JEST ZMOWA MILCZENIA SRODOWISKA LUDZI SPORTU.Najwyzszy czas ZMIERZYC SIE Z PRAWDA.To obrzydliwe co zrobiono tej wspanialej KOBIECIE-SPORTSMENCE’

  3. Natychmiast Pani Ewa Kłobukowska powinna być przeproszeniem.
    Sam Prezydent Duda powinien ją wynieść na piedestał i przeprosić za wyrządzone jej krzywdy.

  4. Oczywiście jestem po stronie pani Kłobukowskiej, jednak obciążanie za całą sprawę „ruskich” jest poaranoją. Byłem w 1967 roku już po wojsku i dobrze pamiętam tamte czasy. Akurat dziś nie powinienem o tym mówić, ale wtedy zarzucano kopanie dołków pod panią Ewą Irenie K. A przecież zniszczenie pani Ewy przez „ruskich” nie miuało sensu. bo pozostawała w dalszym ciągu druga Polka -właśnie Irena K.- z którą oni nie mieli nadal żadnych szans.Tu warto by się przyjrzeć jakie układy były w naszym związku lekkoatletycznym. Wystarczy porównać pewne nazwiska.

  5. Dlaczego nikt ta sprawa sie nie interesuje powinno sie ta zawodniczke zrehabilihtowac zniszczyli jej zycie tymi oskarzeniami rto straszne

  6. Dlaczego nikt ta sprawa sie nie interesuje powinno sie ta zawodniczke zrehabilihtowac zniszczyli jej zycie tymi oskarzeniami rto straszne ja mysle ze tak mysli mnostwo ludzi to nie jest duplkat tylko jak bedzie wiecej takich glosow to moze ktos z tych wysoka ranga dzialaczy zainteresuje sie czy to zmowz milczenia

  7. Znałam tę smutną historię.Opowiedziała mi o niej mama,która zawsze podziwiała Ewę Kłobukowską i mówiła,że wraz z Ireną panie mogły mieć podobne sukcesy ,podkreślając,że Pani Ewa była nawet szybsza.Szkoda,że w tak okrutny sposób odrzucano talenty i to bezpodstawnie.Rekordy powinny zostać przywrocone. Dobrze,ze znów usłyszeliśmy o Pani Ewie i to dzięki św.pamięci Irenie Szewińskiej.

  8. to wszystko wina naszych -niby przyjaciela ze wschodu -to oni zrobili krzywdę nasze światowej gwiazd zie i sportsmence w sprincie – Ewie Kobuszewskiej ,ta światowa sława , zagrażała wschodniemu reżimów -i tu cała Sabaka jest pogrzebana ???,zniszczyć człowieka za wszelką cenne -jak próbowali z naszym Janem Pawłem 2,ale tu bug szczek go samego ,za wszelką cenę .

  9. A co w Polsce? Zawsze byla tu ciemnota i nikt nie dopuszcza nawet mysli ze mozna byc innym. Ludzi do dzis wyzywa sie od Gender, homo, lesbo …
    Transseksualnych to wobec Polskiej mysli politycznej wogole nie ma na swiecie.
    A Klobukowska byla kobieta tylko troche inna bo miala 43 chromozomy a nie 42.
    Kto ja ma dzis zrehabilitowac, przeciez nie Rydzyk i jego zwolennicy!

  10. Panią Irenę zostawvie w spokoju ale zgadzam sìe ze Pania
    Ewę nalezy zrehabilitować. Mysle ze władze sportowe niechcą się narazić tym którzy za tą sprawą stali.

  11. nigdy nie słyszałem, aby nasza ŚP kròlowa sportu Pani Irena zrobiła cokolwiek dla swojej przyjaciòłki, dla obrony jej godności… Taki autorytet…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger